Wysypisko #7: Nicolas Winding Refn poleca exploitation (i nie tylko)

W kolejnym odcinku Wysypiska przyglądam się pokrótce pięciu zapomnianym filmidłom, jakie obejrzeć można na zacnym serwisie streamingowym www.byNWR.com – założonym i sponsorowanym przez Nicolasa Windinga Refna, służącym promowaniu kina grindhouse’owego i stanowiącym kolejny dowód zajebistości tak duńskiego reżysera, jak i celuloidowej obskury. Odrestaurowane cyfrowo filmy z dodatkiem sporej dawki publicystyki, autorstwa dziennikarzy, krytyków, historyków filmowych i nie tylko, dostępne są tam za darmo. Wystarczy się zarejestrować, do czego oczywiście niniejszym zachęcam. Nie wszystkie filmy są udane, ale wszystkie są co najmniej ciekawe. A niektóre to prawdziwe perły.


Chained Girls (reż. Joseph P. Mawra, 1965)

„Dokument” sexploitation na temat kobiecego homoseksualizmu i licznych zagrożeń, jakie ze sobą niesie. Co prawda, rozpoczyna go plansza z informacją, że przedstawia on postaci i wydarzenia fikcyjne, jednak już sekundy później zaczyna udawać stricte edukacyjny film opisujący tajemne życie lesbijek. Dzięki obserwacjom rejestrowanym rzekomo ukrytą kamerą, narratorowi z wypowiedziami o stale moralizatorskim tonie oraz planszom z wyssanymi z palca statystykami dowiadujemy się choćby, że lesbijki dobrze ukrywają się w tłumie, ale można je rozpoznać po czarnej bieliźnie; biorą ze sobą sekretne śluby, jednak ich małżeństwa często kończą się po pierwszej nocy (rekordowymi są te trwające kilka miesięcy); rozbijają heteroseksualne małżeństwa i porzucają swoje dzieci, żeby cieszyć się życiem w rozpuście; zostały lesbijkami, ponieważ, na przykład, ich ojcowie byli psychopatami lub alkoholikami.

Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że homoseksualistki zostały tu przedstawione niczym komuniści w kinie lat 50. Czyhające gdzieś w cieniu, stale rekrutujące kolejne kobiety, agresywne i bezlitosne (wyjątkowo zazdrosne o swoje partnerki „męskie lesbijki” chętnie się biją i nie mają oporów przed zabijaniem rywalek), konsekwentnie niszczące amerykańskie społeczeństwo. Prawdziwa groza.

Zanim jednak pojawia się w głowie hasło „propaganda”, twórcy przypominają, że to przede wszystkim sexploitation dla grindhouse’owej publiki świeżo rozkochanej w dokumentalizmie mondo. Chociaż jak na tego rodzaju produkcję z połowy lat 60. stosunkowo niewiele tu golizny, reżyser nie udaje, że wszystkie te dydaktyczne gadki i pseudo-edukacyjne sceny, jakie serwuje, ostatecznie stanowią tylko pretekst, aby kamera mogła poobserwować kobiece kształty i igraszki. A to więc oglądamy, jak pani fotograf uwodzi swoją modelkę poprzez gładzenie jej włosów czy poprawianie majtek, a to jak dwie kochanki leżą sobie w łóżku i się całują powoli się rozbierając. No, jest też jeden mocniejszy fragment, związany z ceremonią przyjęcia nowej dziewczyny w szeregi prezentowanego tu homo-gangu, ale grzechem byłoby go opisywać.

Wszystko to przeplatane jest już nie-inscenizowanymi ujęciami rejestrującymi nocne życie w nowojorskim Greenwich Village, co dodaje filmowi fajnego ulicznego klimatu (choć niestety zabrakło jazzowego soundtracku, często tak dobrze pasującego do tego rodzaju kina). Nie, żeby cokolwiek mogło uczynić Chained Girls obrazem, o którym dałoby się powiedzieć „dobry”, ale z pewnością jest on jedyny w swoim rodzaju.


Hot Thrills and Warm Chills (reż. Dale Barry, 1967)

Sexploitation wyzbyte jakiegokolwiek sensu, za to przepełnione bardzo osobliwym urokiem i energią. Film opowiada o trzech charakternych laskach (zagranych przez striptizerki, bo Barry, śladem Russa Meyera, najbardziej lubił szukać aktorek w ukochanych klubach go-go), które tworzyły niegdyś gang złodziejek, ale przyszła pora na ustatkowanie się. Jednak teraz, po latach przerwy, spotykają się w Rio de Janeiro, aby, po pierwsze, poopowiadać sobie o swoich małżeńskich żywotach oraz różnych przygodach miłosnych, a po drugie – ustawić się na swój ostatni rabunek, dzięki któremu będą mogły żyć na Karaibach, nie potrzebując już „żadnych żałosnych mężczyzn”.

Choć opis ten brzmi jeszcze logicznie, w filmie nie zgadza się ze sobą prawie nic. Np. jedna z antybohaterek opowiada o swojej nocy poślubnej, lecz ukazany nam flashback prezentuje zupełnie inną kobietę zabawiającą się z nie-bardzo-wiadomo-kim; w innym miejscu przestępczynie przerywają nagle dialog, by móc sobie potańczyć na środku pokoju, a po paru minutach wrócić na swoje miejsca i kontynuować rozmowę; gdzie indziej poznajemy podrywacza, który po wyrwaniu jednej z antybohaterek w barze niby już znika z ekranu na stałe, ale odtwarzający go aktor wraca niedługo później w roli policjanta, który… idzie do łóżka z kolejną z nich! To jest chaos przez gigantyczne CH, ponieważ, rzecz jasna, Barry kręcił filmy błyskawicznie i prawie bez budżetu, a scenariusze go za bardzo nie interesowały. Najważniejsze, by kamera mogła rejestrować ponętne aktorki w różnych sytuacjach (najlepiej, oczywiście, pikantnych, chociaż pod kątem śmiałości całość jest relatywnie grzeczna).

Ale nie znaczy to bynajmniej, że jedynymi walorami filmu są urody aktorek i tzw. b-klasowa zabawa. Film na przede wszystkim kapitalny klimat. Główna w tym zasługa żywiołowej, swingowo-rock’n’rollowej muzyki niejakiego Dario De Mexico (pseudonim dekady!), którą film jest wypełniony po brzegi, a z której reżyser potrafił zrobić naprawdę niezły użytek (dość powiedzieć, że łącznie mamy tutaj pięć scen tańca). Sama obskurność i surowość formy gdzieniegdzie przypomina wręcz dokumentalizm, a jeśli dodamy do tego totalną ‚anarchiczność” i dygresyjność fabuły, to do głowy przyjść mogą… wczesne obrazy francuskiej Nowej Fali! Nie, nie zapomniałem, że ciągle mowa o nieprzemyślanym, śmieciowym sexploicie zrobionym wyłącznie dla szybkiego zarobku przez filmowców, którzy raczej nie wiedzieli zbyt wiele o sztuce filmowej, ale jakby niechcący wyszło im coś naprawdę nietuzinkowego i fajnego. A są jeszcze te kobiety – seksowne, silne, agresywne, niezależne i ekscentryczne (odtwarzająca liderkę gangu Rita Alexander to kawał charakteru). Bardzo bliskie tym od mistrza Meyera, choć mogące też budzić skojarzenia i z kimś innym – jak to ujął Stephen Thrower (autor znakomitej książki o Lucio Fulcim), Hot Thrills and Warm Chills to najlepszy film, jakiego nie zrobił John Waters.

PS. Barry wyreżyserował jeszcze 3 inne sexploity i podobno każdy jest tego sortu, tj. tak samo nielogiczny, chaotyczny, ciekawy i niezły.

PPS. Reżyserska kariera Barry’ego zakończyła się po ledwie sześciu latach, bo przerzucił się na dystrybucję filmową oraz prowadzenie kina specjalizującego się w filmach dla dorosłych. Pierwszym obrazem, jaki wyświetlał, było Mudhoney (1965) kolegi Meyera!


If Footmen Tire You, What Will Horses Do? (reż. Ron Ormond, 1971)

Czysto propagandowe, religijno-polityczne exploitation zrobione dla amerykańskiego kościoła baptystów. Serio. Jego reżyser to wcześniej podobno przeciętny twórca blisko 20. filmów eksploatacji, który po tym, jak wraz z rodziną przeżył wypadek samolotowy, nawrócił się i postanowił wielbić Pana. Zaprzyjaźnił się on z charyzmatycznym i mocno nawiedzonym pastorem i pisarzem Estusem W. Pirkle’m i na bazie jego nauk zrobili razem 3 propagandowe filmy wyświetlane niemal wyłącznie w kościołach oraz różnych chrześcijańskich placówkach. If Footmen to pierwszy z nich. Prezentuje blisko godzinne kazanie Pirkle’a, który gra samego siebie i zwraca się na zmianę do kamery i ludzi zebranych w kościele, na temat komunistów, którzy rzekomo właśnie szykują się do inwazji na USA.

Co najważniejsze, jego kolejne wypowiedzi tworzą dziecięco naiwne mózgopranie, a przeważnie ilustrowane są inscenizacjami, które, jak twierdzi, są oparte o autentyczne wydarzenia z krajów komunistycznych. Ale o co właściwie chodzi? O to, że „czerwoni” najprawdopodobniej zaatakują USA w ciągu kilku najbliższych miesięcy, że wystarczy im 15 minut od godziny zero, aby zdobyć cały kraj, i że planują wymordować dokładnie 67 milionów chrześcijan. A realizację ich planu z pewnością ułatwią im osłabiające moralność amerykańskich obywateli kreskówki, seksuologia i inne szkodliwe elementy, jakie pojawiły się w USA w latach 60. Większość filmu stanowi jednak obraz Ameryki już zdobytej przez złowieszcze siły Stalina i Castro – rozstrzeliwanie chrześcijan pod kościołami, nauczanie dzieci ateizmu i zmuszanie ich do pracy w polu (jak można się tu dowiedzieć, w krajach komunistycznych najmłodsi spędzają wakacje poprzez pracowanie 16 godzin dziennie i 7 dni w tygodniu), zmuszanie dzieci do zabijania własnych rodziców, gwałcenie i torturowanie chrześcijańskich kobiet. Poza tym ostatnim, które, na szczęście, dużo bardziej jest sugerowane lub opisywane niż pokazywane, w filmie względnie dużo trupów i farby kiepsko udającej krew, co dowodzi, że nawrót reżysera na drogę Pana nie zmienił jakoś znacząco jego sympatii do (bądź nawyków wyniesionych z) taniego kina eksploatacji. Rzecz jasna, cała ta sieka stale kontrowana jest namawianiem odbiorców do żarliwej modlitwy i w finale film wybucha wielką miłością do Jezusa. Czyli jedynym, co może powstrzymać komunistów przed zdobyciem USA.

Rezultatem kuriozum totalne. Kino oczywiście złe, ale zadziwiające, śmieszne i na swój sposób fascynujące. Iście kosmiczna alternatywa dla, na przykład, Oscarowej szopki.

PS. Kilka dni później obejrzałem też The Burning Hell (1974), czyli owoc dalszej współpracy Ormonda i Pirkle’a, tym razem, jak wskazuje tytuł, skupiający się na wizjach piekła. W filmie znajduje się już jednak znacznie mniej przemocy, w związku z czym charakteryzuje się dużo słabszą dramaturgią (lub raczej jej brakiem), aczkolwiek ma do zaoferowania kilka skrajnie groteskowych i tandetnych fragmentów, które czynią jego seans w miarę interesującym.


Shanty Tramp (reż. Joseph G. Prieto, 1967) 

Zdecydowanie najlepszy film, jaki miałem okazję obejrzeć na stronie NWR. Jawi się jako coś między kinem niezależnym a exploitation, ostatecznie krzyżując ze sobą elementy melodramatu, kryminału, thrillera i dramatu społecznego. Rzecz rozgrywa się w ciągu jednej tylko nocy na południowym zadupiu USA, za swoją (anty)bohaterkę mając tytułową prostytutkę, której portret przez pierwszą połowę filmu jest zaskakująco płytki. Traktowana jako powszechnie wzgardzany przedmiot ukazana jest jako przedmiot i sama innych traktuje wyłącznie przedmiotowo. Dookoła niej przeróżne postaci: podróżny Kaznodzieja, który zajmuje się podburzaniem konserwatywnych tłumów, wyciskaniem zeń kasy oraz okazjonalnym pieprzeniem zafascynowanych jego kazaniami kobiet; jej ojciec-alkoholik, który w trakcie kolejnej najebki dostaje olśnienia i postanawia się (oraz ją) nawrócić na drogę moralności; lokalny gang motocyklowy z liderem o pseudonimie Savage, który ma ochotę na trochę darmowego alkoholu i seks; wreszcie jedyna jednoznacznie pozytywna postać, czarnoskóry chłopak, który zakochuje się w protagonistce i chodzi za nią nie mogąc znieść jej profesji.

Naszpikowany na zmianę jazzowymi i rock’n’rollowymi kompozycjami, film jest prawdziwą petardą. Rozkręca się leniwie, ale gdy w połowie zaczynamy wreszcie lepiej poznawać antybohaterkę (co nie dzieje się bynajmniej przez udzielanie odpowiedzi na jej temat, lecz wprost na odwrót – poprzez pojawienie się lawiny pytań o jej motywacje), zagęszczenie akcji robi się imponujące, a opowieść zamienia się w nihilistyczną balladę o autodestrukcji. Po drodze mamy też regularnie poruszane kwestie religii, przemocy, seksu i przede wszystkim rasizmu. Zaskakująco dużo, zwłaszcza jak na film, który trwa niewiele ponad godzinę, jednak reżyserowi – który najwyraźniej był tu pod wpływem genialnej Obławy (1966) Arthura Penna i może też Mudhoney Russa Meyera – udało się to wszystko naprawdę zgrabnie i przekonująco sklecić. Rezultatem chyba najambitniejszy film eksploatacji lat 60., jaki znam i zdecydowanie czołówka kina grindhouse’owego tego okresu.


Spring Night, Summer Night (reż. Joseph L. Anderson, 1967)

Serwis NWR nie tylko pulpowym grindhouse’m, ale też kinem niezależnym stoi. Dobrym tego dowodem właśnie Spring Night, Summer Night*, który wygląda miejscami tak, jakby John Cassavetes znudził się brudnymi ulicami wielkich miast i wyjechał na wieś, aby zrealizować nowofalowy (?) obraz amerykańskiego Południa. Nie brakuje tu więc surowej formy (jeśli nie liczyć ostatniej sceny, całkowity brak muzyki „pozkadrowej”), naturszczyków zamiast zawodowych aktorów, iście dokumentalnych obserwacji życia i licznych fabularnych dygresji. Mimo luźnej konstrukcji film jest jednak całkiem zwarty. Skupia się na temacie kazirodztwa, za głównych bohaterów mając przyrodnie rodzeństwo, które w trakcie pewnej pijanej nocy robi dobrze-wiecie-co. Rezultat? Chłopak ucieka z domu, a dziewczyna zachodzi w ciążę. Ich ojciec, martwiąc się o to, że będzie miał kolejną mordę do wykarmienia (mamy tu do czynienia z naprawdę ubogą, wielodzietną rodziną), postanawia za wszelką cenę odnaleźć tego, kto zapłodnił jego córkę (ta bowiem nie zamierza wyjawić prawdy), z kolei ich matka po prostu spędza całe dni w pobliskich barach. Jedno i drugie daje reżyserowi dobry powód, aby wejść z kamerą w niemal każdy zakamarek okolicy, co przynosi nam wcale ciekawy portret amerykańskiej wsi i małomiasteczkowości. Sama tematyka kazirodztwa ujęta została dosyć subtelnie i empatycznie (zresztą w pewnym momencie reżyser przeskakuje raczej na temat tożsamości), a film, pomimo pewnej szorstkości opowiadania, bywa bardzo liryczny i po prostu ładny. Warto.

* Jest tu pewien, powiedzmy, haczyk. Jakiś czas po ukończeniu filmu dystrybutor wymusił na twórcach dokręcenie kilku fragmentów golizny, aby można go było sprzedać jako „sex movie”, zmieniając przy okazji jego tytuł na słabiutkie Miss Jessica is Pregnant. Na byNWR Spring Night jest jednak w swoim pierwotnym kształcie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.