Wielogłos: Wieża. Jasny dzień (2017)

Szanowne, Szanowni! Przyszedł czas na ósmy odcinek Wielogłosu, prezentujący swoistą dyskusję na temat głośnego dramatu grozy, który okazał się mocnym wejściem Jagody Szelc do świata polskiego kina. O jej debiucie wypowiadają się cztery osoby. Pokład Kinomisji reprezentują Oskar Dziki i Sara Nowicka, a gościnnie występują regularnie pojawiający się u nas Patryk Karwowski (Po napisach) oraz pierwszy raz odwiedzająca nasze progi Irena Kołtun (Blurby z celuloidu). Ostatecznym rezultatem jedna opinia umiarkowanie negatywna, trzy zdecydowanie pozytywne oraz względnie dużo odmiennych skojarzeń i przemyśleń. Zapraszamy do lektury!


Oskar Dziki

Wieża. Jasny Dzień jest filmem, który wyraźnie przekłada osobliwą atmosferę ponad wiarygodność opowieści. Rodzinne spotkanie na dolnośląskiej prowincji od samego początku emanuje niesamowitym napięciem, by w finale ziścić nam prawdziwe apokaliptyczną wizję przebudzenia, która zdaje się przenikać z ekranu wprost do rzeczywistości. Moralne oczyszczenie jest celem Kai, enigmatycznej, nieco infantylnej kobiety, która życiodajnej harmonii dopatruje się w naturze. Naprzeciw niej stoi jej siostra Mula, zakotwiczona w duchowych aspiracjach, materializmie i ciągłym odczuwaniu strachu obrazowanego kabalistycznymi wizjami. Jagoda Szelc stworzyła dzieło oparte na nieustannej walce działającej według praw logiki codzienności z przenikającą wszystko wokoło magią. Bohaterowie zdają się poruszać po kartach romantycznej ballady, a melancholijny klimat idealnie podkreślają panoramiczne zdjęcia Przemysława Bryniekwicza. Jednak nasączone art-houseowym sznytem obrazy często przecinane są stylizowanymi na amatorskie zbliżeniami, przejściami i ujęciami kręconymi z ręki. Zabieg ten jeszcze bardziej sytuuje widza jako cichego, nieobecnego ciałem gościa zaproszonego na rodzinną ceremonię. Czy można zatem określić Wieżę. Jasny Dzień mianem najlepszego polskiego horroru XXI wieku? Zdecydowanie tak! Choć prolog wizualnie mocno nawiązuje do Lśnienia (1980), a później pojawiają się też pewne podobieństwa do kina Andrzeja Żuławskiego, cała reszta idzie raczej tropem The VVitch (2015) oferując swój unikalny, autonomiczny klimat grozy. Film trzyma za gardło, by w odpowiedniej chwili odwrócić karty naszych domysłów i zmusić do myślenia poza ramami percepcji. Warto zatem śledzić poczynania Jagody Szelc. Być może jej fantastyczny debiut stanowi preludium do nowej, świeżej jakości rodzimego kina gatunkowego.


Patryk Karwowski

Ja już brałem udział w takim wielogłosie, dokładniej w dwugłosie i to na rodzinnym poletku. Otóż jak tylko zakończył się seans, a sala kinowa zaczęła delikatnie rozbudzać swoje ukryte światełka, usłyszałem od żony, że gorszego filmu już dawno nie widziała, że Wieża. Jasny dzień była męcząca, a jej operator musiał mieć delirium. I, co ciekawe, mogę nawet się zgodzić, że obraz Jagody Szelc był doznaniem męczącym, tyle że w ten niewiarygodnie przyjemny sposób. Gdybym był młodym filmowcem, takim z ambicjami, to zazdrościłbym reżyserce wszystkiego. I odważnej postawy, i tego, że nakręciła rzecz w pełni autorską, i w końcu, że dała widzom film, który pozostaje z nimi na dłużej niż czas, który przeznacza się na powrót do domu. Dla mnie to przede wszystkim wielkie, pozytywne zaskoczenie. Wieża. Jasny dzień mieszając konwencje sięga po to, co aktualnie jest modne w światowym kinie gatunkowym. Być może słowo „horror” jest tu jakimś nadużyciem, ale to właśnie horror czai się najczęściej z boku, poza kadrami świetnych ujęć przygotowanych przez Przemysława Brynkiewicza. Już pierwsze sceny zwiastują nadchodzący klimat, chorobę (nigdy dosłownie), która strawi rodzinną tkankę, a samych bohaterów pozbawi kontroli nad życiem. Najważniejszy jest w Wieży niepokój. Uczucie dyskomfortu jest kompleksowe, a uspokoić nas próbuje cały pierwszy plan, czyli rodzina, która przygotowuje się do ważnego religijnego święta. Jagoda Szelc kręcąc kino skromne stworzyła dzieło niepospolite, trudne do zdefiniowania, ale zasługujące na najwyższą uwagę i takie same oceny. Reżyserka bawi się naszą percepcją tworząc nielinearną strukturę, gdzie jest podział na kolejne dni, które odliczają czas do komunijnych uroczystości. Twórcy wciąż każą nam czekać i nieustannie rozsiewają obawy, a ważna jest tu każda chwila, chociaż nawet po napisach końcowych nie będziemy pewni czego właśnie doświadczyliśmy. Z pewnością istotne są religijne metafory, wątpliwa siła kościelnej wspólnoty, osobliwa struktura, która kazała mi doszukiwać się znamion folk horroru. Wszystko jest zdradliwe, ledwo namacalne, a czasem dopowiedziane przez naszą wyobraźnię. Jeżeli pani Szelc chciała wstrząsnąć polską kinematografią, to realizacja Wieży. Jasnego dnia z pewnością jest ważnym i odważnym krokiem w kierunku rewolucji, przewrócenia pewnej uporządkowanej bezbarwności w branży.


Irena Kołtun

Gdy odwieczna opozycja kultura – natura swój konflikt przeniesie na poziom duchowy, wynik starcia może być tylko jeden. Jak jednak może skończyć się spotkanie arthouse’u z kinem gatunkowym? Głośny debiut Jagody Szelc (uhonorowany m.in. Paszportem Polityki) wyraźnie odwołuje się do tradycji gatunkowych horroru i thrillera, jednocześnie bezkompromisowo przekraczając ich granice i mieszając styl dokumentalny z wysmakowanymi i onirycznymi kadrami. Wieża. Jasny dzień jest bez wątpienia formalnym majstersztykiem. Banalna fabuła wraz z rozwojem akcji ustępuje miejsca nieprzewidywalnemu i nieznanemu, podobnie jak cywilizowany świat mrocznej i tajemniczej naturze. Nie da się ukryć, że film ciąży w stronę kina artystycznego, przeznaczonego do wyrobionego (lub, jak kto woli, snobistycznego) widza, a gatunkowość reżyserka traktuje jako jeden ze środków wyrazu, nie sposób organizacji fabuły. Wydaje się przy tym, że Szelc w budowaniu skomplikowanej warstwy symbolicznej poszła o jeden krok za daleko. Głównej bohaterce, z której lękami i emocjami powinniśmy się teoretycznie utożsamiać, towarzyszy dokumentalny styl zdjęć, który, owszem, mówi nam wiele o sposobie widzenia świata przez Mulę; jednocześnie jednak stawia się w ten sposób publiczność w pozycji obserwatora, nie uczestnika, co w horrorze czy thrillerze nie powinno mieć miejsca. Odbiorca zaangażowany intelektualnie, nie emocjonalnie, nie odczuwa ani strachu, ani napięcia. W rezultacie pierwsza część filmu, zamiast przygotowywać na finał – nuży, natomiast sam koniec może dezorientować, drażnić czy rozczarowywać. Wieża. Jasny dzień zostaje z widzem tak długo po seansie, aż ten wybierze/wymyśli dla siebie jego interpretację; paradoksalnie film afirmujący autentyczne doświadczanie nie jest w stanie sam go zapewnić widowni. Więcej skupienia na odbiorcach, niż na tym co i jak się chce im przekazać przy następnym filmie  – to wtedy Jagoda Szelc zrobi nam kino (a premiera Monumentu już niedługo)!


Sara Nowicka

Wieża. Jasny dzień świetnie koresponduje z Post tenebras lux (2012) Carlosa Reygadasa. Film Jagody Szelc jest zdecydowanie bardziej gatunkowy niż oniryczny obraz meksykańskiego reżysera, trudno jednak nie zauważyć pomiędzy dziełami punktów wspólnych. W obu przypadkach głównym bohaterem jest człowiek Zachodu, czyli osoba żyjąca w oderwaniu od natury i duchowości, której relacja z drugim człowiekiem jest oparta na chęci kontroli. Juan z Post tenebras lux i Mula z Wieży traktują bliskich protekcjonalnie, stale ich krytykują i narzucają im własne zasady. W kontrze do nich pojawiają się postaci dziecięce oraz Kaja, siostra Muli, która, podobnie jak dzieci, jest niechętna narzucanym schematom i wierna sobie. W obu filmach dzieci są bliżej życia, natury. Niewinne i szczęśliwe unikają apokalipsy, która dotknie ich rodziców. Dzieje się tak dlatego, że są wolne od chęci posiadania, a ich duchowość jest czysta, niezwiązana z kościelnymi czy społecznymi wymogami. U Szelc, tak jak u Reygadasa, opowieść toczy się przede wszystkim podczas świtów, zmroków i burz – momentów przejścia, które potęgują w widzu uczucie niepokoju. Szelc pozwala widzowi patrzeć na stworzony przez nią świat oczami dziecka, co sprawia, że zbliżające się zagrożenie odczuwamy, a nie pojmujemy rozumowo. Wieża to nie intelektualne kino Larsa von Triera czy Michaela Hanekego, tylko niemal metafizyczne doznanie. Reżyserka, podobnie jak Reygadas, niechętnie odpowiada na pytania dotyczące interpretacji filmu i nie podaje klucza do swojego debiutu na tacy. Trzeba przyznać, że ten cieszy się znacznie lepszymi recenzjami niż Post tenebras lux, ponieważ autorce udało się, dzięki gatunkowej konsekwencji, uniknąć pułapki, w którą często wpadają twórcy w jakimś stopniu onirycznych obrazów – całkowitego zamglenia przekazu. Reżyserka stworzyła spójny, wiarygodny świat, w którym rozmowy bohaterów nie są wykoncypowane, tylko przypominają te znane nam z codzienności. Jej film jest konkretny tam, gdzie powinien być konkretny i letargiczny we fragmentach, w których ważny jest nastrój. A to, nawet najbardziej doświadczonym reżyserom, udaje się niezwykle rzadko.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.