Wielogłos: W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020)

Szanowne i Szanowni! Czas na kolejny odcinek Wielogłosu! Tym razem na tapet bierzemy świeżutki jeszcze rodzimy horror, o którym sporo się ostatnio w polskiej sieci dyskutuje. Swoje trzy grosze na ten temat dorzucają dziś na naszych łamach Oskar Dziki, Marta Płaza, gościnnie występujący Jędrek Szczepański oraz Antoni Urbanowicz, prezentując dwie opinie pozytywne i dwie negatywne. Zapraszamy do lektury oraz pisania pogróżek dla wybranych autorów.


Oskar Dziki

Ja się wychowywałem na slasherach, na kinie grozy klasy B, na horrorach, które nie traktowały się w stu procentach poważnie. To jest taka miłość od zawsze. Jak miałem 11 lat, to po kryjomu pożyczałem i oglądałem kasety, ale moi rodzice dość wcześnie zaakceptowali moje horrorowe fascynacje. Bo od zawsze mnie ciągnęło do takiego kinamówił w wywiadzie dla WP reżyser PIERWSZEGO POLSKIEGO SLASHERA Bartosz Kowalski. Trzeba przyznać, że jego najnowsze dzieło w 100% sprostało założonym przez niego celom. To przede wszystkim zabawna próba przeszczepienia tego rdzennie amerykańskiego podgatunku na polski grunt, ze wszystkimi jego naleciałościami, głupotkami i wytartymi przez lata schematami. Mamy więc najbardziej stereotypową dla konwencji grupę bohaterów: osiłka, śmieszka, nerda, szarą myszkę i cycatą blondi. Wszyscy oni stanowią doprawioną krwią paszę dla pary zmutowanych braci o zapędach kanibalistycznych. Gdzieś w tle przewija się również ksiądz pedofil i kosmiczne zagrożenie niczym z twórczości Lovecrafta. Główny rdzeń fabuły skupia się jednak na walce o przeżycie wśród bezkresnych, swojsko wyglądających lasów. Czy to działa, zapytacie? Działa i to praktycznie zawsze! Nieważne przecież, czy to teksańskie pustkowie, australijski busz czy las pod Iławą – cios siekierą zawsze smakuje tak samo. Na nasze szczęście zadbano, by wszystkie obrażenia, jakim poddawana jest dziatwa, wyglądały naprawdę solidnie. Co prawda W lesie dziś nie zaśnie nikt kopiuje wiele scen z serii Piątek 13-tego (1980-2009) czy Droga bez powrotu (2003-2014). Ale po seansie wiem, że śmiało postawiłbym ten film na półce obok typowej „amerykańskiej klasy średniej” slasherów.


Marta Płaza

Gdy gruchnęła wiadomość, iż Polacy planują nakręcić pierwszy slasher z krwi i kości, ciężko było powiedzieć, kto bardziej wyczekiwał dnia premiery: horrorowi zapaleńcy, czy może krytykanci gotowi wytykać twórcom najmniejszy błąd (bo przecież takiego kina na polskim gruncie nie da się opowiedzieć)? Ostatecznie, seans W lesie dziś nie zaśnie nikt udowadnia, że da się, może nie doskonale, ale na pewno bez wstydu! Bartosz Kowalski, twórca kontrowersyjnego Placu Zabaw (2016), znowu opowiada o dzieciakach. Tym razem, nie tych, które zabijają, a tych, które zostają zabite! Przenoszenie na polski grunt kina z mocno amerykańską tradycją nie było prostym zadaniem. Łatwo było zachłysnąć się konwencją, popadając w nieznośną, wykalkulowaną samoświadomość. Kowalski momentami wpada w tę pułapkę. W efekcie, o ironio, jego film jest najsłabszy właśnie wtedy, gdy najbardziej dosłownie cytuje materię. Zyskuje dużo więcej, wtedy gdy amerykanizmy przegryza polskim kolorytem. A to poprzez zrozumiałe tylko dla nas żarty i konteksty, a to dzięki świetnym aktorom. Można narzekać, że co barwniejsi z nich zostali zepchnięci do epizodycznych ról, jednak na szczęście nawet tam nie dają o sobie zapomnieć. Kowalski miał olbrzymiego farta przy doborze tak obsady, jak ekipy. Radzimir Dębski skomponował świetną muzykę, ludzie od scenografii i efektów specjalnych zadbali o niezłe sceny gore, wyjątkowo paskudnego złola i obrzydliwie malownicze wnętrza. Całej ekipie przypadła jednak w udziale wyjątkowo niewdzięczna rola tych, którzy przecierają szlaki (udajmy, że Pora mroku (2008) nie istnieje) na gruncie współczesnego, rozrywkowego horroru, zbierając przy okazji największe cięgi. Ostatnie lata pokazały, że bardzo dobrze potrafimy w art-house’owe kino grozy. Czy kolejne pokażą, że w to bardziej mainstreamowe też?


Jędrek Szczepański

Nieustanne ironizowanie jest przywarą co najmniej nierozważnych. Ironia jest bronią obusieczną i nadużywanie jej w pewnym momencie obróci się nieuchronnie w wojującego nią. Bartosz M. Kowalski chwycił w rękę slasherową maczetę, naostrzył ironią i nadział się na nią sam. Ale od początku. Trailery W lesie dziś nie zaśnie nikt nastrajały pozytywnie. Niby takie podążanie krok po kroku za nieistniejącym podręcznikiem slashera, ale wyglądały dobrze. Ot, Ameryka w Polsce, zamiast Crystal Lake jakiś obóz na Mazurach. Slasherów przecież w Polsce nie mieliśmy (powiedzmy), to można dać musnąć ich niezaznajomionej publiczności. Tutaj niestety następuje zderzenie z rzeczywistością, bo o ile zajawki były OK, to całość filmu niesie niesmak podobny do tego, który zostawił po sobie Kung Fury (2015). W lesie nie jest szczerym gatunkowcem ale jego cyniczną imitacją – zrodzoną z przeczytania artykułu na Wikipedii, nie z fanowskiej miłości. Kowalski jakby niepewny, która droga będzie właściwa, próbuje obrać wszystkie naraz. Gatunkowy trzon łączy ze zbędnymi wątkami dramatycznymi (wypadek bohaterki Wieniawy), pastisz i meta-gierki idą za rękę ze śmiertelną powagą. Efektem jest pozszywana kreatura, której przestraszyliby się mordujący obozowiczów bracia. Nad szeregiem niepotrzebnych wątków, postaci i innych scenariuszowych słabości nie ma co się pastwić, bo nie one stanowią sedno problemu, chociaż w 2020 roku (gdy żyjemy ponad 40 lat po narodzeniu gatunku i ponad 20 po rozczłonkowaniu jego zasad) od wykształconego reżysera można by wymagać większej kompetencji niż od twórców niskobudżetowych klasyków. Jak wspomniałem, sedno problemu leży gdzie indziej i jest nim wyrachowanie reżysera. W jednym z wywiadów Kowalski miał powiedzieć, że w Polsce nie ma widowni na poważny horror. Rozumiem decyzję o pójściu w lżejszy ton, ale na próżno szukać tu błyskotliwej meta-gry pokroju Krzyku (1996-2011) czy Domu w głębi lasu (2011), czy choćby komediowej zabawy Porąbanych (2010). W najlepszym wypadku W lesie dziś nie zaśnie nikt jest spóźnionym o 20 lat meta-slasherem pożenionym z kiepskim dramatem, w najgorszym cynicznym pastiszem i wyrachowanym ćwiczeniem stylistycznym. Co gorsze, niesie on za sobą bardzo smutne wnioski – jeśli tak ma wyglądać nasze kino gatunkowe, to jest ono nam kompletnie zbędne.


Antoni Urbanowicz

W ostatnich latach polskie kino skutecznie odgrzebało się z jakościowej maligny, która zawitała na nasze ziemie w towarzystwie hucznego upadku komuny i reform Balcerowicza. Ponownie staliśmy się prestiżową europejską marką, docenianą i oklaskiwaną na międzynarodowych imprezach branżowych. „And the Oscar goes to… Ida!” Tak, kino artystyczne ma się dobrze. Zaś mainstream stawia głównie na Patryka Vegę, komedie romantyczne i TVN-owskie kryminały. Dlatego też W lesie dziś nie zaśnie nikt wydaje się być filmem potrzebnym i dającym nadzieje na to, że w końcu pojawi się u nas kino gatunkowe z prawdziwego zdarzenia. Ja jednak muszę pokręcić nosem i wyrazić swój srogi zawód. Spora część mojej młodości przemijała bezpowrotnie na wszelkiego rodzaju obozach, koloniach czy campingach. Zamiast fantazjować o dziewczynach ze swojej grupy, rozwijałem możliwe scenariusze potencjalnych slasherów. Polski folklor wydaje się być idealnym mikrokosmosem do takich celów. Wiecie, ci wszyscy podstępni sołtysi, wredne bufetowe w stołówkach, opiekunowie z mroczną tajemnicą z przeszłości czy kulty Światowida pochowane w lasach. Film za nic ma moje dziecięce pomysły i jako oprawców daje mi klasycznie zmutowane rednecki rodem z amerykańskich klasyków. Ok, mógłbym to przeżyć, gdyby nie to, że cały film cierpi na taki właśnie chroniczny brak inwencji. Slasher to gatunek, w którym zaledwie parę tytułów można określić mianem prawdziwie ekscytujących, reszta zaś to monotonna bieganina po lesie, wrzaski i topory. Twórcy niestety celują w tą drugą kategorię i jeżeli ich celem była zaledwie przeciętność, a nie wzbudzanie napięcia, to swoje zadanie wykonali koncertowo. A od przeciętności już bardziej preferuje gniota, bo przynajmniej podtrzyma moje zainteresowanie. Pojawiająca się sporadycznie samoświadomość gatunkowa, po wszystkich Krzykach czy Domach w głębi lasu pogłębia tylko efekt zwietrzałego piwa. Może usiadłem do tego z przesadnie wygórowanymi wymaganiami, ale kreatywność to cnota, nawet jeśli operujemy w ramach przeżartej przez korniki konwencji. Ale dość już narzekania, bo twórcom należą się brawa za bezbłędną realizację. Reżyseria jest kompetentna, zdjęcia urokliwe, a gore krwiste. Film jest oglądalny, ale polotu w nim nie uświadczymy. Fajnie, że powstał, tylko dlaczego taki?

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.