Wysypisko #4: Edycja horrorowa

Przyszła wreszcie pora na kolejny epizod Wysypiska, w którym – przypomnijmy – wydobywam na światło dzienne mini-recenzje i różnorakie notatki, jakie wcześniej opublikowane zostały na kinomisyjnym fejsbuku, gdzie dawno już przepadły. Dziś znowu cztery teksty (najmłodszy z zeszłej jesieni, a najstarszy sprzed trzech lat), ale filmów pięć, a twórców trzech – dwa razy Tobe Hooper, dwa razy George A. Romero i raz John Carpenter. Zapraszam do (ponownej) lektury.


Lunapark reż. Tobe Hooper, 1981

Wbrew reklamującym go plakatom, Lunapark, czwarty horror w dorobku Tobe’a Hoopera, nie ma zbyt wiele wspólnego z tradycyjnie pojmowanym kinem grozy. Nawet mimo tego, że gdzieniegdzie na takie pozuje. Ale „poza” to właśnie słowo-klucz w przypadku filmu, który to najpierw przewrotnie pastiszuje swój gatunkowy rodowód, a następnie równie przewrotnie odchodzi w stronę swoistej analizy socjologicznej.

Wiele o charakterze całości mówi już ilustrowana „cyrkową” muzyką czołówka pełna zdjęć upiornych lalek (ze szczególnym wskazaniem na „morderczego pajaca”, obok którego pojawia się napis „directed by Tobe Hooper”), a przede wszystkim sekwencja otwierająca, w której reżyser serdecznie kłania się różnorakiemu kinu grozy. Oto przed nami pokój pełen rekwizytów należących do ewidentnego maniaka gatunku – od masek monstrów oraz narzędzi tortur i mordu wiszących na ścianie, przez plakaty do klasycznych horrorów wytwórni Universal nad łóżkiem, po mini-kolekcję gumowych pająków leżących na biurku. Wszystko to widzimy oczami jakiegoś ciężko dyszącego jegomościa ze skórzanymi rękawiczkami na dłoniach (co zdaje się wskazywać nam na giallo), który po chwilowej wędrówce po pokoju ściąga ze ściany nóż, a następnie maskę clowna. Kiedy ją zakłada, zakłada ją również kamera i tym sposobem jasnym jak słońce staje się nawiązanie do Halloween (1978). Morderca następnie kieruje się do łazienki, gdzie prysznic bierze pewna całkiem urodziwa nastolatka. Przygląda się jej zza zasłony i w końcu atakuje dźgając nożem. Tak, tak, muzyka wówczas stylizowana jest na tą z Psychozy (1960), którą przez chwilę imituje tutaj także strona wizualna. Tyle że nóż jest plastikowy, a dzierży go ok. 10-letni dzieciak, którego naga nastolatka jest siostrą zaraz robiącą mu standardową domową awanturę.

Zgrywa? Tak, ale pierwsza reakcja dziewczyny – krzyk przerażenia – jest prawdziwa, a zanim ukazany zostaje chłopiec, oglądamy kogoś, kogo umysł jest w jakimś stopniu zwichrowany. W ten nieoczywisty sposób Hooper kontynuuje jeden z tematów swojego wcześniejszego dzieła, równie udanego Miasteczka Salem (1979), w którym pośrednio przekonywał, że ludzi ciągnie do zła, ponieważ zło jest nie tyle fascynujące, co po prostu naturalne. O ile jednak tam stanowiło to tylko tło dla gatunkowych atrakcji, o tyle tutaj cała fabuła zostaje tej tezie przyporządkowana. Do pewnego momentu spodziewane wybuchy przemocy często zamieniane są w niekoniecznie zabawne żarty, uwypuklające ludzki egotyzm i podłość, żeby tylko wymienić scenę, w której wspomniany chłopiec przemierza środkiem nocy ulicę i zatrzymuje się przy nim samochód, którego podstarzały właściciel postanawia nastraszyć go strzelbą po to tylko, aby zobaczyć lęk i ucieczkę dziecka. Mężczyzna będzie się po wszystkim zanosił śmiechem, ale nie będzie to złowieszczy śmiech godny jakiegoś upiora, lecz śmiech przeciętnego wrednego kretyna.

Hooper nie darzy tu ludzi zbyt wielką sympatią i co rusz ukazuje ich jako niepotrafiących się zrozumieć egoistów. Co najważniejsze, postacią, którą Hooper naprawdę lubi, jest główny antagonista. To postać doskonale wpisująca się w osobliwą galerię czarnych charakterów z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974) oraz Zjedzonych żywcem (1977). Charakterów okrutnych, ale pogubionych, w różny sposób skrzywdzonych przez życie, wyjętych poza nawias społeczeństwa i nauczonych żyć w przemocy. Wcześniej jednak autor nie przyglądał się im tak blisko, zawsze dbając, aby widz był nimi przerażony. Tutaj nieoczekiwanie postawił na współczucie oraz pewną dezorientację odbiorcy (nie ma mowy o tradycyjnym kibicowaniu komukolwiek, a elementy pastiszu, choć często urokliwe, służą podkreśleniu realności opowiadanej historii), tym samym ryzykownie odsuwając klasyczną dramaturgię na bok. Ale cóż, Lunapark to film stanowiący pewien gatunkowy eksperyment. Przedstawia fabułę, która tylko udaje rozgrywaną wedle prawideł konwencji; częstokroć stylizowaną na horror nadnaturalny, ale nie mającą z nim nic wspólnego, bo u swoich podstaw mającą najzwyklejszą rzeczywistość. To zakorzeniony w Dziwolągach (1932) film o maskach. Tych, które ludzie nakładają sobie oszukując otoczenie oraz tych, które nakładają innym, aby ich zaszufladkować.


Świt żywych trupów i Dzień żywych trupów reż. George A. Romero, 1978 i 1985

lub

Jak Romero stworzył (sic!) The Walking Dead

Jeśli wraz z premierą Nocy żywych trupów (1968) narodził się kinowy zombie-horror, to wraz z premierą Świtu żywych trupów niejako narodził się serialowy zombie-horror. Świt, a dokładniej jego 140-minutowa wersja, z całą swoją wielowątkowością i epizodyczną konstrukcją scenariusza (zombiaki zdobywają miasto, wielka ucieczka niedobitków, szukanie miejsca do życia, oswajanie się z nowym miejscem do życia, wojna z obcą grupą ludzi…), hybrydowym charakterem (od horroru, przez kino akcji, po dramat i satyrę społeczną) oraz prezentacją epidemii umarlaków jako niekończącej się apokalipsy (świat gnije, zombie żyje!), sprawia wrażenie obrazu, który, po pierwsze, pocięty na kilka części bardzo zgrabnie wpasowałby się w format mini-serialu, a po drugie, stanowił pierwowzór komiksu The Walking Dead (2003-). Zaznaczę przy tym swoją ignorancję – nie wiem, może Robert Kirkman podkreślał już nie raz, jak duży wpływ wywarł na niego majstersztyk Romero. Wiem tylko, że jeśli nic o tym nie mówił, to jest skończonym ciulem.

Jakby tego było mało, w 1985 Romero stworzył też przecież Dzień żywych trupów, a ten z perspektywy dnia dzisiejszego ogląda się jak prototyp wielu odcinków telewizyjnego The Walking Dead (2010-). Jeśli nie liczyć kluczowych w jego odczytywaniu licznych podtekstów politycznych, Dzień ma bardzo specyficzną konstrukcję (będącą w zasadzie rozwinięciem wybranych fragmentów Świtu), która stanowi kręgosłup niejednego epizodu (lub ciągu epizodów) serii Kirkmana. Prezentuje się ona następująco (i teraz będą spoilery):
1. Obserwujemy codzienność ludzi ukrywających się przed truposzami w swego rodzaju obozie.
2. Ludzie podzieleni są na dwie grupy skazane na wyniszczającą je walkę.
3. Truposze, jako bezpośrednie zagrożenie, przez jakieś 90% fabuły stanowią tylko jej tło.
4. W wielkim finale truposze masowo atakują obóz stając się trzecią i najmocniejszą grupą konfliktu; obóz zostaje zniszczony, pozostała przy życiu garstka ludzi ucieka gdzieś dalej.

Wbrew pozorom nie chcę niniejszym wpisem próbować przekonywać, że The Walking Dead to tylko marna kalka pomysłów Romero (inna sprawa, że popularny serial dawno już znacząco obniżył loty). Po prostu po odświeżeniu Świtu oraz Dnia przypomniałem sobie, jak wiele z zombie-horroru (czy zombie-dramy) jego ojciec wymyślił już w pierwszych latach jego istnienia. Biorąc pod uwagę wiek gatunku, niby należałoby nazwać go wtedy jeszcze raczkującym, jednak nie byłoby to trafne. On już wtedy prezentował pełnię możliwości. Ponieważ Romero to był gość.


Wampiry reż. John Carpenter, 1998

Z obejrzeniem Wampirów zwlekałem wiele lat, ponieważ Carpentera lubię bardzo i bałem się o stan mojego serducha. Wszakże film ten postrzegany jest jako jedno z jego najgorszych dokonań, a wszyscy wiemy, że lata 90. to już jego słabszy okres. Obejrzałem i nie rozumiem. Jasne, w takiej Ucieczce z Los Angeles (1996) czy Duchach Marsa (2001) dawny mistrz poszedł w ostry camp, bardziej niż w budowanie dramaturgii i typowej dla siebie złowieszczej atmosfery celując w mnożenie różnorakich atrakcji, co obrazom tym niekoniecznie wyszło na dobre. Jednak powstałe między nimi Wampiry to inna bajka. To oczywiście pulpa pełną gębą – w końcu przedstawia losy badassowych łowców krwiopijców – i można by zrobić zajebisty double feature zestawiając ją z Od zmierzchu do świtu (1996). Niemniej, przy całym swoim przegięciu, objawiającym się głównie w przerysowaniu postaci i ostrości przemocy, stanowi naprawdę ciekawą neo-westernową opowieść drogi. Zwykle rozgrywana na pustyni, w tanich przydrożnych motelach oraz miasteczkach widmach, jest jednocześnie – lub raczej na zmianę – antybohaterska i heroiczna (bo postaci to banda antypatycznych dupków, które jednak zdolne są poświęcić wszystko), cyniczna i romantyczna (bo w rynsztoku rodzi się brzydka, ale szczera miłość), krzykliwa i stonowana (bo poza scenami akcji, choć względnie licznymi, to Carpenterowi się raczej nie spieszy), a wreszcie przedstawia ciekawą, chyba nigdzie indziej niespotykaną, interpretację mitologii wampiryzmu i częstuje solidnym blues-rockowym soundtrackiem, za pomocą którego reżyser tworzy klimacik tak gęsty, że miejscami można by go nożem kroić. OK, bywa nierówno (to syczenie wampirów raczej nie miało być zabawne), ale w obsadzie jest Sheryl Lee. A Sheryl Lee to gitara dziewczyna.


Zjedzeni żywcem reż. Tobe Hooper, 1977

„My name is Buck and I’m here to fuck” to hasło kojarzone dziś głównie z Kill Bill Vol. 1 (2003), a pierwotnie pochodzące z zapomnianego grindhouse’owego horroru Tobe’a Hoopera Zjedzeni żywcem. Był to trzeci film w dorobku uznanego już wtedy reżysera, a jedyny, w którym podążał ścieżką obraną wcześniej w Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną. Ale o jaką ścieżkę właściwie chodzi? A no o taką, podczas przechadzania się którą widz terroryzowany jest na każdym kroku, bo reżyser nie ma żadnej litości i nie daje choćby chwili wytchnienia. Znowu też opowiada o redneckach, głównie zaś przyglądając się psychopatycznemu weteranowi wojennemu, który prowadzi obskurny motelik gdzieś przy bagnach Luizjany i który obok niego trzyma sobie krokodyla. Nie zabrakło nawiązań do Psychozy, ale żeby było jeszcze ciekawiej, antybohater bywa stylizowany na personifikację śmierci, co widzimy, gdy biega za wybranymi ofiarami dzierżąc kosę. Jednakowoż o monotonni w doborze środków prowadzących do kolejnych zgonów mowy nie ma – swojej pierwszej ofierze, zagubionej prostytutce marzącej o lepszym życiu, dziurawi klatkę piersiową widłami, a sporo postaci prędzej czy później staje się pokarmem dla jego ukochanego zwierzaczka.

Choć powyższe brzmieć może trochę „b-klasowo”, film jest naprawdę ostrą sieką. Nawał przemocy i szaleństwa, niezwykle gęsta, przytłaczająca atmosfera, dominacja nienaturalnego, krwisto-czerwonego oświetlenia, bezlitośnie psychodeliczna ścieżka dźwiękowa… Zjedzeni żywcem jawią się jako symulacja koszmaru, jaki wyśnić mogłaby osoba, której podstawową odzieżą jest kaftan bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do Teksańskiej masakry, znalazło się tu też sporo miejsca na goliznę, a także na dosłowności. W tym też minus tego eksploatacyjnego horroru, podczas realizacji którego autor tak bardzo skupił się na szokowaniu odbiorcy, że zaniedbał pobudzanie jego wyobraźni. Oczywiście wszystko zależy od widza – film jest absolutnie bezkompromisowy, co już samo w sobie może się bardzo podobać, jednak wielu będzie po prostu męczył. Mi głównie brakowało stopniowania napięcia znanego z Teksańskiej, która ostatecznie i tak jest przecież mocniejsza. Jednak mimo sympatii także i do późniejszych, już spokojniejszych, dokonań Hoopera, trochę rozumiem co radykalniejszych fanów, którzy twierdzą, że to Zjedzeni żywcem są jego ostatnim prawdziwie wartościowym dziełem. To gatunkowe kino autorskie pełną gębą.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan absurdu i surrealizmu, polskiego kina epoki PRL-u, autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej. Szef kuchni w restauracji znanej jako Kinomisja.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.