Włoski horror gotycki, mon amour

Piękności płonące na stosach, duchy żądne zemsty, kochankowie spiskujący przeciwko swoim małżonkom, wiedźmy rzucające klątwy, tajemnicze upiory skrywające się w zamczyskach, wreszcie miasteczka pogrążające się w strachu i obłędzie. Oto włoski horror gotycki. Powstały na fali popularności brytyjskich filmów grozy końca lat 50., a następnie amerykańskich adaptacji prozy Edgara Allana Poego z początku lat 60., względnie szybko oddalił się od swoich zagranicznych pierwowzorów. Wedle typowej dla włoskiego kina gatunków dewizy „Szybciej, taniej, więcej”, prezentował nie tylko niższe budżety i mniej dopracowane scenariusze, ale też chętniej kusił odbiorców coraz większymi dozami golizny, podtekstów seksualnych i różnorakiej przemocy, przy okazji niejednokrotnie krzyżując się z oniryzmem i surrealizmem (które okazały się naprawdę dobrze pasować do luźno konstruowanych i często w jakimś stopniu improwizowanych fabuł). Napędzany włoską kreatywnością i żądzą zysku – te wszakże w makaroniarskm kinie pop od chyba zawsze szły w parze – stał się w końcu osobnym tworem. Nie miał co prawda bogatego żywota na miarę spaghetti westernu czy giallo, jednak pozostaje jednym z najciekawszych gatunków tworzonych przez włoskich filmowców ze złotej ery ich nieśmiertelnej kinematografii. Narodził się wraz z premierą The Vampires (1957; to właśnie fragment reklamującego go plakatu stanowi główne zdjęcie niniejszego wpisu), lecz my jego przegląd zaczynamy od jego pierwszego naprawdę wartościowego i wpływowego reprezentanta; skupiamy się na jego najlepszym okresie, czyli latach 60., a opowieść kończymy jego ostatnimi (sic!) podrygami z dekady kolejnej. Łącznie 17 filmów z lat 1960-1974, których opisaniem zajęli się Marta Płaza, Caligula von Kömuda, Agnieszka Melcer (Opium), Piotr Kuszyński, Antoni Urbanowicz, Oskar Dziki, Kuba Haczek i Simply (The Blog That Screamed) oraz niżej podpisany. Zapraszamy do lektury, zachęcamy do seansów. Wszakże Halloween tuż, tuż!

Marcin Zembrzuski


1960 – Maska szatana (reż. Mario Bava) – Marcin Zembrzuski

Podobno przed debiutem makaroniarskiego artysty żaden horror nie był tak ponury, a żadna postać kobieca nie była główną antagonistką. Dodajmy do tego niezwykle plastyczną oprawę wizualną oraz odpychające, jak na swoje czasy, sceny przemocy, a otrzymujemy niemalże Obywatela Kane’a (1941) kina grozy (wedle słów pewnego krytyka). Rzecz dzieje się w XIX-wiecznej Mołdawii, gdzie w 100 lat po swojej brutalnej egzekucji zza grobu wstaje szalona wiedźma żądna nowego ciała. Wybór pada na jej bliźniaczo do niej podobną potomkinię, którą ocalić mogą tylko jej brat oraz pewien młody lekarz. Rozpoczyna się więc desperacka walka o przetrwanie, a wraz z nią pojawiają się dwa z motywów przewodnich w mroczniejszej części twórczości Bavy oraz bodaj całym włoskim gotuku – dwoistość natury ludzkiej i walka z fatum. Film świetnie broni się od strony formalnej, na której kształt wyraźny wpływ miały malarskie fascynacje reżyser). Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę niedobór środków przy jego realizacji. Bo, jak to na szczęście czasem bywa, tam, gdzie nie ma budżetu, tam do boju wkracza kreatywność twórcy. A Maska szatana okazuje się całkiem imponującym popisem wyobraźni Bavy, któremu przy niesprzyjających warunkach udało się stworzyć stylową opowieść; świat sztuczny, ale nie próbujący zbliżać się do naszego, lecz do rzeczywistości koszmaru sennego. I robiącego to z wielkim powodzeniem. Nie zapominajmy też o przełomowej, podwójnej roli Barbary Steele, tak samo umiejętnie grającej demoniczną wiedźmę, co niewinną dziewczynę. Niestety czas zdążył nadszarpnąć jakość samego scenariusza, będącego adaptacją opowiadania Mikołaja Gogola. O ile pierwsza połowa filmu to głównie opowiadanie obrazami i hipnotyzowanie widza formą, o tyle w drugiej na plan pierwszy wchodzi wreszcie intryga, a ta okazuje się być cokolwiek rozwlekła i już zramolała. Niemniej jednak, Maska szatana zajęła ważne miejsce w historii kina grozy i nic jej tego nie odbierze.


1960 – Mill of the Stone Women (reż. Giorgio Ferroni) – Marta Płaza

Głównym bohaterem historii jest Hans van Arnhim – pisarz przybywający na odludną wyspę gdzieś w Holandii, w celu zbadania historii tytułowego młyna. To właśnie tam Gregorious Wahl, profesor sztuki i rzeźbiarz, tworzy niezwykłe kompozycje składające się z wyjątkowo realistycznych kobiecych posągów. Na miejscu mężczyzna poznaje Elfi (posągowa Scilla Gabel), atrakcyjną córkę profesora, cierpiącą na tajemniczą chorobę. Z czasem Hans zaczyna podejrzewać, że młyn skrywa dużo więcej tajemnic, niż mogłoby się na początku wydawać. Film Ferroniego to niezwykle udane połączenie klimatu Gabinetu figur woskowych (1953) z historią w stylu tej z filmu Oczy bez twarzy (mającego premierę kilka miesięcy wcześniej). Pierwsza połowa filmu  to dość niespieszne budowanie akcji, chociaż złowieszczy klimat utrzymuje się od pierwszych minut. Zamglona wyspa, tajemniczy młyn, a w nim makabryczne figury. Scenografia od początku sugeruje, że będziemy tu mieć do czynienia z nie lada koszmarem, a znakomita muzyka Carlo Innocenziego, tylko odlicza minuty do jego rozpoczęcia. W drugiej połowie filmu z kolei akcja znacznie przyspiesza, bohaterowie zaczynają odkrywać swoje twarze, a narkotyczne paranoje Hansa i narastające wraz z nimi poczucie osaczenia, udzielają się i widzowi. Mogłoby się wydawać, że włoska premiera Maski szatana niecałe trzy tygodnie wcześniej zaszkodzi filmowi Ferroniego. Ostatecznie to właśnie Mill of the Stone Women, pierwszy włoski horror nakręcony w kolorze, miał zostać większym sukcesem finansowym. Duchy, mroczne wioski, tajemnicze budowle pełne cieni i ich przedziwni mieszkańcy, a przede wszystkim krew – to wszystko zawsze wygląda lepiej w technicolorze!


1962 – The Horrible Dr. Hichcock (reż. Riccardo Freda) – Caligula von Kömuda

Stara willa, porozwieszane na ścianach portrety zmarłej pani domu, przemykające tu i ówdzie zjawy – klasyczny gotycki sztafaż się znaczy, ale z pewną dozą pikanterii. XIX-wieczny Londyn. Doktor Hichcock (Robert Flemyng) powraca po 12 latach do swej posiadłości, którą opuścił po przypadkowej śmierci ukochanej. Wraz z nim przybywa jego nowa małżonka, Cynthia (Barbara Steele). Kobieta ma problemy z zaaklimatyzowaniem się na włościach – wciąż wydaje jej się, że dom jest nawiedzony przez jej poprzedniczkę… Riccardo Freda, który zrealizował – przy znaczącym wsparciu Mario Bavy na stanowisku drugiego reżysera i autora zdjęć – pionierskie dla włoskiego horroru The Vampires (1957) i Caltiki, the Immortal Monster (1959), opowiada tutaj historię znajomą, ale doprawioną dodatkową szczyptą makabry. Tytułowy bohater (którego nazwisko w oczywisty sposób stanowi ukłon w stronę samego „mistrza suspensu”, choć twórcy asekuracyjnie usunęli z niego literę „t”, by przypadkiem ich „hołd” nie skończył się na sali sądowej) okazuje się być więc nekrofilem, który w trakcie jednej z chorych zabaw seksualnych wpędził swą małżonkę do grobu. Jak na tamte lata było to co najmniej ryzykowne rozwiązanie, z powodu którego film w Stanach trafił na ekrany w mocno okrojonej wersji. Sama fabuła jest tu dość uboga i przez pierwszą godzinę akcja praktycznie stoi w miejscu, ale nawet to można przeboleć, gdy rzecz ma tak piękne, nasycone barwami Technicoloru zdjęcia, które pomagają głębiej zatopić się w nieco senną atmosferę całości. Miłośników gatunku z pewnością nie pozostawi też obojętnym fakt obecności „Królowej” – Steele jest tu chyba jeszcze bardziej urodziwa (zasługa koloru?), niż w słynnej Masce szatana, a do tego tym razem wciela się w postać bezbronnej ofiary. Ostatnie kilkanaście minut wynagradza z kolei wcześniejszą ospałość z rozmachem na miarę wytwórni Hammer. Z pewnością nie jest to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli gatunku, a Freda jako „mistrz” szybko ustąpił miejsca swojemu „uczniowi” (mowa rzecz jasna znów o Bavie…), ale warto dać szansę okropnemu Hichcockowi i poznać jego „sekret” (wszak oryginalny tytuł to właśnie L’Orribile Segreto del Dr. Hichcock).


1963 – Bicz i ciało (reż. Mario Bava) – Agnieszka Melcer

Horror gotycki zawsze podszyty był sporą dozą erotyki. Zakazane żądze, seksualne represje i perwersje ściskały umysły i ciała jego bohaterów niczym gorsety kobiet dawnej epoki. Wiedział o tym i Mario Bava tworząc jeden ze swoich najpiękniejszych i najbardziej skandalicznych obrazów. Bicz i ciało to film powstały za wcześnie i doceniony zbyt późno. Nakręcony został na fali popularności Cormanowskich adaptacji opowiadań Edgara Allana Poego, jednak w przeciwieństwie do amerykańskich gotyków jest to opowieść o wiele bardziej odważniejsza, co nie umknęło uwadze włoskich cenzorów. Oskarżony o szerzenie obsceniczności, film został okrutnie pocięty i dopiero kilka lat temu doczekał się pełnej wersji. Dziś owa “obsceniczność” już oczywiście tak nie szokuje, jak w 1963 roku. Jest raczej świadectwem sporej odwagi twórcy. Gdyby nie Bava za reżyserskim sterem, ten sadomasochistyczny romans mógłby zapisać się w historii głównie jako tania eksploatacja perwersji, Włoch jednak nadal mu swój unikalny szlif i obdarzył sporą wizualną głębią. To obraz, na który chce się patrzeć i należy go podziwiać, gdyż jego kadry przesycone są typowymi dla tego reżysera feriami idealnie dobranych barw, świetną grą światła i cienia, a także stylowymi kompozycjami. Bava idealnie uchwycił istotę “gotyckości” z jej duszną atmosferą, posępnymi lokacjami, narastającą niesamowitością i czającą się grozą.  Moment, kiedy z ciemności wyłania się upiorna dłoń, jest jednym z bardziej ikonicznych kadrów. Największą siłą filmu są właśnie mocno plastyczne obrazy. Nie należy jednak zapominać, iż Bicz i ciało to przede wszystkim opowieść o seksualnej obsesji i toksycznej miłości, w której role kata i ofiary jedynie pozornie są tak oczywiste. Christopher Lee i Dalia Lavi stanowią swoją idealną przeciwwagę. Lee odgrywając złowieszczego amanta bywa szorstki i pochmurny i – tak jak hammerowski Drakula – sugestywnie emanuje tajemnicą. Eteryczna Lavi to jedna z najpiękniejszych aktorek swojego pokolenia. Jej Nevenka jest kobietą rozdartą pomiędzy narzuconym konwenansem a grzesznym pożądaniem (a w ubraniu z epoki wygląda po prostu zjawiskowo). Ich spotkanie na plaży w sekwencji otwierającej film jest sceną, która na pewno szokuje, ale też idealnie ilustruje unikalną erotyczną więź pary kochanków. Przede wszystkim jednak emanuje niesamowitym klimatem i jest przepięknie sfotografowana pod czujnym okiem mistrza Bavy udowadniając, iż Bicz i ciało to włoski gotyk, w którym obrazy są warte o wiele więcej niż słowa.

1963 – The Ghost (reż. Riccardo Freda) – Piotr Kuszyński

The Ghost to (nomen omen) duchowy spadkobierca powstałego rok wcześniej The Horrible dr Hichcock. Młodszy horror Fredy wprawdzie nie szokuje już nekrofilskimi wątkami, ani też w żaden inny sposób, jednak tutaj również mamy do czynienia z obrazem, który skupia się na rodzinnych knowaniach i w swej esencji jest przede wszystkim mrocznym, gotyckim kryminałem, jedynie opatulonym w atmosferę grozy. Dr Hichcock (niech Was to nazwisko nie zwiedzie, to jedynie małe nawiązanie do poprzednika) jest niezwykle inteligentnym, ale też nieszczęśliwym z powodu swojej niepełnosprawności człowiekiem, który zapomnienie od problemów odnajduje w seansach spirytystycznych. Jest też kulą u nogi swojej żony Margareth, której marzy się śmierć małżonka i możliwość pławienia się w luksusach u boku młodego kochanka. A gdy już Hichcock opuszcza ten padół łez (jak się pewnie domyślacie, absolutnie nieprzypadkowo!) zaczyna się walka o spadek, której z biegiem czasu zaczyna towarzyszyć coraz to większe szaleństwo i nadnaturalne zdarzenia. The Ghost to dość kameralny i, niestety, momentami powolnie toczący się obraz, który mimo wszystko przyciąga do siebie ze względu na ciekawą i okraszoną niespodziewanymi zwrotami akcji fabułę, a także fenomenalną jak zwykle Barbarą Steele. Ta świetnie odnalazła się w roli wyrodnej żony, która dla bogactwa byłaby zdolna do wszystkiego. A czego, jak czego, ale oglądania tej aktorki w rolach gotyckich femme fatale nigdy nie mam dosyć.


1963 – The Virgin of Nuremberg a.k.a. Horror Castle (reż. Antonio Margheriti) – Marcin Zembrzuski

Pierwszy z (przeważnie znakomitych) horrorów Antonio Margheritiego to film, za sprawą którego można się środkiem nocy przenieść w czasie o jakieś 50 lat i znaleźć nagle w jakimś starym kinie jako jedyny widz. No, jeśli nie liczyć kilkudziesięciu szkieletów dookoła i niezliczonych pająków snujących nań kolejne sieci. One jednak tylko umilają projekcję filmu o rudowłosej piękności, która błąka się całymi nocami po ogromnym zamczysku. Dniami co prawda też, lecz te – dzięki stale przysłoniętym oknom i odpowiedniemu oświetleniu – na dni bynajmniej tu nie wyglądają. Tajemne przejścia i komnaty, podziemne lochy, sala tortur; postaci o niejasnych intencjach i niezbyt sympatycznej aparycji, legenda o zwyrodniałym mordercy; trzy akty opowieści, które dzieli zawsze ten sam moment – gdy już nazbyt przerażona bohaterka mdleje. Kiedy się budzi, wmawia się jej, że nic dziwnego wcześniej nie widziała, że po prostu śniła lub miała przewidzenia. Ewentualnie, że „to nie jest tak, jak myśli”. Bo ciemność, bo na zewnątrz burza, bo wyobraźnię ma wybujałą, bo popada w paranoję. Tak, film jest tak dobry, jak to brzmi, choć można odnieść wrażenie, że scenariusz (napisany m.in. przez Ernesto Gastaldiego, mającego już wtedy na koncie opisane wyżej The Horrible Dr. Hichcock oraz Bicz i ciało) nie do końca wykorzystuje potencjał tkwiący w tej tyleż prostej, co kreatywnej opowieści. Inna sprawa, że najważniejszy jest tutaj sam sposób opowiadania, dzięki któremu już pierwsza sekwencja – rozpoczynająca się od zbudzenia protagonistki ze snu – potrafi wystraszyć. Ograne chwyty w rękach mistrza odzyskują bowiem swoją pierwotną siłę rażenia. Mój ulubiony fragment: bohaterka wybiega nagle z zamku, mimo że, o czym wiemy doskonale, nic jej nie goni. Ona jednak myśli inaczej i biegnie ile sił w nogach. Złowieszcza muzyka „narasta”, kadr ukazujący coraz bardziej zmęczoną twarz kobiety ulega powolnemu, ale konsekwentnemu przekrzywieniu.; przecinany jest ujęciami ukazującymi gałęzie drzew, obok których biegnie. Gałęzie filmowane są zaś tak, jakby ją miały zaraz chłostać po twarzy, do tego co chwila zmieniają też kolor, gdyż oświetlane są to na zielono, to na czerwono. Oto prawdziwa Alicja w krainie koszmarów.


1964 – Castle of Blood (reż. Antonio Margheriti, Sergio Corbucci) – Antoni Urbanowicz

Pomyśleć tylko, że przy takim twórczym galimatiasie mogło powstać coś tak zacnego, jak Castle of Blood. A może tylko w ten sposób mogło to powstać takie, a nie inne. Otóż pierwotnie film miał być kręcony przez Sergio Corbucciego, ale z powodu braku czasu w swoim reżyserskim harmonogramie musiał zrezygnować i w ostatniej chwili przekazał fuchę Antoniemu Margheritiemu. Tym sposobem skazał swojego kumpla po fachu na ekspresowe działanie, bo produkcja miała się zamknąć w ciągu zaledwie kilkunastu dni. Sam Corbucci musiał pojawić się jednak na moment na planie, żeby odciążyć Margherietiego. Nakręcił jedną scenę i, jak przystało na Corbucciego, jest to scena bezwzględnego okrucieństwa, które następuje bez żadnej zapowiedzi. Tego typu model produkcyjny przyczynił się zapewne do niedogotowania pewnych fabularnych kwestii, co w paradoksalny sposób podkręciło filmową grozę i atmosferę. Bowiem w końcu najprawdziwszej grozy nie da się przełożyć na język logiki, a najbardziej boimy się tego, czego nie pojmujemy naszym ograniczonym ludzkim umysłem. Margheriti, świadomie lub nie, zrealizował prawdziwie oniryczną jazdę, która z jednej strony zawiera wszystkie środki wyrazu „gotyku”, z drugiej natomiast swoim nieokiełznanym szaleństwem znacząco przekracza klasyczne schematy gatunku. Jest nawiedzony pałac, są duchy (a zarazem wampiry!), jest nawet i postać Edgara Allana Poe, ale całości bardzo daleko do sztampy. Ach, ci Włosi i ich dzika kreatywność. W nadchodzące Halloween, zamiast katować się krzykliwym klownem Pennywise’m, włóżcie świeczkę do dyni, zgaście światła  i delektujcie się filmem, który sam Tarantino określił mianem odlotowego!


1964 – The Long Hair of Death (reż. Antonio Margheriti) – Marta Płaza

Jeden z najlepszych filmów w dorobku zarówno reżysera, jak i królowej europejskiego horroru Barbary Steele. Akcja umiejscowiona jest w XV-wiecznej feudalnej wiosce i pobliskim zamku, gdzie Adele Karnstein zostaje oskarżona o czary i skazana na spalenie na stosie. Przed wydaniem ostatniego oddechu przeklina jeszcze swoich oprawców – hrabiego Humboldta i jego nikczemnego syna Kurta. Śmierć matki na własne oczy widzi Lisabeth, a jej starsza siostra Helen (Barbara Steele) próbując wybłagać hrabiego o litość dla matki zostaje brutalnie zamordowana. Po latach dorosła i głęboko nieszczęśliwa Lisabeth (Halina Zalewska) zostaje zmuszona do małżeństwa z Kurtem, jednym z oprawców swojej matki. W międzyczasie zaczyna działać klątwa rzucona przez Adele, a okolicę nawiedza zaraza. Pewnej nocy w środku burzy w zamku pojawia się tajemnicza nieznajoma, która będzie zwiastunem makabry większej niż zaraza. Z każdą minutą atmosfera się zagęszcza, zaciskając pętle na szyi bohaterów coraz mocniej. Margheriti z iście szekspirowskim wyczuciem snuje stylową opowieść o więzach krwi i przeznaczeniu, przed którym nie ma ucieczki. Oraz o zemście zza grobu, za dawne krzywdy, noszone w sercu jak największy ciężar. The Long Hair of Death to mistrzostwo nie tylko fabularne, ale i realizacyjne. Mroczne zamczysko, teoretycznie ochrona przed zarazą, zdaje się osaczać bohaterów ze wszystkich stron. Znakomite zdjęcia Riccardo Pallottiniego wydobywają z tego „schronienia” wszystko to, co najlepsze: cienie, zagadkowych bohaterów i ich złowieszcze tajemnice. Miłośnicy Barbary Steele również nie mogą narzekać. Brytyjska aktorka w podwójnej roli jest odpowiednio liryczna, ale gdy trzeba, to i demoniczna. Perfekcyjnie wybrzmiewa w jej wykonaniu szczególnie makabryczny finał, tak później w kolejnych latach chętnie przerabiany w przeróżnych filmach. Gotyk w najlepszym stylu!


1965 – Nightmare Castle (reż Mario Caiano) – Piotr Kuszyński

Stephen Arrowhead to oschły i zapatrzony w swoją pracę naukowiec. Gdy odkrywa, że jego zaniedbywana żona Muriel (Barbara Steele) znajduje pociechę w objęciach kochanka, w napadzie gniewu skazuje obydwoje na okrutną śmierć. Ten paskudny czyn niesie ze sobą nieprzyjemne dla Arrowheada konsekwencje. Musicie bowiem wiedzieć, że jest on typem wykalkulowanego manipulatora, który poślubił swoją “ukochaną” dla majątku. Ten jednak, jak się okazuje, został wcześniej przepisany na siostrę Muriel, Jenny (również Barbara Steele). Plan Arrowheada? Ponowne wżenienie się do rodziny i doprowadzenie Jenny do szaleństwa, aby mógł sprawować całkowitą opiekę nad majątkiem. Jeśli macie już za sobą wcześniejsze pozycje z naszej gotyckiej wyliczanki, to najprawdopodobniej podczas seansu Nightmare Castle będzie Was nękać wrażenie, że wszystko to jest potwornie znajome. Mario Caiano w swoim filmie bardzo chętnie wykorzystuje gatunkowe klisze. Romanse i zdrady? Są! Spiski i kryminalna intryga? Również obecne! Barbara Steele w podwójnej roli? Jak najbardziej! Zemsta zza grobu? Obowiązkowo! Efektem końcowym jest solidny, ale i nieco wtórny przedstawiciel gotyckiej grozy made in Italy. Nie jest to jednak szczególnie wielki zarzut, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Włosi zbyt wielu klasycznych gotyków wcale nie nakręcili, a przynajmniej nie tyle, żeby dało się odczuć przesyt tego typu treściami. Ja wręcz doceniam fakt, że po przerobieniu kilku klasycznych pozycji, takich jak, chociażby Maska szatana czy Horrible dr Hichcock mogłem obejrzeć film, który był w stanie dostarczyć mi podobnych wrażeń. Z gotyckim horrorem jest trochę jak ze spaghetti bolognese: może i zawsze smakuje tak samo, ale i tak za każdym razem zajadam się do upadłego. Jeśli podobnie jak ja, macie słabość do kostiumowej grozy z Barbarą Steele w rolach głównych i z jakiegoś powodu film Mario Caiano Wam umknął, to zabierajcie się za tę solidną, pulpową strawę. Smacznego!


1965 – Terror-Creatures from the Grave (reż. Massimo Pupillo) – Marta Płaza

Adwokat przybywa do tajemniczej willi, aby załatwić formalności związane z testamentem Jeronimusa Hauffa, właściciela przybytku. Na miejscu zastaje jego córkę oraz żonę, od której dowiaduje się, iż mężczyzna od roku nie żyje. Cała historia wydaje się coraz bardziej niepokojąca, gdy na jaw wychodzi fakt, że był on człowiekiem zdolnym przywoływać dusze zmarłych w trakcie zarazy sprzed lat. W końcu zapada zmrok, a córka właściciela jest przekonana, że właśnie widziała ducha swojego ojca, wędrującego po willi. Sytuacja zaczyna dodatkowo gmatwać się wraz z tajemniczymi zgonami osób, powiązanych w taki czy inny sposób z właścicielem domostwa. Duchy, głosy i zemsta zza grobu, seanse spirytystyczne, mroczna lokacja, tajemnice, a w tym wszystkim jeszcze diaboliczna jak zwykle Barbara Steele. Film Pupillo ma wszystko to, czego potrzeba, aby serce miłośnika gotyku zabiło mocniej. Siłą napędową jest przede wszystkim sama historia, pełna zagadek i angażująca do samego końca. Czy Hauff żyje, czy to jego duch odpowiada za morderstwa? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? Świetnie poprowadzona intryga, pomysłowo zainscenizowane sceny grozy, a w końcu wyśmienity finał, w którym jest wszystko. Horror, melodramat, a nawet odrobinę kina zombie. Co ciekawe, film mógł być inspiracją dla Sama Raimiego przy pracy nad Martwym złem (1981). W obydwu filmach znajdziemy pamiętną scenę z zegarami, a przede wszystkim ujęcia z perspektywy atakującego „zła”.


1966 – Anioł dla szatana (reż. Camillo Mastrocinque) – Kuba Haczek

Camillo Mastrocinque był jednym z pierwszych włoskich reżyserów, którzy wprowadzili tematykę grozy na włoskie ekrany już w latach 50. (odbyło się to jednak pod płaszczykiem komedii Toto all’ inferno, z popularnym komikiem Toto w głównej roli). W następnej dekadzie dał się ponieść nurtowi popularnych ówcześnie gotyckich horrorów, tworząc luźno oparty na Carmilli Sheridana Le Fanu Crypt of the Vampire (1964) oraz o dwa lata późniejszy, również oparty na prozie, Anioł dla szatana (tym razem materiałem wyjściowym była popularna i ekranizowana już wcześniej we Włoszech Malombra Antonia Fogazzaro). Oto do małej wioski przybywa rzeźbiarz Roberto Merighi (Anthony Steffen), aby odrestaurować wyłowiony z jeziora posąg pięknej Belindy, antenatki hrabiego Montebruno (Claudio Gora), właściciela pobliskiego zamku. W rodzinne zakątki powraca także siostrzenica hrabiego, Harriet (Barbara Steele), uderzająco podobna do dawnej piękności. Wykorzystując swą pozycję oraz niezwykłą urodę, opętana duchem swej prababki Harriet sprowadza nieszczęście na zabobonnych mieszkańców wioski. Ostatni włoski obraz w karierze Barbary Steele to wskazująca kobietę jako źródło wszelkiego zła sprawnie poprowadzona opowieść z nieoczekiwanym finałowym twistem. Mastrocinque igra z cenzurą, wprowadzając postać biseksualnej bohaterki celuje bardziej w erotykę niż horror, grozę wydobywając na wierzch powoli, zgodnie z regułami gatunku. Mamy więc przesądnych wieśniaków, żyjących w cieniu klątwy, zamek z ponurą historią, opętanie i stojący za całą historią spisek. W stosunku do Crypt of the Vampire elementy filmowego rzemiosła zostały znacznie lepiej wykonane – operowanie dźwiękiem, oryginalne kadrowanie, pomysłowość w opowiadaniu historii – wszystko to wpływa na jakość i odbiór obrazu. Doświadczony operator Giuseppe Aquari jest cichym bohaterem tej produkcji, to jego ujęcia tworzą niesamowity, oniryczny nastrój całości, z prostej gotyckiej historii wydobywając drugie dno, dzięki świetnemu użyciu światła i wręcz malarskim kadrom. Aktorsko rządzi niepodzielnie Barbara Steele, pokazując niejednoznaczność swej postaci w zupełnie arcydzielny sposób – jej Harriet to zagubiona, pełna lęków niewinna dziewczyna, która potrafi po chwili zmienić się w dominującą, władczą kobietę świadomą siły swego uroku. Partnerujący jej Steffen umiejętnie pomaga w stworzeniu mrocznego klimatu, już od prologu epatując melancholijnym spojrzeniem. Całość zespala  doskonała, liryczna muzyka Francesca de Masiego, dodająca złowieszczego piękna temu zapomnianemu włoskiemu arcydziełu.


1966 – Operacja strach (reż. Mario Bava) – Marcin Zembrzuski

Wbrew swojemu tytułowi (czy raczej tytułom – polskie tłumaczenie jest dosłownym, natomiast amerykanskie to uber-pulpowe – i z miejsca przywodzące „seksploatacyjne” dokonania Russa Meyera – Kill Baby, Kill) jest to obraz, któremu w pewnych miejscach blisko do arcydzieła kina grozy. Ale kultowy reżyser nie byłby sobą, gdyby czegoś po drodze nie spieprzył. Rzecz dzieje się w XVIII wieku, w pewnym zniszczonym miasteczku, gdzie w tajemniczych okolicznościach ginie pewna młoda kobieta. Na miejsce przybywa doktor Eswai, który poprzez autopsję nieboszczki ma pomóc w rozwiązaniu toczącego się w jej sprawie śledztwa. Miejscowość szybko jednak okazuje się być prawdziwie upiorną – definowaną galerią groteskowych postaci, tajemniczą klątwą, widmo tragicznie zmarłej i demonicznej dziewczynki, a wreszcie stricte surrealistycznę grozą. Od początku film po brzegi wypełniony jest strachem i szaleństwem, z każdą kolejną minutą coraz bardziej przypominając koszmar senny. Hipnotyzuje kolejnymi obrazami i dźwiękami, oszałamia nawałem psychodelicznych kompozycji muzycznych stale się ze sobą przecinających. Choć gdzieś w drugiej połowie film zaczyna przytłaczać, jak gdyby reżyser trochę stracił kontrolę nad swoimi narzędziami, prezentowana w nim historia do końca pełna jest niesamowitych, „freudowskich” rozwiązań, jak choćby tych, dzięki którym lata później zasłynął David Lynch. Ale słynny Amerykanin swoich inspiracji wcale nie ukrywał. W ostatnim epizodzie kultowego Miasteczka Twin Peaks (1990-1991) dzieło Włocha zacytował (fragment tej sceny), czyniąc „pożyczony” element niezwykle ważnym dla własnej historii. Dodajmy, że będąc pod wpływem Operacji strach Federico Fellini wplótł postać „diabelskiej dziewczynki” do filmu nowelowego Historie niesamowite (1968), a Martin Scorsese, pracując jeszcze z Rogerem Cormanem, pragnął nakręcić inspirowany dziełem Bavy horror, w którym główną rolę odgrywałaby tego typu postać. Jak wiadomo, do jego realizacji nigdy nie doszło, jednak do rzeczonej niewiasty powrócił jeszcze w Ostatnim kuszeniu Chrystusa (1988).


1966 – The Witch (reż. Damiano Damiani) – Oskar Dziki

Niewiele jest w historii kina obrazów, które portretują ikonę wiedźmy w tak pociągający sposób, jak zrobił to z aktorką Rosanną Schiaffino Damiano Damiani w swoim niesławnym dziele The Witch. W tym nieśpiesznym, gotyckim dramacie psychologicznym na podstawie powieści Carlosa Fuentesa, Schiaffino wciela się w rolę Aury, córki samotnej Consueli (Sarah Ferrati). Dwie kobiety zamieszkujące starą posiadłość w sercu Rzymu wabiąc niczego niepodejrzewających mężczyzn ofertą pracy w zamian za niecodzienne przyjemności. Twarzą w twarz z tajemniczym duetem staje ciekawski historyk o imieniu Sergio (Richard Johnson). Monochromatyczna paleta barw jeszcze mocniej zanurza film w klimatycznej grze światłocienia. Otoczeni wieczne zamglonym miastem i uwięzieni w niekończącej się plątaninie korytarzy bohaterowie stają się czymś na kukiełek w teatrze. Damiani kadruje swe ujęcia tak, by dać widzowi poczucie obserwatora zaglądającego zza okna czy spomiędzy sterty starych rupieci. Zakochanej wiedźmie – pod takim tytułem film trafił kiedyś nad Wisłę – bliżej jest do surrealistycznego melodramatu z silnym wątek psychologicznym aniżeli do horroru sensu stricto. Centralna postać, Sergio, to cokolwiek prymitywny szowinista, którego zaangażowanie się w historię ma mocno nikczemne podłoże. Prowadzi to do tego, że spojrzenie na czarownice jest tutaj przepełnione seksem i cielesnością. Co prawda, fabularnie film może znużyć swoją powolną narracją i częstymi postojami, jednak wciąż obraz Damianiego pozostaje jednym z najciekawszych, choć dziś już mocno zapomnianych, przedstawicieli tego pokrytego pajęczyną i skrytego w mroku gatunku.


1971 – Lady Frankenstein (reż. Aureliano Luppi) – Oskar Dziki

Podobnie jak hammerowskie Przekleństwo Frankensteina (1957), tak film Aureliano Luppiego rozpoczyna zuchwałe rozkopanie grobu i dostarczenie wydobytego z niego ciała do gotyckiego zamku szalonego naukowca. To właśnie w pokrytych pajęczyną komnatach córka doktora Frankeisteina, Tania (Rosalba Neri), kontynuuje dzieło ojca próbując ożywić mózg swojego kochanka. Lady Frankenstein swobodnie miesza ze sobą pulpowe eksperymenty szalonych naukowców z nagością i erotyką. Problem tkwi jednak w tym, że opowieść o reanimowanych zwłokach jakoś trudno tu powiązać z seksem. Przyznać trzeba, że Luppi dość skutecznie staje w szranki z filmami kultowej wytwórni Hammer przy wyraźnie mniejszym budżecie. Choć niektóre z efektów specjalnych (burza z piorunami) potrafią przysporzyć o uśmiech politowania, a sam potwór to już najniższej klasy pokraka, tak stylowa scenografia robi wrażenie. Najjaśniejszym punktem filmu jest oczywiście Rosalba Neri u szczytu swojej prezencji. Jej Tania jest wyrachowaną, egocentryczną suką, która jest gotowa dopuścić się morderstwa, aby tylko przyozdobić swoje dzieło apetycznymi, męskimi pośladkami. Jej osoba nadaje produkcji mocny, feministyczny posmak. Wprawny widz szybko zda sobie jednak sprawę, że te wszystkie kawałki scenariusza tak naprawdę posklejane są chyba tylko i wyłącznie na ślinie. To po prostu szybka, tania i mało wywrotna historyjka nakręcona w celu zbicia kabzy na słabnącej już wówczas popularności brytyjskiej wytwórni. Niemniej, Lady Frankenstein to gwarancja lekkiego seansu i warta odnotowania ciekawostka na mapie włoskiego gotyku.


1972 – Baron Blood (reż. Mario Bava) – Marcin Zembrzuski

Wbrew pozorom (tytuł, reklamujące film plakaty) nie jest to wcale rzecz wypełniona jakimiś makabrycznymi widokami. Wprost przeciwnie. Mimo kilku nowoczesnych zagrywek jest to być może najbardziej klasyczna opowieść w całej horrorowej twórczości Bavy. Głównym bohaterem jest młodzieniec imieniem Peter, który przyjeżdża do Austrii, aby zwiedzić zamek należący niegdyś do jego przodka, niesławnego Krwawego Barona. I tam, wraz z pomocą lokalnej piękności, bezmyślnie przywraca go do życia. Od strony formalnej jest to jeden z lepszych filmów Włocha, szczególnie pod kątem scenografii i doboru lokacji. Scenariusz jest naiwny i przewidywalny, ale też pastiszowy. To właściwie zabawa gatunkiem oraz wielki hołd tak dla amerykańskich horrorów lat 30., jak i późniejszych produkcji ze stajni Hammera. Osią fabuły jest wariacja na temat legendy Vlada Palownika, reżyser parafrazuje legendarnego Drakulę (1931) Toda Browninga, do tego odtwarzający Barona Joseph Cotton przypomina poczciwego Belę Lugosiego. Szkoda jednak, że Bavie nie udało się pozyskać do tej roli Vincenta Price’a (aktor odmówił), co byłoby dużo wymowniejsze. Owe dobitniejsze podkreślenie umownego charakteru filmu jest zresztą właśnie tym, czego mu najbardziej brakuje. Rozbraja scena, w której Baron oprowadza po sali tortur włączając przyciskiem na ścianie nagrane dźwięki wydawane przez torturowanych, lecz tego typu fragmentów nie ma niestety dużo. W kilku miejscach pomagają za to bardziej nowoczesne zagrywki, którymi Bava ponownie popycha kino grozy w stronę slashera, jak choćby kapitalna scena ucieczki kobiety przed oprawcą we mgle, pośród ciasnych uliczek miasteczka, co z miejsca przywołuje choćby fragmenty Halloween (1979. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że wygląd Freddiego z Koszmaru z ulicy Wiązów (1984) był inspirowany prezencją Krwawego Barona.


1972 – Night of the Devils (reż. Giorgio Ferroni) – Simply

W latach świetności gotyckiej grozy produkowanie remake’ów, sequeli czy też typowo Hammerowskie franczyzowanie sprawdzonych patentów do upadłego były Włochom zasadniczo obce. Trafiały się jednak wyjątki. W 1971 r. Antonio Margheriti zrealizował Web of the Spider – barwną wersję własnego, czarno-białego klasyka Castle of Blood (opisanego wyżej przez Antoniego Urbanowicza), który mimo niezaprzeczalnych walorów przemknął w kinach bez echa. Pomysł na remake wyszedł od producenta obu filmów, reżyser zaś sam określił się przy okazji jako ,,filmowa dziwka do wynajęcia” i tak też podszedł do rzeczy. Na zimno przekalkował materiał wyjściowy (z zachowaniem identycznych ujęć i ustawień kamery) nie bacząc, że czasy się zmieniły i odgrzewanie pokolorowanego kotleta wyłącznie w sosie własnym i bez pożądanych w 1971 przypraw to nie jest dobry pomysł. Bez porównania ciekawiej niż suchocipskie ,,selfie” Margheritiego wypada Night of the Devils, którym Giorgio Ferroni zmierzył się z opowiadaniem Rodzina Wilkołaka Aleksego K. Tołstoja, zekranizowanym uprzednio przez Mario Bavę w ramach tryptyku Black Sabbath (nowelka Vurdulak). Ferroni, kojarzony najbardziej z kinem peplum i serią westernów z Giuliano Gemmą, legitymował się jak dotąd tylko jednym horrorem, za to nie byle jakim. Zabójczo nastrojowy Mill of the Stone Women (1960) nomen omen w swoim czasie też furory nie zrobił, pozostając w cieniu wiadomego arcydzieła Bavy z tego samego roku. Niemłody i niemal głuchy jak pień reżyser podszedł do sprawy z werwą i pomyślunkiem, a zadbawszy o oryginalne „new skin for old ceremony” dla swojej wersji Vurdulaka, uniknął podstawowych błędów Margheritiego. Przede wszystkim nie próbował nawet rywalizować z pierwowzorem na gruncie operatorskim, zastępując studyjno-baśniowe, zawieszone w mglistej bezczasowości imaginarium Bavy soczystym i równie malowniczym naturalizmem. W efekcie powstał przerażający, diablo rasowy folk horror. Całą historię uwspółcześniono, co jednak daje się odczuć jedynie w pełniących rolę klamry scenach w szpitalu, gdzie trafia obłąkany ze strachu anonimowy niemowa (Gianni Garko). Strzępy jego zdruzgotanej jaźni wirują w ciągu psychotycznych, wyrwanych z wszelkiego kontekstu obrazów; gnijące zwłoki ustępują zbliżeniu nagiego, kobiecego łona, które raptownie zderza się z eksplodującą twarzą – odległą zapowiedzią Cronenbergowskich Skanerów (1981). Z tego wszystkiego wykluwa się jeden długi flashback, będący właściwą akcją filmu. Bohaterem jest komiwojażer, któremu psuje się auto na odludziu i tak trafia do sadyby zabobonnej i bardzo dziwnej rodziny chłopskiej, żyjącej w skrajnie XIX-wiecznych warunkach w środku lasu w… Słowenii, tuż przy granicy Włoch. Już sama sceneria zapiera dech. Lądujemy pośród bujnego starodrzewia, gdzie każdy pień oplata gęsty aż po koronę bluszcz, w gęstwinie majaczą szczątki rozlatujących się chałup, a stada dzików i saren kursują w tę i we w tę. Powoli wciągany w potworną tajemnicę wieśniaków protagonista spotka też miłość, lecz nawet ona nie uchroni go przed przeznaczeniem. W finale Ferroni poczęstuje takim bezmiarem fatalizmu, jak to tylko niektórzy Włosi potrafią. Najpoważniejszą zmianą względem oryginału Bavy (i Tołstoja) jest ukierunkowanie zagrożenia na żywioł damski. Gdzieś wokół domostwa krąży wiedźma, która w bezbożnym rytuale chlasta się nożem nad grobami przodków rodziny i ciska klątwę na żywych, chichocząc z oddali, jak naćpane banshee. To już nawet nie jest mizoginizm, to akt kapitulacji: żaden włoski horror nie skumulował takich pokładów panicznej, patriarchalnej fobii przed nie dającą się poskromić ani kontrolować kobiecością. Będzie też Agostina Belli w stroju Ewy, strumienie krwi z żywych i martwych żył, oraz niesamowite efekty make up w wykonaniu mistrza bezbudżetowego DIY Carlo Rambaldiego. Na domiar dobrego, Giorgio Gaslini i Edda dell’Orso zilustrowali całe to panoptikum jednym z najsubtelniejszych tematów, jakie wydała włoska szkoła muzyki filmowej.


1974 – Nude for Satan (reż. Luigi Batzella) – Caligula von Kömuda

Podróżująca przez pustkowia para bierze udział w wypadku samochodowym. Szukając pomocy, trafia do położonej w pobliżu posiadłości. Gospodarz podejmuje gości należycie, szybko jednak staje się jasne, że miejsce jest pod władaniem sił piekielnych… W filmie Luigiego Batzelli (którego miłośnicy włoszczyzny kojarzyć będą głównie za sprawą niesławnego nazisploitation SS Hell Camp [1977]) gotyckie dekoracje użyte zostały w służbie rozpasanej erotyki. Diabeł to rubaszny satyr, któremu w głowie tylko jedno i z uporem godnym lepszej sprawy wodzi na pokuszenie Bogu ducha winnych biedaków. Fabuła utkana została z luźno powiązanych scen orgii i dziwacznych wizji, toteż doszukiwanie się w niej głębszego sensu jest zbyteczne. Napięcia nie uświadczymy, bo bohaterom w zasadzie nie grozi nic poza tym, że ktoś może niespodziewanie zrobić im dobrze ustami, ewentualnie znienacka ich przelecieć. Trzeba w każdym razie oddać Batzelli, że tytuł jego filmu nie kłamie: golizny tutaj od groma, a jeśli komuś nie wystarcza, że główna aktorka (Rita Calderoni, która debiutowała na drugim planie u boku Franco Nero w A Quiet Place in the Country [1968]) praktycznie przez pełne półtorej godziny biega z cyckiem na wierzchu i kompletnie jej to zwisa (sic!), to wersja wydana na DVD na rynku holenderskim dodatkowo wzbogacona została o sceny hardcore. Topornie wkomponowane, nakręcone z udziałem innych “aktorów” i z użyciem innej scenografii, co widoczne jest już na pierwszy rzut oka – standardowy chwyt z okresu, pozwalający sprzedać film w obskurnych kinach “dla dorosłych”. Co by jednak nie napisać o Nude for Satan, trzeba przyznać że od strony wizualnej jest to bardzo smakowita rzecz – zdjęcia Antonio Maccoppiego to bezsprzecznie największy atut tej produkcji. Epizodyczna struktura pozwala z kolei na obecność ekscentrycznych pomysłów, które najprawdopodobniej fajnie wyglądały na papierze, na ekranie już zwyczajnie bawią. Scena w której półnaga bohaterka wije się z przerażeniem na wielkiej sieci, atakowana przez gumowego pająka, to jeden z tych momentów, które czynią życie maniaka kina klasy B pięknym.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.