Wysypisko #9: Malezja, Kambodża i sztuki walki

W dzisiejszej części Wysypiska powracają recenzje dwóch filmów sztuk walki, inspirowanych indonezyjskimi produkcjami Garetha Evansa: malezyjski Wira oraz kambodżański Jailbreak. Zapraszamy do lektury.

Sukces obu części Raidów (Gareth Evans, 2011; 2014) zmobilizował do realizowania ostrzejszych i agresywniejszych produkcji kina kopanego nie tylko Indonezyjczyków, ale także twórców z Kambodży, Filipin czy Malezji. To właśnie w Malezji, w ubiegłym roku Adrian Teh – znany śledzącym tamtejszy rynek filmowy jako scenarzysta i producent nagradzanego The Hungry Ghost Ritual (Yu lan shen gong, Nick Cheung, 2014) czy reżyser kasowego przeboju na rynkach południowo-wschodniej Azji King of Mahjong (Ma que wang, 2015) – stworzył silnie inspirowany Raidem obraz Wira („bohater” w malezyjskim). Wira nie jest pierwszym spotkaniem Teha z kinem akcji, w 2018 roku stanął on bowiem za kamerą Paskala, inspirowanego popularnymi w Chinach produkcjami pokroju Wolf Warrior (Zhan lang, 2015; 2017) Wu Jinga, czyli posiadających militarne wsparcie akcyjniaków o patriotycznym wydźwięku. Choć Paskal skupia się bardziej na strzelaninach, to również oferuje sceny sztuk walki. Produkcja – jak na malezyjskie standardy – osiągnęła całkiem spory sukces finansowy, zarabiając ok. 7 milionów dolarów. Główną rolę w Paskalu zagrał Hairul Azreen, który w sekwencjach akcji nie musi posiłkować się dublerami. Azreen nie tylko bowiem zawodowo trenuje taekwondo, nie obca jest mu też praca kaskadera. Stanowi zatem idealny wybór do filmów sztuk walki.

Po zakończeniu prac nad Paskalem Azreen trenował 3 miesiące, żeby przygotować się do głównej roli w Wirze. Zarówno on, jak i Teh pragnęli aby produkcja mogła udanie rywalizować z nader prężną konkurencją; wszak od czasu Raidów, mieliśmy już takie pozycje jak Operacja Manila (BuyBust, Eric Matti, 2018), Mściciel (Revenger, Seung-won Lee, 2018), Pani Zło (Ak-nyeo, Byeong-gil Jeong, 2017), Jailbreak (Jimmy Henderson, 2017) czy Przychodzi po nas noc (Night Comes for Us, Timo Tjahjanto, 2018). Jedne mniej, inne bardziej udane, ale wszystkie oferujące charakterystyczne spojrzenie na sceny bijatyk i strzelanin: dynamiczne, krwawe, często w klaustrofobicznych przestrzeniach i lubiące mastershoty. Do stworzenia choreografii scen walk Teh zatrudnił zatem znanego m.in. z Raidów Yayana Ruhiana; Ruhian pojawia się także w filmie jako Ifrit, jeden z głównych antagonistów, z którym w wybuchowym finale mierzą się grający rodzeństwo Hairul Azreen i Fify Azmi. Warto w tym momencie wspomnieć, że Wira jest kolejną z produkcji tego typu, która obficie korzysta ze scen sztuk walki z kobietami w rolach głównych. Są one co prawda widocznie słabsze od najważniejszych męskich wojowników (tutaj: od Azreena i Ruhiana), lecz bez większych przeszkód dają radę chmarom męskich bandziorów. Film zresztą wprowadza widza w świat sztuk walki właśnie poprzez efektowne starcie dwóch kobiet; Wira zaczyna się bowiem od nielegalnego pojedynku MMA między siostrą protagonisty, imieniem Zain (charyzmatyczna i naturalna w scenach akcji Azmi) a Vee, okrutną córką miejscowego gangstera nr 1 Rajy, w którą z powodzeniem wcieliła się indonezyjska aktora Ismi Melinda. Nie jest to zresztą jedyna scena walki z jej udziałem; Melinda najbardziej wyróżnia się w przedfinalnej bitce, do której rusza wymachując dwiema katanami.

Wśród grupowych scen walk mamy przynajmniej dwie warte uwagi sekwencje, obie korzystające z tradycyjnych już, quasi-realistycznych choreografii i długich ujęć: jedna rozgrywa się w slumsowym bloku, druga w jadącym autobusie. Momentami starcia te wypadają co prawda nieco bez energii, częściowo z powodu utrzymywania w kadrze zbyt dużej ilości zbirów, wyraźnie czekających aż nadejdzie ich kolej do zaatakowania przeciwnika, czasem zaś z powodu niezbyt udanego udźwiękowienia, sprawiającego, że niektóre z ciosów wydają się być pozbawione spodziewanej mocy; z rzadka okazuje się też, że zwykłe pchnięcie wystarcza aby jakiś bandzior zaczął zwijać się w bólu na ziemi i nie wstał już do końca walki. Tego typu problemy na szczęście nie są zbyt częste i są ograniczone do wczesnych sekwencji. Pojedynki zaś prezentują się zdecydowanie lepiej, a kiedy – w końcu – do akcji wkracza Ruhian to jego prędkość, energia i złudna prostota technik sprawiają, że każdy miłośnik kina sztuk walki będzie miał problem z oderwaniem wzroku od ekranu.

Wady? Oczywiście są. Jak często bywa w tego typu kinie, kuleje tu niestety fabuła. Korzysta ona z licznych pretekstów i zbiegów okoliczności, bohaterowie bez odpoczynku stawiają czoła kolejnym falom przeciwników, jest też kilka nieco żenujących zwrotów fabularnych, a i okazjonalne korzystanie z broni palnej prezentuje się nadto kiepsko. Jednak zarówno surowość scen walk, świetna w większości choreografia, doskonałe umiejętności fizyczne aktorów, mimo wszystko dość logiczne poprowadzenie fabuły, nawiązania do klasyków kina akcji (np. do Rambo: Pierwsza krew [First Blood, Ted Kotcheff, 1982]) oraz okazjonalne dotykanie tematyki społecznych problemów (praktycznie tych samych co np. w Gundali [Joko Anwar, 2019]) sprawiają, że Wira prezentuje się nie tylko jako udane wprowadzenie do malezyjskiego kina akcji, lecz po prostu jako interesujący i sprawiający mnóstwo frajdy wszystkim fanom kina sztuk walki film. Jego konstrukcja i sukces na rodzimym rynku każą oczekiwać sequela, a Azreen – jeśli jego losy potoczą się szczęśliwie – może niebawem wyrosnąć na gwiazdę gatunku na wzór Iko Uwaisa. Yayan Ruhian tymczasem z Malezji rusza do Kambodży, gdzie połączy siły z wiecznie zapracowanym Cecepem Arifem Rahmanem, gdzie wspólnie popracują nad scenami walki i zagrają antagonistów w drugiej części Jailbreak.

We wpisie o Wirze wspominałem także o innych filmach inspirowanych Raidem Garetha Evansa. Jednym z nich był zrealizowany w Kambodży Jailbreak (2017), za którego reżyserię odpowiedzialny jest włoski reżyser Jimmy Henderson. Nie była to jego pierwsza produkcja w tym kraju, wcześniej bowiem wyreżyserował w Kambodży 3 inne, np. thriller akcji Hanuman (2015). Jego podejście do tworzenia Jailbreak było dość podobne do tego, jakie cechowało Evansa podczas prac nad Merantau (2009) i Raid, czyli za cel przyświecały twórcom rewitalizacja kina akcji w danym kraju (a w szerszym kontekście krajowego kina jako takiego), popularyzacja nurtu na rodzimym terytorium, dowiedzenie zdolności stworzenia filmu w gatunku o wysokich standardach produkcyjnych oraz promocja lokalnej sztuki walki – w Indonezji silatu, w Kambodży bokatora.

Inicjatorem powstania Jailbreak był francusko-kambodżański producent Loy Te, który miał dość tego, że lokalny rynek jest zdominowany przez niezbyt ambitne, cechujące się niskimi budżetami komedie romantyczne i horrory. Jego firma – Kongchak Pictures – po zrealizowaniu Hanumana zabrała się zatem za produkcję filmu akcji z grupową obsadą i – w celach oszczędności, związanych z zagrożeniem poniesienia finansowego fiaska – zamkniętego w jednej lokacji. W powstaniu Jailbreak ważną rolę odegrał sam Henderson. Inspirując się indonezyjskimi akcyjniakami nie miał zamiaru oszczędzać swoich aktorów, miał za to zamiar zaprezentować ogromną ilość scen sztuk walk. W głównych rolach obsadzono więc francusko-kambodżańskiego kaskadera Jean-Paula Ly (był kaskaderem m.in. w Doktorze Strange’u [Doctor Strange, Scott Derrickson, 2016] czy Lucy [Luc Besson, 2014]), odtwórcę głównej roli z Hanumana Darego Ourę oraz kambodżańską mistrzynię MMA Tharoth Sam. Ly i Our byli też autorami choreografii sztuk walki.

I – jak można było się spodziewać – poza scenami sztuk walki, film nie posiada zbyt wiele do zaoferowania. Fabuła ogranicza się praktycznie do przechodzenia z pomieszczenia do pomieszczenia; w każdym z nich nasi bohaterowie (czasem razem, czasem osobno) będą walczyć z chmarami wrogów, od czasu do czasu zatrzymując się na okazjonalnego bossa danego levelu. Walki są oczywiście mocno rozbudowane, a oprócz rąk i nóg w ruch idą też często np. policyjne pałki, świetne użycie znajdują też maczety. Sekwencje akcji są szybkie, klaustrofobiczne i dość krwawe. Można narzekać, że brak tu stylistycznych wojaży czy wyczucia rytmu rodem z Raidów, lecz nie zmienia to faktu, że sceny walk w Jailbreak są dobrze rozplanowane i pełne energii. Jest to tym bardziej warte pochwały, że film stanowi pierwszą tego typu produkcję zrealizowaną w Kambodży, a trzeba pamiętać, że i Evans przed Raidem stworzył, choć przyjemny, to jednak zdecydowanie gorszy od jego najsłynniejszych dokonań Merantau.

Jailbreak posiada jednak 3 większe problemy, których nie sposób pominąć milczeniem. O ile wprowadzenie silnej postaci kobiecej jako jednego z głównych bohaterów – jeśli wierzyć tamtejszym recenzentom, pomysł dość rzadko spotykany w kambodżańskim kinie – zostało zrealizowane bardzo udanie, to równocześnie przedstawiono kuriozalny gang Motyli, składający się z fetyszystycznie zaprezentowanych kobiet w lateksach i obcisłych spódniczkach. Dość mocno kłóci się to z realistycznym portretowaniem policjantki z głównej obsady. Liderką Motyli – teoretycznie główną antagonistką, ale pojawiającą się rzadko i odłożoną na spodziewany sequel – jest zaś preferująca tryb życia naznaczony femdomowym fetyszem mistrzyni walki kataną, w którą wcieliła się była aktorka filmów dla dorosłych Celine Tran.

Drugi problem to ledwo obecna fabuła. Na dobrą sprawę brak tu nawet introdukcji postaci, ot po prostu pojawiają się na ekranie i po kilku wymianach zdań ruszają do akcji. Ponadto osadzenie tejże akcji w ogarniętym chaosem więzieniu i pozbawienie bohaterów wyraźnego celu podróży – poza ogólnymi „nie dajmy się zabić” i „znajdźmy więźnia, którego mieliśmy ochronić” – sprawiają, że brak tu poczucia zmierzania w konkretnym kierunku, przez co stopniowo produkcja przeradza się w zlepek sekwencji akcji sklejonych różnymi pretekstami i zbiegami okoliczności. W końcu trzecim problemem są komediowe elementy; slapstikowe sceny związane z poszukiwanym przez protagonistów więźniem Playboyem w większości nie są wysokich lotów, szybko też zaczynają nużyć, acz trzeba też przyznać, że nie jest ich aż tak wiele, żeby zdążyły zirytować widza.

Jailbreak – mimo wspomnianych wad – jest jednak bardzo solidnie zrealizowanym kinem kopanym w raidowym anturażu. Pewnie nikogo poza miłośnikami nurtu nie zainteresuje, lecz nawet inni powinni docenić jego pozycję na tle kambodżańskiego kina. Pierwsze pokazy filmu całkowicie się wyprzedały, gra na smartfony i tablety na jego podstawie okazała się przebojem, a jego wynik finansowy był bardziej niż zadowalający. Niektórzy wręcz twierdzą, że stanowi on „definiujący moment” w historii ichniego kina. Obecnie trwają prace nad kontynuacją, zatytułowaną Jailbreak. Round 2. Tym razem twórcy zaangażowali – po obu stronach kamery – indonezyjskich mistrzów silatu Yayana Ruhiana i Cecepa Arifa Rahmana, co każe oczekiwać jeszcze bardziej widowiskowych scen walk. Jeśli przy okazji udało się napisać bardziej rozbudowany scenariusz, pogodzić kontrastujące podejścia do kobiecych postaci oraz ograniczyć komediowe zapędy, wtedy mamy szansę otrzymać naprawdę doskonały film sztuk walki.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.