Wysypisko #8: 2019 (część I)

Po dłuższej przerwie czas powrócić do Wysypiska. Tym razem dwuczęściowy zbiór różnego rodzaju krótkich tekstów o najlepszych bądź najciekawszych filmach 2019 roku. W części pierwszej pięć tytułów. Zapraszam do lektury!


Dragged Across Conrete (reż. S. Craig Zahler)

Być może najwolniejszy film akcji w historii. I jest to komplement.

Film jest tak wolny, że po pierwszej godzinie seansu można się zastanawiać, jakim cudem komuś mogło przyjść do głowy, aby szufladkować go jako kino akcji. Nie, żeby po tej godzinie rzecz miała gwałtownie przyspieszyć i zacząć przypominać hongkońskie szaleństwa Johna Woo. Wszystko jest cały czas tak samo wolne. I jest to ciągle komplement, ponieważ mowa o tytule, który jest jednocześnie w duchu kina sensacyjnego lat 70. (luźne skojarzenia: Sam Peckinpah, Sidney Lumet), stanowi swoistą dekonstrukcję gatunku (to, co w dzisiejszym kinie opiera się na niezwykłej dynamice, tutaj zostaje totalnie rozwleczone, zarazem będąc bardzo dopieszczonym dramaturgicznie) i jedzie po widzu niczym walec.

Jest patologia, desperacja, nihilizm, a na deser trochę makabry (w tym jedna z najbardziej osobliwych scen gore ostatnich lat), a z drugiej strony sporo elokwentnych, błyskotliwie napisanych dialogów oraz zaskakująco dużo humoru. Oczywiście, świetne aktorstwo. Mel Gibson i Vince Vaughn, którzy ponownie błyszczą, ale też charakterny i kluczowy dla opowieści Tory Kittles. Ładne epizody Udo Kiera, Dona Johnsona, a przede wszystkim nokautujący występ Jennifer Carpenter. Oraz następny, po Bloku 99, zacny soulowy soundtrack u pana Zahlera.

Jest też bardzo ciekawie, niejednoznacznie i odważnie na temat rasizmu i poprawności politycznej, ale, powiedzmy sobie wprost, żeby opisywać ten film jako rasistowski – co część krytyków zrobiła po jego pierwszych projekcjach – to trzeba być idiotą. No, lub zakończyć seans po 20 minutach i na ich podstawie oceniać całość.

Początek filmu rzeczywiście może sugerować szowinistyczny charakter opowieści. Za bohaterów mamy dwóch twardych i dosyć old skulowych gliniarzy, niemalże uwspółcześnionych brudnych Harry’ch. Zwłaszcza starszy z nich pasuje do tego opisu, a gra go – o zgrozo – tak kojarzony z antysemityzmem Gibson. Co więcej, mieszka on w ubogiej dzielnicy zdominowanej przez czarnoskórych. Jego nastoletnia córka właśnie zostaje zaatakowana przez grupkę czarnych. Piąty raz w ciągu dwóch lat. Jego żona otwarcie mówi, że kiedyś by się tego po sobie nie spodziewała, ale teraz jest rasistką. W międzyczasie przełożony bohaterów rzuca hasło w stylu „Co za czasy, przyznać się dziś do bycia rasistą to jak przyznać się w latach 50. do bycia komunistą”. A postaci Gibsona i Vaughna są akurat świeżo po „skatowaniu” dilera pochodzącego z Meksyku, przez co zostają zawieszeni. Co za czasy.

Tym, co szybko rzuca się tu w oczy, jest fakt, że Zahler podkreśla, iż stereotypy nie biorą się z próżni (lecz z ulicy) i niejako uzasadnia istnienie rasizmu. Pokazuje rzeczywistość, która definiowana jest tak polityczną poprawnością, jak i wszechobecnym rasizmem. Rzecz w tym, że wraz z rozwojem opowieści zmienia jej wymowę i konsekwentnie poszerza perspektywę widza, po drodze niejednokrotnie grając mu na nosie. Nie chcę tu za bardzo opisywać fabuły, bo choć film trwa blisko 3 godziny, to opiera się na bardzo prostej konstrukcji i łatwo tu o duże spoilery. W kwestii scenariusza ograniczę się więc do dwóch rzeczy. Po pierwsze, stereotypy nie biorą się z próżni, ale pozostają tylko stereotypami. Kluczowe sceny z finałowego aktu opowieści opierają się na przewrotności wynikającej z tego, że postaci źle się nawzajem oceniają i popełniają dużo kosztujące ich błędy. Chodzi tu głównie o relacje na linii czarni-policja oraz po prostu czarni-biali (choć jest też fragment z błędną oceną pewnej postaci kobiecej). Istotną rolę w odbiorze filmu odgrywa więc kontekst kulturowo-historyczny. Po drugie – i teraz będzie konkretniej – postać Vaughna długo postrzegamy przez pryzmat nieco ważniejszego dla fabuły Gibsona. No bo to nie tylko partnerzy, ale też prawdziwi kumple, oddani sobie, często się ze sobą zgadzający itp. Wiemy, że Gibson jest rasistą, więc po solidnej ekspozycji z automatu przyjmujemy, że Vaughn, o którym wiemy mniej, pewnie też. Dopiero po ok. 40 minutach poznajemy ukochaną Vaughna. I jest nią czarnoskóra kobieta. Czy Gibson o tym wie? Zapewne tak. Czy ma coś przeciwko? A dlaczego miałby mieć?

Taką paradoksalną i ironiczną naturę filmu szybko podkreśla jego soundtrack. Otóż, przecież, jest to głównie muzyka soulowa. Żeby ten soundtrack był bardziej „czarny”, to musiałby tam tylko być jeszcze jakiś stary blues. Najlepiej przedwojenny, grany przez bezzębnego czarnego na rozpadającym się akustyku.

Na pożegnanie przejdźmy jednak do ściśle powiązanego z soundtrackiem konkretu. Oto gdzieś w pierwszej części filmu nasi twardzi bohaterowie czekają na śniadanie w knajpie. Leci popowa muzyczka. Zaczynają z niej drwić. Padają zdania w stylu: „Nie wiem nawet czy to śpiewa facet czy babka. Co to ma być? Nie da się już odróżnić. Jaka pizda. Co za czasy.” Aktorzy nie wyglądają tu jednak naprawdę poważnie, zwłaszcza Vaughn. Scenka wygląda raczej na humorystyczną. Ale o co właściwie chodzi? No więc piosenka, która tam leci, grana i śpiewana jest przez samego reżysera. Bank rozbity.


The Head Hunter (reż. Jordan Downey)

Mikrobudżetowy horror fantasy osadzony gdzieś w pełnym potworów Średniowieczu.

Reżyser, niewątpliwie wiedząc, jak niewielkim budżetem będzie dysponować, postawił, wespół ze swoim współscenarzystą, na definiujący całą fabułę paradoks. Otóż z jednej strony mamy opowieść o wojowniku polującym na terroryzujące okolicę monstra (tak jest, Wiedźmin as fuck), a z drugiej same walki zostały tu zmarginalizowane i przeważnie rozgrywają się poza kadrem. Poodcinane przez bohatera łby kolejnych stworzeń wyglądają niewiele lepiej niż halloweenowe maski, jakie kupić można w specjalistycznych sklepach, jednak ich konsekwentnie rosnąca kolekcja ma na celu nie imponowanie widzowi, lecz podkreślenie uporu protagonisty. Skupiono się tu bowiem na jego codzienności. Na nieustannych przygotowaniach do kolejnych starć, na trudzie podróży, na leczeniu zawsze bardzo ciężkich ran, a przede wszystkim na oczekiwaniu, aż w okolicę powróci monstrum, które niegdyś odebrało życie jego córce. Znaczy się niemały ładunek melancholii i nienawiści gratis.

Wszystko to przyprawione pięknymi krajobrazami, plastycznymi kadrami i odpowiednio mroczną muzyką. Jasne, większy budżet by się przydał, ale pan Downey i bez niego udowodnił, że jest naprawdę dobrym reżyserem. Jednym z tych, co potrafią wykreować coś z niczego. Rezultatem dzieło tyleż kameralne, co sugestywne, przywodzące też na myśl komiksowego Hellboya (jego balladowe i horrorowe one-shoty) oraz Evil Dead (akcja głównie w jednej chatce i na pobliskim terenie), a wreszcie z pięknie przewrotnym i makabrycznym finałem.

Fuck, niech ktoś da temu kolesiowi więcej kasy.


In Fabric (reż. Peter Strickland)

Swoim czwartym filmem brytyjski twórca ponownie rozbija bank, choć tym razem nieco innymi sposobami. Opowiadające o pechowych właścicielach pewnej nawiedzonej sukienki, której noszenie prowadzi do tragedii, a pranie do swoistych samobójstw pralek (!!!!!), In Fabric to coś na granicy horroru, fantasy i komedii. Niedorzeczności tematu towarzyszy coraz częstsze ironizowanie fabuły, która w swojej drugiej połowie zamienia się już w prawdziwy festiwal absurdu i groteski. W kilku miejscach ociera się wręcz o kuriozum, ale reżyser nigdy nie pozwala się swojemu dziełu wykoleić. Tradycyjnie już, duża w tym zasługa jego niezwykłej wyobraźni, którą napędzają wzorce sprzed lat – i ponownie wyraźnymi inspiracjami są włoski horror (sprzedawczynie z domu towarowego z niebezpiecznymi ciuchami przywodzą na myśl czarownice z Suspirii), giallo (tak giallowego soundtracku dawno nie słyszałem; przynajmniej jeśli chodzi o pierwszą połowę filmu) oraz sexploitation (do głowy przychodzi Jesus Franco, choć nie będę udawał, że już choćby relatywnie dobrze znam jego twórczość). A do tego dochodzi jeszcze satyra społeczna na konsumpcjonizm, która jest niemalże jak wyjęta z Romerowskiego Świtu żywych trupów, regularne dozy oniryzmu oraz podobne do obecnego w mistrzowskim The Duke of Burgundy specyficzne niedookreślenie miejsca i czasu akcji. Fabuła rozgrywa się bowiem w nieistniejącym brytyjskim mieście w nie-bardzo-wiadomo-której-dekadzie mającej na zmianę cechy lat 70., 80. oraz współczesności. Wszystko to, mimo swojego przegiętego charakteru oraz okazjonalnych scen makabry i perwersji, sensualne i bardzo stylowe, wręcz eleganckie. Bo Strickland to jest gość.


Romulus and Remus: The First King (reż. Matteo Rovere)

Pierwszy od nie-wiem-jak-dawna włoski film przypominający o tym, że kiedyś istniało coś takiego, jak peplum. Rzecz jednocześnie (lub może raczej na zmianę) realistycznie i fantastycznie podchodząca do mitu o założeniu Rzymu, skupia się przede wszystkim na survivalowej części podróży słynnych braci i ich towarzyszy niedoli – na próbie przeżycia w pewnym przeklętym lesie, w którym problemem jest zarówno upolowanie zwierzyny, jak i możliwość spotkania z osobnikami lubującymi się w odrąbywaniu głów. Sceny akcji są odpowiednio brutalne, fabuła opowiedziana niespiesznie i tajemniczo, zdjęcia ładne jak należy. Muzyka bywa niestety dosyć generyczna i widać też, że twórcy mieli tu jakieś blockbusterowe ambicje, a szkoda, bo szybko pokazali, że potrafią być efektywni bez silenia się na epickość (na którą ich zresztą zwyczajnie nie było stać). Niemniej, warto. Zwłaszcza, jeśli jesteś fanem gatunkowej włoszczyzny. Oto neo-peplum, które przywodzić może na myśl filmy typu Czarna śmierć (2010) czy Pilgrimage (2017). Mojemu koledze skojarzyło się nawet z Valhalla Rising (2009). Ja bym się aż tak nie zapędzał, ale… może Tobie też to przyjdzie do głowy. I ja się wcale nie pogniewam.


Three From Hell (reż. Rob Zombie)

Najsłabsza część trylogii pana Zombie, co boli tym bardziej, że ani Domu 1000 trupów, ani Bękartów diabła – mimo pewnych pięknych fragmentów i ich słusznie kultowego statusu – nie można nazwać wybitnymi reprezentantami gatunku. A przynajmniej nie na trzeźwo.

W finałowej części cyklu autor ładnie kłania się światowemu kinu eksploatacji – od women-in-prison przez spaghetti western po meksykańskie Lucha Libre – jednak nie wnosi nic nowego do sagi o rodzinie Firefly. To, co mogłyby przynieść mu coś faktycznie świeżego i fajnego (jak więzienny żywot urokliwej jak zawsze Baby), nie trwa wystarczająco długo, aby odcisnąć wyraźne piętno na fabule. Będący jednym z najjaśniejszych punktów poprzednich części Kapitan Spaulding tutaj nie mógł być za bardzo wykorzystany z powodu kiepskiego stanu zdrowia Sida Haiga, toteż uśmiercony zostaje już na samym starcie. Na jego miejsce wskakuje Richard Brake jako Foxy, „zaginiony” brat przyrodni Otisa. A więc aktor charakterny (najlepszym tego dowodem jego cudownie szalony występ w 31), ale postać pojawiająca się od czapy. Co więcej, mimo niezłych występów tak Brake’a, jak Billa Moseleya, aktorzy nie wydają się ze sobą dobrze czuć. Chwilami aż można odnieść wrażenie, że grają w oddzielnych filmach. Ale to, powiedzmy, szczegół. Gorzej, że Sheri Moon Zombie zalicza bodaj najsłabszy występ w karierze, kompletnie nie przekonując w scenach, w których Baby jawić się ma jako totalna psychopatka.

Całość jest po prostu wtórna, zbyt kurczowo trzymająca się Bękartów diabła (są nawet te „tarantinowskie” dialogi), przy tym wyzbyta jednak tego, co było tam najmocniejsze – możliwej dzięki zgrabnej dramaturgii manipulacji widzem, któremu przekonująco wmawiało się, że rodzina gwałcicieli i morderców przeobraża się w bohaterów walczących w imię wolności. Tutaj, co prawda, początkowo otrzymujemy podobną treść i jest ona nawet zgrabnie klejona z satyrycznie przegiętym kultem seryjnych morderców i nawiązaniami do dokonań familii Charlesa Mansona. Tyle że jest ona powtarzana nam wprost („Walczymy przeciwko systemowi” i inne dosadne deklaracje), aby z czasem zniknąć w cieniu kolejnych aktów przemocy. A więc znowu element z zupełnie niewykorzystanym potencjałem. Sama przemoc, na szczęście, ma w sobie tą samą chorą radość, co wcześniejsze dokonania pana Zombie. To czysty terror, prawdziwa miłość do podłego exploitation, która w pewnych momentach czyni film należycie frenetycznym. Niemniej, mimo nawet ładnie unieśmiertelniającego postaci zakończenia*, Three From Hell to film po prostu niepotrzebny. Lub spóźniony o kilka długich lat. To laurka dla najfajniejszych postaci, jakie urodził pulpowy umysł Zombiaka, ale niestety laurka wybrakowana, niedorobiona i ewidentnie tania. Tylko dla fanów serii, choć nawet ci nie będą mieli takiej frajdy, jaką rodzina Firefly powinna przynosić.

* Nie jest to jednak nic na miarę genialnego finału Bękartów diabła.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.