Wysypisko #2: Edycja makaroniarska

Przyszła wreszcie pora na drugi odcinek Wysypiska, czyli nieregularnego cyklu, w którym wydobywam z czeluści kinomisyjnego fanpejdża mini-recenzje i różnego rodzaju notki, aby ocalić je przed zapomnieniem. Tym razem kolej na napisane na przestrzeni ostatniego roku cztery teksty o różnorako obskurnych produkcjach (lub koprodukcjach) włoskich, które reprezentują ichnią pulpę jak należy. Dwa filmy giallo, jedno spionaggio i jedno (proto-)poliziottesco. Zapraszam do lektury.


A Blade in the Dark reż. Lamberto Bava, 1983

Jeden z najciekawszych reprezentantów spaghetti thrillera. Jego największym walorem jest autotematyzm, prowadzący do przyjrzenia się samemu gatunkowi i jego prawidłom. Głównym bohaterem jest bowiem kompozytor wynajęty do stworzenia muzyki do pewnego giallo (i przeprowadzający się do okolicy, w której akurat grasować zaczyna tajemniczy morderca), jego szefem jest oczywiście tegoż filmu reżyser(ka), a dziewczyną początkująca aktorka.

Już na samym starcie, poprzez otwarcie opowieści pierwszą sceną fikcyjnego filmu (tzn. tego, którego A Blade in the Dark powstawanie później ukazuje), automatyczne połączenie tej sceny z niefikcyjną czołówką (tzn. przynależną już samemu A Blade in the Dark) i wyjaśnienie fikcyjności rzeczonej sceny dopiero po kilku minutach właściwej, rozgrywanej już po czołówce, opowieści (uufff!), młodszy Bava stawia znak równości między dziełem swoim a tym, którego postprodukcję przedstawia. „Giallo nie ma i nigdy nie miało mieć nic wspólnego z realizmem” – zdaje się przemawiać z ekranu. Zresztą w ciągu pierwszych 30 minut niejednokrotnie podkreśla umowność swojego dzieła, wskazując na inspiracje surrealizmem i horrorem gotyckim. Prezentuje liczne lustrzane odbicia tak bohatera, jak nawet samego obrazu filmowego (ujęcie ukazujące pewną gazetę pociętą przez mordercę zostaje po chwili odwrócone na lewą stronę), ostentacyjną negację logiki (postać wychodzi z lewej strony kadru, aby za moment pojawić się z prawej), muzykę komponowaną przez bohatera stającą się zaraz ilustracją innych wydarzeń, czy willę, główne miejsce akcji, jako godną następczynię gotyckiego zamczyska (niepozorna, a iście labiryntowa posiadłość, w której poluje „upiór” znający jej wszystkie sekrety, a po której przechadzające się postaci bywają filmowane w planach dalekich i ogólnych, przez co wyglądają na mniejsze i przytłoczone otoczeniem). Ponadto otrzymujemy też dialog postaci na temat giallo (na takich konwersacjach lata później swój Krzyk (1996) zbuduje Wes Craven), ujęcia z perspektywy noża (!!!), ujęcia długo skupiające się na samym nożu (jak gdyby był ciałem mordercy), tematykę ról płciowych w pigułce (od wczesnych dokonań papy Mario po Głęboką czerwień (1975) Dario Argento) czy scenę, w której jedna z person związanych z produkcją filmu ginie poprzez uduszenie taśmą filmową.

Dlaczego więc nie ma mowy o jakimś arcydziele gatunku? Bo cała ta samoświadomość, choć miejscami prawdziwie błyskotliwa i imponująca, z czasem niknie w cieniu dosyć klasycznej intrygi spod znaku whodunit. Niemniej jednak, już na początku opowieści jedna z postaci* wyraźnie zaznacza, że najważniejszym dla niej elementem gatunku jest zagadka tożsamości mordercy. Może więc pretensji o ostateczny kształt filmu mieć tu jednak nie wypada.

* Żeby było zabawniej, zagrał ją Michele Soavi, wtedy także asystent Bavy (jak również Dario Argento czy Joe D’Amato), a później znakomity reżyser, który zadebiutował akurat Delirią (1987), czyli również autotematycznym giallo (na celownik biorącym jednak nie tyle reguły gatunku, co mechanizmy włoskiej branży filmowej).


Death on the Run a.k.a. Moving Target reż. Sergio Corbucci, 1967

Thriller szpiegowski, którego realizacja stanowiła dla Sergia Corbucciego jedną z kilku chwilowych odskoczni od niemal ciągłego reżyserowania spaghetti westernów. Wszakże od 1964 roku zrobił ich już sześć, a do 1975 roku miał ich zrobić jeszcze siedem. Choć jest to fajny film, najciekawsze są w nim elementy typowe już dla tego twórcy oraz okazjonalne podobieństwa do włoskiego westernu.

Bardzo makaroniarskie wydaje się już samo to, że centralną postacią nie jest żaden tajny agent, lecz przestępca, oczywiście odpowiednio utalentowany, błyskotliwy i sprawny, który uwolniony z rąk policji przez grupę bandytów zostaje przez nich zmuszony do dokonania nietypowego skoku. Otóż okazuje się, że ma się włamać do pilnie strzeżonej kostnicy, aby wyrwać jednemu z trupów ząb. W nim bowiem ukryty został mikrofilm z oczywiście ściśle tajnymi informacjami. Ale cwaniaczek nie zamierza go tak po prostu oddawać i wolałby się dorobić. W związku z tym za chwilę poszukiwany jest już nie tylko przez policję, ale też przez wspomnianych bandytów, a także pewnego agenta Secret Service.

Corbucci, jak to Corbucci, w tańcu się nie pierdolił. Choć nie ma tu jakoś szczególnie dużo przemocy, to jej akty zwykle serwowane są na ostro. I tak oto w jednej strzelaninie zbłąkane kule uśmiercają uciekającego chłopca, a gdzie indziej niemal dochodzi do odcięcia torturowanemu biedakowi języka. Dodajmy do tego pewną dozę fatalizmu oraz smutną śmierć paru istotnych postaci i jasnym się staje, że to jeden z tych filmów spionaggio, które zakotwiczone są w kinie noir (choć jednak zdarzają się też i znacznie jaśniejsze fragmenty). Sam protagonista, z całym tym swoim łażeniem po i kryciem się w miasteczku, miłością do pieniądza, przyjaźnieniem się z lokalnym barmanem (który okazuje się mieć ksywę Pizza!) czy kombinowaniem jak manipulować bandytami, szybko kojarzyć się może z bękartami Człowieka Bez Imienia. A gdzieś po 2/3 filmu zostaje postrzelony i już prawie do końca działa ranny (co prawda, nie ma to znaczącego wpływu na przebieg akcji), jak większość westernowych antybohaterów Corbucciego. Scena z chowaniem się w trumnie (czy choćby przypadkowym do niej trafianiem) to z kolei motyw, który znaleźć można w dziesiątkach spaghetti westernów, podobnie jak wspomniane wyżej tortury postaci akurat tak przywiązanej, że wygląda jakby była ukrzyżowana. Z kolei w scenie rozgrywającej się w barze, gdzie bohater wykonuje telefon, pojawia się dwóch polujących nań zabójców udających muzyków, którzy w futerałach na instrumenty trzymają broń palną, zaraz oczywiście służącą do urządzenia tam małej masakry. Motyw ten Corbucci przetworzył z jednego ze swoich westernów, mianowicie z Johnny’ego Oro (1965). Nie jest to akurat dobry film, ale wybrane z zaprezentowanych w nim pomysłów kopią dupę jak należy. Gdzieś kiedyś skopały też Robertowi Rodriguezowi, który ten konkretny motyw uczynił jednym z największych walorów swoich El mariachi (1992) oraz Desperado (1995).

Najlepszy fragment – przywodzący na myśl Sergia Leone – związany jest z gwizdem. Oto bohater przebywa w pomieszczeniu z pewną kobietą, która opowiada o dobijającej sytuacji, w jakiej się znajduje, i jakaś osoba znajdująca się za oknem zaczyna gwizdać melancholijną melodię. Nie brzmi to przy tym jak gwizd osoby znajdującej się gdzieś dalej, lecz jak tradycyjnie pojmowany fragment ścieżki dźwiękowej. Tyle że po chwili bohater zwraca na to uwagę. Spogląda w (zasłonięte) okno i przypomina sobie współwięźnia, który ciągle grał tę pieśń, ponieważ była jedyną, jaką znał. „Prawie doprowadziło mnie to do szaleństwa” – mówi pogrążony we wspomnieniach, podczas gdy gwizd przeobraża się nagle w jazzową kompozycję muzyczną (jak gdyby wypełniła jego umysł). Oto poezja kina, Italian style.


The Red Queen Kills Seven Times reż. Emilio P. Miraglia, 1972

The Red Queen nie znajduje się co prawda w ścisłej czołówce giallo, ale z pewnością prezentuje jednego z najciekawszych giallo-killerów w historii tego urokliwego gatunku. Tytułowa antagonistka to postać z (oczywiście fikcyjnej) legendy, wedle której została zamordowana przez swoją znienawidzoną siostrę, zwaną Czarną Królową, i później wstała z grobu, by zasztyletować sześć znajomych osób, a na sam koniec siostrzyczkę. Miało to miejsce w 1772 roku, jednak wieść gminna niesie, że zabójczyni wraca do świata żywych co 100 lat, aby kultywować radosną tradycję siedmiu mordów. Akcja filmu rozgrywa się rzecz jasna współcześnie. Poznajemy tragiczne losy Kitty, która wychowywała się ze znienawidzoną siostrą Evelyn w wielkim zamczysku, którym niegdyś rządziły wspomniane „królowe”. I tak, tak, Evelyn szybko okazuje się być martwą, a nagle w okolicy grasować zaczyna tajemnicza kruczowłosa zabójczyni, odziana w gustowną czerwoną pelerynę, która wybija ludzi z otoczenia bohaterki, a ją samą doprowadza na skraj obłędu.

The Red Queen ciężko nazwać przeciętnym reprezentantem swojego gatunku. Tak jak wcześniejsza „żółta pulpa” w reżyserii Emilio P. Miraglii, perwersyjne i złowieszcze The Night Evelyn Came Out of the Grave (1971), tak i tutaj mowa o hybrydzie giallo i horroru gotyckiego. O ile jednak tamten film rozgrywa się głównie nocą, tak tutaj dominuje pora dzienna. Mimo że wśród atrakcji mamy klątwę, zamczysko czy tajemną kryptę pełną szczurów i nietoperzy, fabuła to w głównej mierze kryminalne, pełne mylnych tropów whodunit i powiązana jest ze światem mody, dając tym samym operatorowi Alberto Spagnoliemu pewne pole do popisu przy zabawie kolorami. Najciekawiej robi się tu w drugiej połowie, kiedy główna bohaterka ma już naprawdę zszargane nerwy, aczkolwiek najfajniejsza cały czas pozostaje „widmowa” Czerwona Królowa. A także tyleż upiorna, co prawdziwie elegancka muzyka Bruno Nicolaiego. Posłuchajmy.


Wake Up and Kill reż. Carlo Lizzani, 1966

Jeśli jakimś cudem zastanawialiście się kiedyś, jak mogłoby wyglądać Do utraty tchu (1960), gdyby wyreżyserował je Jean-Pierre Melville, polecam sięgnąć po Wake Up and Kill, które w pewnym kluczowym momencie prezentuje się jako pomysłowy miks rzeczonego klasyka francuskiej nowej fali z melville’owskim Drugim oddechem (1966). Całość to jednak rzecz osobna (choć równie godna polecenia wszystkim fanom europejskiego kina gatunków!), tak jak osobnym był jej autor, Carlo Lizzani, wyróżniający się również na włoskim podwórku. Jeśli bowiem przeważająca większość z makaroniarskich twórców kina gatunkowego oferowała obrazy przejaskrawione, czyniąc ichnią kinematografię tworem żywiącym się niemal tylko celuloidem, tak Lizzani, choć nie uniknął gatunkowej ekstrawagancji (czego dobrym przykładem jego surrealny spaghetti western Requiescant (1967)), na celownik zwykł brać samą rzeczywistość (i często też politykę). Nic w tym dziwnego, jeśli tylko przyjrzeć się początkom jego kariery – ta ściśle związana była z neorealizmem oraz dokumentalizmem.

Wake Up and Kill to pierwszy z jego dwóch dosyć realistycznych i bardzo krytycznych względem kapitalistycznego modelu społeczeństwa dramatów sensacyjnych zwiastujących narodziny brutalnego nurtu poliziottesco (drugi z tych obrazów, równie szorstki, ale bardziej znany, wyświetlany nawet w peerelowskich kinach, to Bandyci w Mediolanie (1968)). Tutaj Lizzani był niemal tak bliski rzeczywistości, jak to możliwe: opowieść o mieszance zbrodni, miłości i konsumpcyjnego stylu życia oparł o losy autentycznego przestępcy, realizację filmu rozpoczynając ledwie kilka miesięcy po jego schwytaniu. Film nie jest jednak prawdziwie wierny rzeczywistości, gdyż niektóre dane z życiorysu złodzieja specjalizującego się w skokach na jubilerów nie były jeszcze znane, a inne elementy autor postanowił zmienić z powodu dramaturgii (np. ukochaną protagonisty uczynił barową piosenkarką, aktorce oferując parę naprawdę ładnych scen śpiewanych). Najważniejsze elementy pozostały jednak niezmienione: oto przed nami historia długo nieuchwytnego bandyty o jakże wymownym i wspaniale chwytliwym pseudonimie The Machine Gun Soloist oraz dramatycznym tle miłosnym – w swoje przestępcze życie wplątał on wspomnianą, zabójczo zakochaną w nim, lecz bierną względem kolejnych napadów, żonę. W przeciwieństwie do swojego pierwowzoru, bohater filmu nie jest jednak jakąś szczególnie ciekawą personą. Zapewne najlepiej oddaje to – oraz charakter całego, tyleż romantycznego, co zimnego obrazu – na poły satyryczna scena, w której dziennikarze siedzą w redakcji i nie mają pomysłu na to, co wrzucić na pierwszą stronę nowego wydania swojego pisma. „Nie dzieje się nic ciekawego” – narzeka jeden. „Patrzcie na to, jakiś złodziej, któremu ktoś wymyślił ksywę <<The Machine Gun Soloist>> – donosi po chwili drugi. – Brzmi nieźle. Do tego ma kobietę.” I tak rodzi się legenda.

PS. Jeśli nie brzmi to wystarczająco zachęcająco, to dodam, że policjanta będącego na tropie (anty)bohatera gra sam Gian-Maria Volonte, a na drugim planie, jako drobny i niezrównoważony bandzior, pojawił się też Claudio Camaso.
PPS. Absolutnie rewelacyjną muzykę skomponował tu sam Ennio Morricone.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan absurdu i surrealizmu, polskiego kina epoki PRL-u, autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej. Szef kuchni w restauracji znanej jako Kinomisja.

1 Trackback / Pingback

  1. Blastfighter (1984). Rambo vs. Rednecks – Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.