Wysypisko #8: 2019 (część II)

Zbioru tekstów na temat najlepszych bądź najciekawszych produkcji zeszłego roku część druga (i ostatnia). Ponownie pięć tytułów. Zapraszam do lektury.


Demony prerii (reż. Emma Tammi)

Western przefiltrowany przez Czarownicę (2015) Roberta Eggersa. Supernatural western horror, jak sympatycznie podaje Wikipedia. Debiut pani Tammi to film kameralny i bardzo leniwy. Jego kilka bardziej krzykliwych/energetycznych fragmentów nie wynagrodzi czekania na fajerwerki widzom niecierpliwym. Jeśli więc jesteś jednym z nich, unikaj go jak ognia (piekielnego). To rzecz chyba głównie dla koneserów kina gatunku, którym frajdę sprawi prezentacja westernu z kobiecej perspektywy, zaburzenie chronologii czyniące opowieść małą układanką oraz obserwowanie, jak horror wkracza na teren Pogranicza, aby uczynić je swoim terenem. Ukazujące łącznie ledwie pięć postaci, Demony prerii skupiają się na doświadczonej życiem Lizzy, która zmuszona jest zostać na kilka dni całkowicie sama na terenie przez nikogo nie zamieszkanym. No, jeśli nie liczyć tytułowej zjawy, która bardzo chętnie będzie ją terroryzować. Zamknięta w domu bohaterka a to walczyć będzie o przetrwanie, a to halucynować (?) i pogrążać się we wspomnieniach.

Tajemniczy, nihilistyczny i cokolwiek makabryczny, film ma nietuzinkową fabułę i naprawdę fajne momenty o bardzo gęstej atmosferze. Całość ciężko nazwać tworem doskonałym – wspomniane wcześniej krzykliwe sceny wyglądają czasem generycznie, a scenariusz wydaje się w paru miejscach nieco plątać – jednak przecież nie każdy musi od razu debiutować obrazem na miarę Czarownicy, prawda? Jest dobrze.

PS. No ale właśnie, a co z tym wpływem Czarownicy? Nie chcąc zdradzać zbyt wiele zaznaczę tylko na wszelki wypadek, że nie ma tu Czarnego Filipa. Bo zamiast niego jest Biały!

PPS. Film można było zobaczyć w zeszłym roku podczas Octopus Film Festival, a następnie w kinach z okazji Halloween, lecz do regularnej dystrybucji w naszym kraju trafi dopiero teraz – a dokładniej 17 stycznia.


The Fanatic (reż. Fred Durst)

Niskobudżetowy prawie-thriller w reżyserii lidera Limp Bizkit. I to mogłoby w sumie wystarczyć za opis filmu.

Z drugiej strony jego szczegóły są całkiem ciekawe.

Jedną z cech opowieści jest nie mająca większego uzasadnienia narracja z offu, która albo opisuje to, co i tak widzimy na ekranie, albo próbuje być mądra, ale jej to niekoniecznie wychodzi. Oto pierwsze, co słyszymy: „Los Angeles. Nazywam je miastem ściemniaczy. [kilka sekund pauzy] Ale kim jestem, żeby ich oceniać? Ja też tu mieszkam.”

Głos, który okazjonalnie słyszymy, należy do pani paparazzi, która jest (niezbyt potrzebną do rozwoju opowieści) przyjaciółką i swoistą opiekunką opóźnionego w rozwoju mężczyzny / chłopca (ciężko stwierdzić) imieniem Moose. Którego gra John Travolta. Oglądanie jego osobliwych poczynań to bardzo specyficzne doświadczenie. Mamy tu wszakże chorego człowieka (swoją drogą totalnego kinomana zakochanego w tanich horrorach), który jest na każdym kroku do bólu nieporadny i ślamazarny, i bywa gnojony przez paru drani. Zachowuje się głupio. Wygląda bardzo głupio. Jest zagrany beznadziejnie. Co nie jest trudno sobie wyobrazić. Popatrzcie na to zdjęcie wyżej. I pomyślcie: oto wielki gabarytowo, 65-letni John Travolta gra mentalnego 12-latka i zalicza prawdopodobnie najgorszy występ w karierze. Pamiętacie najbardziej przeszarżowane role Nicolasa Cage’a? To jest właśnie coś takiego. Tyle że tutaj – przepraszam za powtórzenie – mowa o roli jednostki opóźnionej w rozwoju. Takiej, która ma wywoływać u nas zarówno współczucie, jak i niepokój. Tymczasem jest to na zmianę śmieszne, żenujące i przykre.

Na ratunek naszej moralności przychodzi fabuła, która również jest napisana źle. Ale o co właściwie chodzi? Moose jest zakochany w pewnym gwiazdorze niskobudżetowych gatunków i chciałby od niego sporo autografów. Ale koleś okazuje się (bardzo głupio) agresywnym bucem. Po różnych scenach upokorzenia rozczarowany i wściekły „chłopak” postanawia odwiedzić ex-idola środkiem nocy, związać go i trochę pomęczyć. Najpierw jednak, na przykład, myje sobie zęby jego szczoteczką.

To tak w wielkim skrócie. Akcja rozgrywa się tak naprawdę względnie leniwie, ponieważ pojawiają się tu różne fragmenty mającego uwiarygadniać motywację postaci itd. Nie ma tu jednak w tym nic przekonującego. Jest po prostu maraton słabych lub nijakich scen, które, na szczęście, potrafią naprawdę rozbawić, jako że jakością i charakterem zdarza im się przywodzić kultowe The Room (2003).

Różnoraka przemoc pojawia się tu w miarę regularnie. Np. w połowie filmu zamordowana zostaje jedna postać. I jej wątek jest automatycznie porzucony (sic!). Oczywiście o umiejętnym budowaniu napięcia nie ma tu mowy. Jest co prawda jeden zaskakujący punkt zwrotny w finale – będącym wielkim wybuchem przemocy – co można by zaliczyć w poczet nielicznych (ok – nieobecnych!) walorów filmu, gdyby tylko nie to, że z miejsca wywołuje on salwę śmiechu.

A, no i jeszcze jedna, jakże ważna, rzecz. W połowie filmu b-klasowy gwiazdor odpala w samochodzie Limp Bizkit. I mówi do swojego synka siedzącego obok coś w tym stylu: „Masz ochotę na trochę Limp Bizkit? Lubisz Limp Bizkit? Tak? Ja też! Tak jest, to jest to! Kiedyś dużo się tego słuchało, to były czasy. O tak, to jest muzyka! Tak jest, kochanie, tak jest! To jest to!”. Fuck yes, Fred. Fuck yes.


Na noże (reż. Rian Johnson)

Kryminał roku. Nie powinno to dziwić, jeśli popatrzymy na wcześniejszą filmografię twórcy, której połowę zajmują znakomite obrazy neo-noir: pastiszowe Kto ją zabił? (2005) i noszący kostium sci-fi Looper – pętla czasu (2012). Na noże to jednak innego rodzaju kryminał; nie czarny, lecz sięgający do samej Agathy Christie, czyli mistrzyni tzw. whodunit. Czyli ten akurat kryminał, który nigdy mnie nie interesował (jeśli nie liczyć giallo, które z niego często czerpało). Ja się jednak bawiłem tutaj przednio, a to z tej prostej przyczyny, że Johnson nie tyle swobodnie żongluje gatunkowymi tropami, co śmiało wywraca konwencję do góry nogami i to już po ok. pół godziny filmu (trwającego łącznie dwie godziny). Faszeruje opowieść sporą dozą ironii, czarnym humorem oraz elementami satyry społeczno-obyczajowej, nie zamieniając jej jednak w parodię. Jego zabawa nie ma bowiem na celu wyśmiania gatunku, lecz jego rewitalizację. I ta się jak najbardziej udaje. Reżyser z jednej strony łaskocze swoich widzów, lecz z drugiej bardzo starannie konstruuje fabułę, która okazuje się być imponująco precyzyjną, dopieszczoną dramaturgicznie układanką. Perła.


The Nightingale (reż. Jennifer Kent)

Pięć lat po premierze głośnego Babadooka do kin (przynajmniej brytyjskich i amerykańskich) trafia wreszcie drugi obraz Jennifer Kent. Australijka ponownie prezentuje tematykę samotności kobiety oraz radzenia sobie z traumą i stratą bliskiej osoby, znowu też sięgając po poetykę oniryzmu i nadając opowieści charakter alegorii. Tym razem jednak cudzysłów horroru porzucony jest na rzecz wiarygodnego survival thrillera, który za punkt wyjścia ma kontrowersyjną konwencję rape’n’revenge. Ciężko jednak nazwać The Nightingale kinem gatunku sensu stricto. Co nie dziwi, zważywszy na miejsce i czas akcji filmu, czyli definiowaną wybijaniem ludności aborygeńskiej oraz zsyłaniem nań rozmaitych skazańców Australię pierwszej połowy XIX wieku. Główną bohaterką jest irlandzka ex-złodziejka Clare, która najmuje tubylczego tropiciela, aby odnaleźć i zabić wędrujących dziczą angielskich żołnierzy, którzy ją zgwałcili oraz zamordowali jej męża i dziecko.

Opowieść, choć rozgrywana w czasie tzw. czarnej wojny, napędzana jest jednak nie akcją, lecz wytrwałością protagonistki, trudem podróży oraz komentarzem społeczno-politycznym. Za sprawą tego ostatniego postawiony zostaje znak równości między mizoginią a rasizmem. Najciekawsze jest jednak to, że same postaci tego nie widzą i przeważnie zaprezentowane są jako jakże ludzcy hipokryci postrzegający rzeczywistość przez pryzmat rozmaitych stereotypów (czarni to prymitywne dzikusy, wszyscy biali to grabieżcy itp.). A są też jeszcze żołnierze – okrutni, głupi, niemoralni lub zbyt tchórzliwi i konformistyczni, by reagować na przemoc obok (niecodziennym i świetnym rozwiązaniem było obsadzenie w roli najgorszego z nich przystojniaka o przyjemnej aparycji, który jednak bardzo przekonująco potrafi zagrać skrytego psychopatę). Ostatecznie konwencja rape’n’revenge zostaje rozsadzona. Lub może zignorowana. Większość filmu wygląda zaskakująco zwyczajnie. Sceny akcji nie są efektowne, gdyż postaci są często nieporadne, zdesperowane czy wystraszone; przemoc jest zawsze paskudna; terror prowadzi na skraj obłędu; śmierć bywa żałosna. Jest jednak w tym wszystkim niemało empatii oraz szczerości, a ostatecznie film staje się przede wszystkim cegiełką dla #metoo. Tak, mimo wszechobecnego brudu i rozpaczy, znalazło się tu więc też nieco miejsca dla ludzkiego dobra i nadziei.


Złota rękawiczka (reż. Fatih Akin)

Głośny quasi-horror z Niemiec. Rzecz o alkoholiku-gwałcicielu-seryjnym mordercy grasującym na ulicach Hamburga pierwszej połowy lat 70. szybko atakuje nawałem patologii. Jest brzydko, brudno, agresywnie i groteskowo. Miejscami wręcz szokująco, choć zarazem nie ma mowy o jakimś epatowaniu seksem i przemocą, gdyż pomimo bezpardonowego ukazania odjazdów antybohatera, wiele (np. ciosów) rozgrywa się poza okiem kamery. Co rzadkie w wypadku obrazów o takich zwyrolach, opowieść jest też dosyć etyczna. Choć Fritz Honka to jednostka żałosna i smutna, postrzegana przez tzw. normalnych ludzi jako zbyt brzydka i pokraczna, Akin nie pozwala nam jej choćby minimalnie polubić czy współczuć. Są dwa momenty, kiedy jest blisko – pierwszy, gdy oglądamy, jak kolejne kobiety wyśmiewają podryw Honki, a drugi, gdy próbuje się zmienić i odstawić alkohol, a my tym samym po raz pierwszy widzimy go nie jako potwora, lecz jako zakompleksionego losera – jednak zostają one ucięte. Reżyser na ogół unika uzasadniania jego działań (poznajemy go już po pierwszym mordzie), regularnie prezentując go jako brutalnego, amoralnego i mocno impulsywnego idiotę, który szuka łóżkowych przygód w być może najtańszej spelunie (tytułowej Złotej rękawiczce) hamburskiej dzielnicy czerwonych latarni. Oprócz portretu Honki otrzymujemy też więc smutny obraz ubogiej części miasta, pełnej różnorakich desperatów, samotników i nieudaczników. Żeby nie było zbyt przytłaczająco, reżyser częstuje nas co jakiś czas humorem (który potrafi zwalić z nóg!), a w pewnym (kluczowym) miejscu także specyficzną dobrocią. Ale tego oczywiście opisywać nie będę. Jeśli jeszcze nie widzieliście, przekonajcie się sami, bo to jeden z filmów roku.

1 Komentarz

  1. ‚W połowie filmu b-klasowy gwiazdor odpala w samochodzie Limp Bizkit. I mówi do swojego synka siedzącego obok coś w tym stylu: „Masz ochotę na trochę Limp Bizkit? Lubisz Limp Bizkit? Tak? Ja też! Tak jest, to jest to! Kiedyś dużo się tego słuchało, to były czasy. O tak, to jest muzyka! Tak jest, kochanie, tak jest! To jest to!”. Fuck yes, Fred. Fuck yes.”

    Hey man, „Pollution”, „Counterfeit”, „Stuck”, and „Nobody Loves Me” is a pretty sick 4-punch combo. And I’ll still fuck wit „Re-Arranged” and „Take a Look Around”… No i „Faith” jest niedocenianym coverem.

    „sięgający do samej Agathy Christie, czyli mistrzyni tzw. whodunit.”

    No niby przypomina „The ABC Murders” z mordercą wymyślającym skomplikowaną intrygę, zwalającym winę na innego podejrzanego i wciągającym we wszystko genialnego detektywa, aby odziedziczyć fortunę. Tam bawią się trochę w scenariusz ze ściganiem szalonego seryjnego mordercy, a w KNIVES OUT w komedie kryminalną. Ale mi się to bardziej kojarzyło z COLUMBO, z odwróconym formatem detektywistycznego whodunit i z pozoru nieporadnym detektywem, który ciągle się kręci i irytuje podejrzanych, aby na końcu okazać się geniuszem – kiedy to whodunit tak naprawdę okazuje się być klasyczne, a nie odwrócone. Ja tam osobiście wole normalne, telewizyjne COLUMBO od tego Johnsonowego.

    „Reżyser z jednej strony łaskocze swoich widzów, lecz z drugiej bardzo starannie konstruuje fabułę, która okazuje się być imponująco precyzyjną, dopieszczoną dramaturgicznie układanką.”

    No nie wiem, to nie jest ACE VENTURA PET DETCTIVE, gdzie jakby nie spojrzeć intryga zawsze się zamyka jak pułapka na niedźwiedzie. KNIVES OUT rzuca na końcu w widza tyle zaskoczeń, zwrotów akcji, zbiegów okoliczności i niespodzianek, że pozostaje tylko opuścić ręce w geście rezygnacji i powiedzieć „Ok, ok… niech wam będzie, że to ma jakiś sens.”

    Nie jestem też największym fanem BRICK, więc nie wiem, czy ta renoma na temat Johnsonowych zabaw z gatunkiem kryminalnym nie jest trochę na wyrost.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.