1984 (1956). Wielki Brat ery Zimnej Wojny

Powieść George’a Orwella Rok 1984 (1949) to niezmiennie przerażająca i niesamowicie aktualna wizja przyszłości. Jednak czy można ją przenieść na język filmu? Próbowano tego dwa razy – najbardziej znaną pozostaje próba Michaela Radforda z roku (nomen omen) 1984, z kolei pod kłębami kurzu zatonęła wcześniejsza, wyreżyserowana przez Michaela Andersona. Mimo że jest ona dziś mocno zapomniana, stanowi ciekawe i wierne odzwierciedlenie Orwellowskiej wizji.

Bohaterem filmu jest, oczywiście, Winston Smith (Edmond O’Brien), obywatel Oceanii, totalitarnego państwa, w którym wszystko znajduje się pod kontrolą Partii; historia jest stale przepisywana, poczynania obywateli są monitorowane, prywatność zakazana, a miłość jest zbrodnią. Smith jest śledzony przez nieznaną mu kobietę (Jan Sterling) i obawia się, że jest ona członkinią tzw. Policji Myśli. Szybko jednak stają się partnerami we wspólnej zbrodni – miłości.

Wspomniana wcześniej wersja Radforda, choć ma w zanadrzu tak potężne atuty, jak obsada składająca się z Johna Hurta i Richarda Burtona, muzykę Eurythmics i wiernie odzwierciedlony powieściowy klimat nędzy, brudu i mroku, jest tworem zbyt hermetycznym – bez znajomości powieści bardzo wiele rzeczy widzowi umyka, a co za tym idzie, nie doświadcza on wizji Orwella tak, jak czytając książkę. Wersja z 1956 roku jest z kolei „produktem swoich czasów”. Tuż po napisach początkowych widzimy wybuchy bomb atomowych, co samo w sobie powinno widza nakierować na trop Zimnej Wojny. Londyn u Andersona nie jest zrujnowanym miastem jak w powieści, lecz futurystyczną metropolią, czystą i sterylną, w której wszyscy noszą takie same ubrania.

Ciekawym modyfikacjom poddane zostały budynki Ministerstw, czyli, tak jak w Orwellowskim pierwowzorze, miejsc, w których tworzona jest partyjna propaganda, historia zostaje przepisana, by pasować do obecnie panującej narracji itp. Ich wnętrza, z komórkami dla pracowników ułożonymi pod ścianami nie tylko obok siebie, ale i nad sobą, przypominają pszczeli ul; z zewnątrz każde Ministerstwo wygląda nie piramidalnie, jak w powieści, lecz ma bardziej zaokrąglony kształt – ponownie, jak pszczeli ul. Teleekrany – urządzenia przeznaczone do przekazywania informacji, a także ciągłego monitorowania obywateli – wyglądają jak oczy i każdy, wchodząc do swojego domu musi pokazać, co trzymał w teczce, w swoich kieszeniach, innymi słowy, przechodzi przez dokładną rewizję. Mi osobiście najbardziej w pamięć zapadły postaci dzieci. Choć jest ich niewiele i pojawiają się tylko w ramach pojedynczych scen, są one całkowicie pozbawione człowieczeństwa. Ich oczy są szeroko otwarte, ich głosy zupełnie wyprane z emocji. To nie dzieci, lecz aparaty do inwigilacji.

Choć całość w napisach początkowych przedstawia się jako luźna adaptacja, pozostaje pod wieloma względami wierniejsza powieści niż wersja z lat 80-tych. Ciąg zdarzeń pozostaje w dużej mierze niezmieniony, podobnie jak dialogi. Różnice, jeśli się pojawiają, wynikać mogą raczej z pruderii lat 50-tych. Julia – ukochana Winstona – w powieści przyznająca się, że dzieci mogą być potworami, tutaj w pewnym momencie marzy o posiadaniu potomstwa. Sam romans między Julią a Winstonem zostaje przedstawiony w sposób dosyć ckliwy, jednak dzięki temu kontrast między tym wątkiem a resztą świata przedstawionego staje się jeszcze większy i, co za tym idzie, jego tragiczny finał uderza w widza z jeszcze większą siłą. Tak, ulega on ugrzecznieniu i uproszczeniu, lecz bije z niego tyle ciepła i naiwnej romantyczności, że trudno się temu oprzeć.

Wersja Andersona góruje też nad tą Radforda pod względem kreacji świata. Fakt, różni się on diametralnie od tego powieściowego, ale widz nie musi znać pierwowzoru, by rozumieć, jak on funkcjonuje. Aby podkręcić napięcie, reżyser wprowadza też kilka scen, w których para bohaterów zostaje niemal przyłapana na gorącym uczynku. W jednej z nich Winston idzie wydostać wiadomość od Julii z rumowiska i nagle słyszy za sobą głos dziecka swoich sąsiadów, a dzieci w świecie Orwella są przecież najżarliwszymi donosicielami.

Można kręcić nosem, że film w ogólnym rozrachunku nie jest tak wstrząsający jak literacki pierwowzór i że się zestarzał. Nie zmienia to jednak faktu, że to kino idealne dla miłośników science-fiction lat 50-tych. Powieść Orwella posiada obszerny opis świata przedstawionego, jednak Anderson, mimo wszystko, dokonuje tego, co jego następca całkowicie pominął – operując samymi obrazem i dialogami pokazał ten świat w pełnej krasie. Nie musiał posługiwać się dodatkową narracją z offu ani ekspozycją i choć musiał dokonać modyfikacji, efekt końcowy zasługuje na uznanie. Narrator pojawia się tylko na początku i końcu filmu, co w połączeniu z estetyką całości przywodzi na myśl odcinek Strefy mroku (1959-1964); brakuje tylko pojawienia się Roda Serlinga we własnej osobie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.