Życie i twórczość Herschella Gordona Lewisa. Część II: Ucztę czas zacząć!

W poprzednim odcinku:

– młodość przyszłego „ojca chrzestnego filmu gore”,

– H.G. Lewis kręci sexploitation,

– H.G. Lewis i jego producent David F. Friedman zastanawiają się, czym zszokować świat…

***

Zanim powstało przełomowe dla kariery Lewisa i Friedmana Święto krwi (1963), obaj panowie starali się jeszcze wyciągnąć trochę dolarów z nurtu nudie cutie. Jednym z takich obrazów był autobiograficzny Boin-n-g! (1963), prosta historia pary zupełnie niekompetentnych filmowców, którzy starają się nakręcić film erotyczny. Z dolarami w oczach bohaterowie wypożyczają sprzęt i przeprowadzają serię amatorskich castingów, podczas których wszystko idzie nie tak. Lewis i Friedman ewidentnie bardzo dobrze bawili się na planie Boin-ng! Pełno jest tutaj autoironicznych wstawek, mrugnięć okiem w stronę widza czy wyśmiewania kluczowych dla nurtu konwencji. Sam film wydaje się jeszcze bardziej zabawny, kiedy popatrzymy na niego przez pryzmat całej kariery obu twórców. W pewnym momencie wyśmiany jest nawet poprzedni film duetu, The Adventures of Lucky Pierre (1961).

Innym, równie sztampowym i odtwórczym dziełem, jakie wyszło w tym okresie spod ręki Lewisa, jest Bell, Bare, and Beautiful (1963). Prosta historia milionera poszukującego wśród kolejno poznawanych nudystów kobiety swoich marzeń nie oferuje co prawda nieprzebytych pokładów rozrywki. Nawet będąca na pierwszym planie Gina, w którą wcieliła się hojnie obdarzona przez naturę Virginia Bell, wydaje się być znudzona czytanymi drętwo z kartki dialogami.

Pewnym zaskoczeniem na tle tych wszystkich uroczych, aczkolwiek mocno wtórnych, filmów wydaje się Goldilocks and the Three Bares (1963). Nakręcony bowiem przez Gordona film zwykło określać się mianem… pierwszego musicalu dla nudystów! Perypetie piosenkarza z nocnego klubu oraz jego robiącego za komika przyjaciela pośród roznegliżowanych nudystów niedostarczająca niestety zbyt wiele uciechy. Scenariusz produkcji zdaje się być przekonany o swoich komediowych walorach, jednak w praktyce Goldilocks to naprawdę nudno purytańska pocztówka z dawno minionych lat. Jak można się spodziewać, gra aktorska jest bardzo słaba. Również scena, w zamyśle obiecująca sporą dawkę prowokacji i niesmacznych emocji – mowa o fragmencie z nagim koniem… – przegrywa z kretesem za sprawą montażu, który bezpiecznie urywa akcję.

"Boin-n-g" (1963)
Boin-n-g (1963)
Goldilocks and the Three Bares (1963)
Goldilocks and the Three Bares (1963)

Droga, którą Herschell Gordon Lewis i David F. Friedman przeszli od roku 1961 kręcąc rubaszne komedyjki, doprowadziła ich do najlepszego momentu w historii kina, by zmienić jego oblicze. To właśnie 6 lipca 1963 roku, w kinie Bel Air Drive-In w stanie Illinois, miała miejsce premiera Święta krwi. Nakręcony za skromne 24 tysiące dolarów, głównie w motelu Suez w Miami Beach, film przyniósł swoim twórcom, zależnie od źródła, od 7 do 30 miliona zielonych! Czy był to rzeczywiście pierwszy tak popularny film opierający się głównie na raczkujących wówczas efektach gore? Co prawda w 1960 roku powstało japońskie Jigoku, ale to właśnie Lewis na dobre otworzył drzwi dla każdego kolejnego twórcy, który tak ochoczo zalewał widownię wiadrami sztucznej krwi!

Zanim jednak film trafił do oficjalnego obiegu, już w trakcie produkcji wielu krytyków stawiało na nim krzyżyk. Zarzucano mu głównie bycie amatorskim i nad wyraz nieprzyzwoitym. Na szczęście twórców dawka brutalności zawarta w Święcie krwi była tak dosadna, że wielu widzów przymknęło oczy na realizacyjną miernotę. Był to film całkowicie przełomowy! Lewis praktycznie napisał krwią swoją wizytówkę i zapisał się na stałe w panteonie nie tylko pionierskich twórców kina grozy, ale również w historii filmu w ogóle.

Jeśli wierzyć plotkom, Święto krwi miało zainspirować Toma Saviniego przy pracy nad charakteryzacją w swoim remake’u Nocy żywych trupów (1990), a także reżysera Re-Animatora (1985) Stuarta Gordona. W brytyjskim filmie dokumentalnym Fear in the Dark (1991), John Carpenter otwarcie zachwyca się nad filmem Lewisa, a król śmieciowego kina John Waters poświęcił mu cały rozdział „Two Masters” swojej książki Shock Value: A Tasteful Book About Bad Taste stawiając go obok Russa Meyera.

Fabuła śledzi poczynania seryjnego mordercy o wdzięcznym imieniu Fu’Ad Ramses (Mal Arnold). Poluje on na ponętne młode kobiety, aby wypatroszyć ich zmasakrowane ciała w poszukiwaniu różnych narządów. Cały ten krwawy szlak prowadzi do wielkiej kanibalistycznej uczty ku czci egipskiej księżniczki Isthar, którą Ramses chciałby wskrzesić. Jak już wspomniałem, był to pierwszy – na anglojęzycznym – rynku film, którego głównym motorem sprzedaży była przemoc. Wcześniejsze filmy, jak Horror Draculi (1958) czy Blob, zabójca z kosmosu (1958), szokowały filmy relatywnie dosadnymi aktami przemocy, jednak to Święto krwi było pierwszym horrorem zaprojektowanym po przyciągnięcie uwagi widza tylko za sprawą efektów gore. Całość zaczyna się od morderstwa inspirowanego legendarna Psychozą (1960), w której nastolatce zostają odcięte nogi maczetą podczas czytania książki Ancient Weird Rites w wannie. Później jest już tylko ciekawiej!

Święto krwi (1963)
Święto krwi (1963)

Będąc zaznajomieni z filmową branżą, Gordon i Friedman reklamowali Święto krwi jako kamień milowy w historii kina. „Najbardziej szokujący film w annałach horroru!” grzmiało hasło na obscenicznym plakacie, a grający w filmie aktor William Kerwin zapewniał w zwiastunie, że jest to „jeden z najbardziej niezwykłych filmów, jakie kiedykolwiek stworzono”. Twórcy w myśl dewizy producenta filmowego Krogera Babba, brzmiącej „Sprzedajemy skwierczenie na ogniu, nie stek”, wiedzieli, że wchodzą ze swoją kontrowersją na niezbadany dotąd rynek. Amerykańskie Stowarzyszenie Filmowców nie zostało jeszcze utworzone, a Legia Przyzwoitości stopniowo traciła wpływ na cenzurowanie zalewających rynek produkcji. Poszczególne dla różnych stanów rady cenzuralne nie miały precedensu prawnego, na podstawie którego mogłyby przyczepić się do Święta krwi.

Nikt wcześniej nie nakręcił takiego filmu, a Friedman i Gordon o tym doskonale wiedzieli. Po odrzuceniu takich pomysłów, jak historia ewangelickiego oszusta czy przelania na filmową taśmę nazistowskich tortur, zdecydowali się na eksploatację efektów gore. Przełożyło się to na sceny, w których główny (anty)bohater filmu uzbrojony w prawdziwą maczetę odcina poszczególne kończyny, prezentując mieszankę podrobów, żelatyny, sztucznej krwi i gnijącego, owczego ozora.

Lewis zawsze był otwarcie krytyczny wobec niskiej jakości swoich dzieł i nigdy nie krył, że jedynym motywem ich tworzenia były pieniądze. Nieskromnie jednak nazywał się „ojcem chrzestnym kina gore”! Na łamach Bright Lights Film Journal skwitował branżę słowami: “Widzę filmowanie jako biznes i szkoda mi każdego, kto uważa to za formę sztuki i wydaję pieniądze w oparciu o tę niedojrzałą filozofię”. Co prawda wielu krytyków zauważyło, że Lewis w swoim Święcie krwi inspirował się francuskim teatrem du Grand Guignol. Ale inspiracja ta wynikała tylko z czystej chęci zysku i została wykonana tak, jak tylko wykorzystać mógł ją amator z naprawdę niskim budżetem!

Ironicznym zatem wydaje się fakt, że właśnie taki oportunista jak Lewis podjął się nakręcenia takiego dzieła, jakim okazało się Święto krwi. Podobnie jak Friedman, on również był samoukiem nielubiącym przytakiwać na pomysły innych. Dlatego też, choć wiele rzeczy można zarzucić temu przełomowemu dziełu, tak mocno rzuć tutaj nieskrępowaną niczym rękę reżysera. Lewis wiedział, że nie musi być utalentowanym twórcą, aby zarabiać na tworzeniu filmów. Święto krwi nie jest wprawdzie tak dobre, jak zapewniają nas plakaty, ale czuć, że jest to film nakręcony przez reżysera z konkretną wizją. Na dobre już Lewis i Friedman ustalili standardy, którymi mierzy się dziś takich twórców, jak Eli Roth czy Tobe Hooper.

C.D.N.

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.