Wielogłos: The Void (2016)

Share

Z okazji sympatycznego środowego wieczora prezentujemy Szanownemu Państwu kolejny Wielogłos. Tym razem na temat często chwalonego na światowych festiwalach, lecz poza nimi już bardzo różnie przyjmowanego, surrealnego horroru gore za przysłowiowe pięć dolców. Dyskutują tu o nim cztery osoby – w tym gościnnie Patryk z bloga Po napisach – oferując dwie opinie pozytywne i dwie negatywne. Zapraszamy do lektury!


Michela Ferraro

Młoda kobieta wrzeszcząc wybiega z domu. Goni ją dwóch mężczyzn. Jeden strzela – i trafia – a drugi polewa ją, wijącą się z bólu, benzyną, po czym, zawahawszy się przez ułamek sekundy, podpala. Płomienie buchają, w tle rozbrzmiewa narastające buczenie, ostry krzyk ofiary sprawia, że włosy stają dęba. Niestety, ten niespełna dwuminutowy wstęp, wraz z budzącym wielkie nadzieje oficjalnym zwiastunem, stanowi emocjonalne apogeum przygody z The Void, wyczekiwanego przez fanów klasyki horroru (czyt. „niekomputerowej” krwi i gumowych potworów) projektu Jeremy’ego Gillespiego i Stevena Kostanskiego. Kanadyjski duet podołał, jeśli chodzi o warstwę wizualną; efekty praktyczne – dopieszczone w najdrobniejszych detalach – fundują widzowi wieloprzystankową podróż po czasach twórczego rozkwitu Davida Cronenberga i Johna Carpentera. Innymi słowy: dzieje się dużo i widowiskowo. Film jednak leży i kwiczy na każdej innej płaszczyźnie; fabuła ma irytująco fragmentaryczną budowę, narracja jest niemiłosiernie bełkotliwa, a postaci, tak jak łączące je relacje, są zupełnie bez wyrazu. Twórcy w staraniach, aby przyrządzić jak najsowitszą ucztę dla oczu, najwyraźniej zgubili gdzieś coś o wiele bardziej istotnego: pomysł na solidne scalenie szaleńczo porozrzucanych po półtoragodzinnym obrazie scen makabry, które osobno są małymi dziełami sztuki, lecz zbite w jedną całość bez rzetelnego scenariuszowego planu mogą przyprawić o ciężką niestrawność.


Patryk Karwowski

The Void daje nam to, co obiecywał zwiastun. Jest bardzo mistycznie, tajemniczo, a atmosfera zagrożenia nie opuszcza nas od prologu. W zasadzie dość szybko okazuje się, że jako horror spełnia swoją rolę najlepiej, gdy staje się łącznikiem miedzy kilkoma filmami Johna Carpentera. Jest przecież Atak na posterunek 13 (oblężenie, osaczenie), Coś (mutacje, brak zaufania, izolacja) oraz Książę ciemności (diaboliczny mistycyzm, kult, szaleństwo, nawet finał). Czerpanie garściami od mistrza przyniosło zaskakująco dobry efekt (odnosząc się do mnogości inspiracji). Nad wszystkim zaś mroczną aurę rozpościera pewien dżentelmen z Providence. Rozedrgany scenariusz miota poczynaniami bohaterów, a sama fabularna otoczka jest  niejasna, naciągana, wypchana niejasnymi decyzjami bohaterów. To są główne zarzuty, które i tak rozbijają się o dobrą zabawę! I to nic, że sztampy jest tu co nie miara. Ktoś znika, po kogoś trzeba iść, coś trzeba zdobyć, a jest na zewnątrz szpitala oblężonego przez stojących w bezruchu zakapturzonych ludzi. Wszystkie niedociągnięcia idą w niepamięć przy widocznym ogromnym sercu dla filmowego gatunku. To serce bije tak mocno, że aż krwawi z bólu, gdy reżyserska para umieszcza w filmie wszystko, co w horrorze kocha. Wybaczam. Przy użyciu najszlachetniejszej w tym gatunku formy wypowiedzi, tj. efektów praktycznych, miałem wrażenie, że panowie Gillespie i Kostanski pokazali pełną wizję swojego koszmaru. Sceny są mocne, uderzenia makabry z nieoczekiwanych stron, a co najważniejsze – nad wyraz gwałtowne. Ale nie tylko widoczną miłość do gatunku należy tu docenić. Świetne są posępne zdjęcia Samy’ego Inayeha wypadające najlepiej w ujęciach statycznych z pojedynczymi źródłami światła. Zasługuje na uznanie również muzyka z narastającymi dźwiękami, niczym coraz silniejszymi piekielnymi wyziewami. Ostatecznie uważam, że The Void nadaje się do wielokrotnego oglądania.


Wongo

O ile twórcy krwawych efektów specjalnych (wykonanych w ujmująco koszerny sposób!) spisali się na medal i niegdysiejsi magowie – tacy jak Carlo Rambaldi, Rob Bottin czy Bob Keen – mogliby cmokać z zachwytu patrząc na rezultat pracy swych następców, tak o robocie reszty filmowej ekipy już trudniej powiedzieć wiele dobrego. Nie będę się czepiał szczątkowej fabuły i braku logiki, sam przedkładam nieskrępowane filmowe śnienie nad uwiąd literackiej konstrukcji i dobrze wiem, że świadome lekceważenie tradycyjnych norm narracji jest jednym ze sposobów na zobrazowanie rozpadu rzeczywistości (i wytrącenie widzów z poczucia komfortu), wszak po taki zabieg z powodzeniem sięgali kiedyś otwierający wrota piekieł Włosi – Dario Argento, Lucio Fulci, Michele Soavi. Pytanie raczej, czy panowie Kostanski i Gillespie wyszli z tego obronną ręką (przy założeniu oczywiście, że było to u nich działanie celowe), czy też może zwyczajnie porwali się z motyką na (czarne) słońce? Mamy tu m.in. odniesienia do kosmicznej grozy Lovecrafta, zapożyczenia z przynajmniej trzech filmów Carpentera, dwóch pierwszych Hellraiserów (chyba najwięcej z drugiej części – bo jest i szpital jako miejsce akcji, i główny antagonista wydający się być odpowiednikiem doktora Channarda, i wreszcie Lewiatan dla niepoznaki przycięty do kształtu piramidy i wrzucony w finał przywodzący na myśl końcówkę The Beyond Fulciego), zresztą można by się jeszcze więcej doszukać. W rezultacie cały ten galimatias niezbyt przypomina samodzielnie broniący się produkt filmowy, a bardziej fanowski zlepek cytatów, hołdowanie dawnej grozie sprowadza zaś głównie do dość powierzchownej, z czasem coraz bardziej chaotycznej żonglerki różnymi nawiązaniami, czy wręcz całymi wyciągniętymi skądś scenami (vide: ucieczka przed potworem w klaustrofobicznej szczelinie – sami od razu zgadniecie z czego pochodzi). Za tym wszystkim nie idzie niestety to co najważniejsze, czyli język kina. Nie uświadczymy tu podskórnie pulsującego carpenterowskiego rytmu, powolnych jazd kamery, precyzyjnie skomponowanych panoram. Realizacyjnie dominuje raczej współczesny indie-paździerz z trzęsącą się cyfrową kamerą i padaczkowym montażem, a poszczególne sceny – jakby efektowne czasem nie były – nie mogą należycie wybrzmieć, gdy brak im odpowiedniej podbudowy (choćby w ciekawej ekspozycji postaci, których losem można by się w jakikolwiek sposób przejmować).


Marcin Zembrzuski

„Próbowaliśmy we Włoszech robić filmy oparte na czystych tematach, bez fabuł, i The Beyond, podobnie jak Inferno Dario Argento, odrzuca zasady tradycyjnej konstrukcji (…) Ludzie, którzy narzekają na brak intrygi w The Beyond nie rozumieją, że jest to film obrazów, które muszą być przyjęte bez żadnego odbicia.” Tymi słowami Lucio Fulci bronił swój niegdyś często krytykowany film, który dziś uchodzi za jego najważniejsze dokonanie, i tymi samymi mógłby zapewne bronić cudownie pojechanego The Void. Co prawda, jest w takim podejściu do widowni trochę bufonady, ale nie czepiajmy się szczegółów. Tak jak w The Beyond, tak i tutaj już na samym starcie otrzymujemy solidny cios w łeb (scena postrzelenia i podpalenia żywcem), ale wrażenie, że oto znaleźliśmy się w celuloidowym świecie snów pojawia się może nawet szybciej. Po jakichś 10 minutach projekcji, gdzieś w okolicy fragmentu, z którego pochodzi przeuroczy kadr powyżej, byłem nawet pewien, że zaraz główny bohater się obudzi, bo to pewnie tylko oniryczna rozgrzewka przed właściwą akcją filmu. Tak się jednak nie stało. Nie ma tu żadnej rozgrzewki, od razu wrzuceni jesteśmy na głęboką wodę, a jeśli jakaś postać zasypia (lub traci przytomność), to tylko po to, by obudzić się w kolejnym koszmarze. Nawarstwienie tychże jest w pewnym momencie naprawdę spore i okazuje się, że cały czas jesteśmy w trakcie – definiowanej enigmą, makabreską i nihilizmem – podróży po piekle. Podczas schodzenia do jego kolejnych kręgów natykamy się na niemało elementów zapożyczonych od dawnych mistrzów kina. Choć w związku z tym pewien uśmiech nie raz pojawiał się na mojej twarzy, najważniejsze wydaje mi się to, że film ten – jakże chętnie celujący w paraliż mózgu – można po prostu chłonąć. Z jednej strony przynosząc pewną grindhouse’ową frajdę, a z drugiej atakując anarchiczną konstrukcją i surrealistycznymi odpałami, The Void stanowi danie tanie, smaczne i niezdrowe, przyprawione tak miłością (do gatunku), jak i szaleństwem (z powodu tejże miłości). Nie znajdziesz go w żadnym fast foodzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.