Wielogłos: Stranger Things (2016)

Share

Dziś, Szanowni Państwo, przyszła pora na przetestowanie formuły, która pojawić się tu miała już rok temu, przy okazji ostatniego Mad Maxa. Oto przed Wami „Wielogłos”: zbiór krótkich opinii różnych osób na temat jednego tytułu.  Zdaje się, że im różniejsze opinie, tym lepiej dla tekstu, choć dziś nie jest tak skrajnie, jak być może być powinno. Tak czy siak, poniżej niedługie wypociny pięciu osób, w tym, tradycyjnie, kilku gości: Bartka Basisty z We Are The Searchers, Doroty „Superchrupki” Jędrzejewskiej oraz Patryka Karwowskiego z Po napisach. Zapraszamy do lektury.


Bartłomiej Basista

Cholera! Jakie to wszystko piękne! Od wyłapywania odniesień aż mnie rozbolała głowa. Bracia Duffer polecieli po bandzie, stworzyli serial bardziej ejtisowy niż same lata 80. Spielberg i King dostali czkawki z wrażenia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu, mam wrażenie, że w tym kawałku wygranym na syntezatorach nie ma fałszywego bitu. A jednak ta moda na intertekstualność, która stała się bronią ostateczną Hollywood, jakoś mnie nie rajcuje. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się przednio, stylistyka i pogoń za odniesieniami sprawiała mi wiele frajdy. Ale, kurde, serio chcecie mnie kupić kolejnymi nawiązaniami do Alicji w Krainie Czarów, E. T. czy Podpalaczki? Ja wiem, że mistrz Godard powiedział: ”Nie chodzi o to, co skądś zabierasz – chodzi o to, gdzie zabierasz.” Problem w tym, Panowie, że Wy tego nigdzie na zabraliście. Niczym mnie nie zaskoczyliście, poprowadziliście mnie za rączkę do końca serialu bez żadnych ochów i achów. A ja w kinie szukam unikalnych emocji, a emocje, które mi sprezentowaliście otrzymałem kilka lat temu od Abramsa z jego Super 8. Ej, poza tym coś nie tak Wam poszło z bohaterami! Gdzie jest więź między nimi? Gdzie Nowo-Przygodowa przyjaźń? Czas obejrzeć Goonies raz jeszcze! A finał? Polecam wrócić do E. T., do którego tak nawiązujecie – tam przyjaźń między tytułowym kosmitą a małym chłopcem Elliotem w jakże pięknym finale kumuluje do tego stopnia, że takiego starego pryka jak mnie doprowadza do wodospadu łez. Nie daliście mi tych uczuć pod koniec serialu! Dranie! Ale mimo tego, że nie zaskoczyliście mnie niczym, to klimat, który udało Wam się osiągnąć sprawił, że odpłynąłem w czasy, za którymi moja generacja tak tęskni. Panowie, macie talent do stylistyki, kadrowania, straszenia. Wasi mistrzowie są moimi mistrzami, dlatego jestem pewny, że Wasz następny projekt, jeśli tylko będzie bardziej autorski, rozwali mi czachę. I jeszcze pewien banał na koniec: jeśli nie wiecie jak wzorce filtrować przez swój styl, zerknijcie na to, co wyprawia Tarantino. Intertekstualność w jego filmach osiąga zenit, ale zawsze mamy wrażenie jakbyśmy oglądali zupełnie świeży obraz.


Dorota Jędrzejewska

Gdyby zrobić eksperyment i pozbawić Stranger Things efektownych dekoracji – muzyki a la Carpenter, porozsiewanych tu i ówdzie plakatów z kultowymi filmami czy wreszcie przytoczonych, zresztą mało subtelnie, cytatów z hitów lat 80.  – co by nam pozostało? Obawiam się, że nie tak wiele. Pospiesznie skonstruowani bohaterowie, ledwo zarysowane tło społeczne i garść klisz – to wstydliwie mało, zwłaszcza jak na formułę serialu. Stranger Things gra nieuczciwie. Podpina się pod powszechną nostalgię, z całą mocą wzorując się na latach 80. – i ok, wszyscy to lubimy – ale zapomina jednocześnie o solidnym i najważniejszym spoiwie tej układanki. Dobrej opowieści. Niestety wszystko, co oglądamy na ekranie, jest podporządkowane regułom gry, niemal jak w nużących blockbusterach, gdzie fabułę tworzy się przede wszystkim dla imponujących efektów zamiast odwrotnie. A tym razem efekty działają mocniej – wyjęte żywcem z ukochanych VHS-ów, są zbyt cool, by mogły się nie spodobać, więc swoją fajnością łatwo manipulują – tuszują banał fabuły i sztucznie dodają charyzmy swoim bohaterom. Bo to kolejna bolączka Stranger Things – bohaterowie, którzy w większości (może poza sepleniącym dzieciakiem i przekonującą Winoną Ryder), są ledwie imitacjami postaci, które pokochaliśmy za czasów dzieciństwa. Nie mają ani ich polotu, ani wyrazistości, a nawet wyglądają jak podróbki swoich lepszych wersji. Stranger Things uznaję za coś w rodzaju powszechnej hipnozy, której efektem jest rozprzestrzeniający się z imponującą prędkością internetowy entuzjazm dla serialu, bądź co bądź, średniej jakości. To na chłodno wykalkulowany produkt, którego twórcy nie tyle podzielili się swoją miłością do epoki VHS, co na wskroś przejrzeli miłość swojego odbiorcy i postanowili schlebić jego gustom. Cały zabieg potrafi oczywiście dostarczyć frajdy. Serię ogląda się z dużą ciekawością za sprawą jej energii, świetnej muzyki czy wyłapywanych mimowolnie „smaczków” – ale czy słusznie stawiać ją obok najlepszych?


Patryk Karwowski

Zaczyna się od pulsujących dźwięków, które zapraszają nas do najlepszej telewizyjnej przygody od lat. Jednak wymieniać cały czas genialną muzykę, świetnie przeprowadzony casting, bogaty i przede wszystkim „pełny” świat małomiasteczkowej społeczności oraz mroczny i klimatyczny nastrój całej produkcji, to zbyt mało w przypadku Stranger Things. Za sukcesem serialu stoi jedno słowo: tęsknota. Taka, która  wyrasta z naszych najbardziej nieobiektywnych „pokładów”. Przez to również jest najbardziej szczera i nieskora do dyskusji. W tym przypadku twórcy serialu opracowali wzór na filmową pogoń za nostalgią. Za mianownik obrali sobie lata 80. Widzowie dorastający w tych czasach zapewne ocenią go najwyżej. I chociaż bohaterowie filmu kłopotów mają sporo, to i tak im w gruncie rzeczy zazdrościmy. I tu nie chodzi o wszystkie porozrzucane przez twórców filmowe artefakty, jak plakaty, liczne odniesienia do konkretnych tytułów (E.T, Stand By Me, Obcy), czy nastrój przepełniony klimatem powieści Stephena Kinga. Najważniejsza jest tu wielokrotnie uchwycona w kadr przyjaźń, braterskie porozumienie ponad podziałami, nocna jazda na BMXach i podawanie ręki na zgodę (bo tak trzeba!). Gdyby nie przyjaźń i sceny jak ta, w której Mike tłumaczy Dustinowi, że zarówno „Ty i Lucas jesteście moim najlepszymi przyjaciółmi”, serial nie miałby takiej siły przebicia. To najprostsza i najszczersza wykładnia dająca podstawę do wspólnej walki ze złem. Poszukiwania, przygoda, pocałunek, poświęcenie i ponad tym wszystkim ogromne emocje bazujące na dziecięcej interpretacji wszystkiego w tym serialu, głównie lęku. Bracia Matt i Ross Duffer zrobili serial kompletny. Jest straszny, klimatyczny, chwyta ze serce, zarówno to starsze, jak i to młode bijące gdzieś głęboko. Stranger Things to mały telewizyjny wehikuł czasu do moich najlepszych filmowych wspomnień.


Marta Płaza

Mimo że od premiery pierwszego sezonu minęło zaledwie dwa tygodnie, można już teraz bez przesady stwierdzić, że Stranger Things to jedna z najlepszych rzeczy, która przytrafiła się Netflixowi. To serial, który jeszcze długo będzie potwierdzał jakość tej stacji. Pełen cytatów i nawiązań do najważniejszych filmowych i książkowych hitów z lat 80., jest niczym nostalgiczna podroż w czasie dla pokolenia, które dorastało na filmach Nowej Przygody i książkach Stephena Kinga. Niejeden kinomaniak, pożerający ze smakiem kino przygodowe i S-F spod znaku duetu Lucas-Spielberg, nie mówiąc już o klasycznych horrorach Johna Carpentera, uroni łezkę wzruszenia wypatrując kolejnych filmowych smaczków w serialu braci Duffer. A to plakat na ścianie, a to podobna sukienka czy peruka, a to w końcu muzyka, która brzmi jakby napisał ją sam Carpenter. Stranger Things to rzecz, która już w chwili premiery stała się kultowa, szczególnie dla tego pokolenia, które chciałoby na nowo obudzić w sobie dziecięcą naiwność i ciekawość świata z czasów, kiedy każdy marzył o takiej paczce jak dzieciaki z Goonies. Teraz przed twórcami szalenie ciężkie zadanie. Po tak znakomicie przyjętym pierwszym sezonie oczekiwania przed drugim sięgną zenitu. Sprostać im nie będzie łatwo, ale pozostaje mieć nadzieję, że bracia Duffer nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.


Marcin Zembrzuski

Zacznę od tego, że nigdy nie byłem fanem Spielbergów, Lucasów i Kina Nowej Przygody, więc – poza sympatycznymi hołdami w stronę twórczości wiadomego mistrza kina grozy – nie bardzo interesowały mnie tutaj te wszystkie nawiązania do (i zapożyczenia z) ejtisowych przebojów. Zresztą nie jestem nawet w stanie wyłapać wystarczającej ilości cytatów, by móc wdawać się w konwersację typu „Postmodernistyczna frajda”. Ale ciul w nią. Zamiast tego wolę pogadać o tym, jakim Stranger Things jest zajebistym zbiorem opowieści i postaci. Tak po prostu. Bo jeśliby rozebrać to na czynniki pierwsze, to otrzymujemy kilka osobnych fabuł: są dzieciaki, których perypetie przypomniały mi o tym, jak za szkraba szukałem z kolegami kości dinozaurów, są tajne eksperymenty i Tetsuo-podobna dziewczynka, która być może mogłaby wygrać konkurs na filmową postać roku, jest jakieś kosmiczne (sic!) monstrum, co poluje w okolicy, jest samotna, histeryczna matka, która po prostu próbuje odnaleźć swoje dziecko, są licealiści i ich miłostki, które zapewne powstać by mogły w wyobraźni Johna Hughesa… Z jednej tonacji w drugą, od komedii przez melodramatyczną obyczajówkę do horroru i sci-fi (a po drodze jedna z najlepszych scen pościgu ostatnich lat!), posklejane tak znającymi się bohaterami i wątkiem zaginionego chłopca, jak i powszechną fascynacją tym, co niesamowite. Tym, co czaić się może w każdym lesie. W każdej szafie, pod każdym łóżkiem i za każdym rogiem. W każdej głowie, w każdym sercu. I mówią ludzie, że to serial, a ja oglądam i oglądam i myślę, że to nieprawda. To pachnie taśmą celuloidową, przypomina raczej coś, co nazwać by można wielogodzinnym filmem. Mówią niektórzy, że nieświeżym, a ja nie rozumiem o co im chodzi. Ja tu widzę twór powstały na podobnej zasadzie, co dzieła tarantinowskie: choć podparty wieloma innymi tytułami, żyje własnym życiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.