Wonder Women (1973). Kung-fu dziewczyny na kwasie

Fragment francuskiego plakatu. Cały zobaczyć można np. tu: https://tinyurl.com/hzprxp7
Share

Nakręcona przez późniejszego autora Anioła Zemsty (1984) Roberta Vincenta O’Neilla, produkcja pod tytułem Wonder Women – znana czasem też jako The Deadly and the Beautiful – poniekąd wikła spionaggio, włoską odmianę kina eurospy, z czystą amerykańską eksploatacją oraz klasycznym kinem kung-fu. Ta szaleńcza wizja, jaka przyświecała twórcom podczas kręcenia zdjęć na tropikalnych Filipinach, zaowocowała wyjątkowo dobrze zakonserwowanym kawałkiem filmowego mięcha dla wszystkich entuzjastów grindhouse’u lat 70-tych.

Wonder Women otwiera sekwencja, gdzie czwórka seksownych panienek porywa kolejno aż czternastu cenionych sportowców różnych dyscyplin. A wszystko to w rytm nastrojowego funku z epoki. Trop za zaginionymi prowadzi głównego bohatera, agenta CIA Mike’a Harbora, w tropikalną scenerię Filipin. Mike prócz zabijania czasu na oglądaniu walk kogutów i wydobywaniu informacji, strzela ze swojego obrzyna do szalejących po ciasnych uliczkach bandytów w rykszach czy unika usypiających strzałek dzieciaków uzbrojonych w proce. Jednak prawdziwa intryga kryje się za postacią dr. Tsu (Nancy Kwan), szalonej pani doktor, która na jednej z wysp przeprowadza nieludzkie eksperymenty genetyczne.

To właśnie pierwsza połowa filmu nacechowana jest najmocniej składowymi europejskiej fali kina post-bondowskiego. To ciąg pościgów samochodowych, obijania skośnookich parszywców i romansów z naprawdę niebezpiecznymi kobietami. Oczywiście, z racji na nikły budżet i doświadczenie reżysera wprost przeciwne do jego wyobraźni, wskaźnik niezobowiązującej zabawy rośnie wraz z licznikiem absurdalnych akcji, jakie obserwujemy na ekranie. Zwłaszcza, gdy te przeniosą się w końcu na wyspę, gdzie dr. Tsu w swoich laboratoriach tworzy, na wzór dr. Moreau, armię mutantów.

W tym momencie tonacja zmienia się, a wszystko skręca w stronę horroru balansującego na granicy przesiąkniętego pop-psychodelą sci-fi. Nie trudno odnaleźć tutaj nawiązania do kultowej Barbarelli – Królowej Galaktyki (1968) czy Agenta 007: Dr. No (1962), a także do klasycznych opowieści grozy o bawiących się w Boga wyklętych szarlatanach, produkowanych taśmowo przez Universal Studios i Hammer Horror Films. Choć naturalnie z takiego miszmaszu gatunkowego jeden kanon wiedzie prym na rzecz drugiego, stąd Wonder Women to jednak bardziej kino szpiegowskiego niż rasowy horror.

Cała ta pełna mordobicia i absurdu akcja prowadzi, wydawać by się mogło, do sztampowego, wpisanego w bondowską konwencję zakończenia. Jednak O’Neill wyciąga swoją kartę przetargową pod postacią karykaturalnych chimer i wrzuca je w ferwor toczącej się walki. Gdzieś między nimi zgrabnie przemieszcza się wąsaty Sid Haig – przyszła gwiazda Domu 1000 Trupów (2003) Roba Zombie – wraz ze swoim skrytobójczym ostrzem schowanym w drewnianej lasce (sic!).

Choć dzisiaj już mocno zapomniane, Wonder Women to wyjątkowy destylat tego, za co wielu pokochało kulturę niższą ubiegłego wieku. Nie wiadomo, jak wyglądał oryginalny scenariusz autorstwa Lou Whitehilla, który później przepisany został przez O’Neilla, jednak przedstawiona historia z gracją uchwyciła to, na czym puszki piwa opróżniali truckerzy na seansach samochodowych w kwaśnych latach 70-tych. I jeśli armia ponętnych panienek w obcisłych strojach i karabinem w ręku nie jest w stanie Was przekonać, wracajcie oglądać Bergmana czy Béla Tarra, bo to Wonder Women jest kinem dla prawdziwych koneserów!

Oskar Dziki
Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.