W tym domu straszy. Rob Zombie Halloween Show

Share

Co wyjdzie z połączenia wyobraźni kontrowersyjnego muzyka metalowego, klimatu święta Halloween i obskurnych mieścin na amerykańskich rubieżach? Wasze najgorsze koszmary!

Na scenie występuje w otoczeniu czaszek, pentagramów i mikrofonu w kształcie kościotrupa. W swoich filmach z wielkim zamiłowaniem przelewa krew, patroszy ciała, a ze swojej partnerki robi psychopatkę numer jeden. Nie oszczędza nikogo, mówiąc wprost, że wszyscy jesteśmy porąbani, a bycie grzecznym i miłym to tylko fasada. Rob Zombie – kultowa postać heavymetalowej sceny, a od kilkunastu lat również kina gore. Wielki miłośnik święta Halloween, które jako jeden z niewielu wciąż traktuje jako czas, kiedy w zwyczajnym człowieku budzą się najgorsze demony.

Kontrowersyjny artysta w świecie kina pojawił się już w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, początkowo za sprawą swojej muzyki, którą wykorzystano w takich filmach jak, m.in. Narzeczona Laleczki Chucky (1998, Living Dead Girl), Matrix (1999, kultowy Dragula) czy chociażby Mission Impossible II (2000, Scum of the Earth). Dość szybko uznał jednak, że warto pójść po więcej i już w 2003 roku światło dzienne ujrzał jego reżyserski debiut czyli Dom 1000 trupów. Co ciekawe, Zombie początkowo przymierzany był do wyreżyserowania filmu Freddy kontra Jason (2003). Odrzucił jednak tą propozycję, chcąc skupić się na w pełni autorskim projekcie. Reżyserskie szlify, które zdobył już podczas realizowania pokręconych teledysków do swoich piosenek (m.in. właśnie Draguli czy Living Dead Girl) tym razem wykorzystał przy pracy nad pełnometrażową fabułą.

Dom 1000 trupów opowiada historię grupki młodych ludzi, przemierzających bezdroża Teksasu w poszukiwaniu tajemniczych i nawiedzonych miejsc, które mogliby opisać w swojej książce. Gdy na swojej drodze spotkają muzeum zbrodni, prowadzone przez wulgarnego klauna, niejakiego Kapitana Spauldinga, ich los będzie już przesądzony. Wykorzystując otrzymane od niego wskazówki, podążają dalej tropem legendy o Doktorze Satanie, trafiając tym samym w szpony popieprzonej i zdegenerowanej rodzinki, która zafunduje im Halloween rodem z najgorszego koszmaru.

Wytwórnia Universal Pictures początkowo odmówiła wyprodukowania debiutanckiego filmu Zombiego wierząc, że  ze względu na obsceniczną treść, dostanie najwyższą kategorię wiekową, co z kolei mogłoby przełożyć się na  mniejsze zyski finansowe. Dlatego też, mimo że historia została nakręcona już w 2000 roku, przeleżała w zapomnieniu kolejne trzy lata. Ostatecznie film pojawił się na ekranach kin pod szyldem Lionsgate Films, firmy która w kolejnych latach miała wyprodukować chociażby wszystkie części Piły.

Wszelkie kontrowersje narosłe wokół produkcji, jeszcze przed premierą, dodały całości tylko dodatkowego smaczku. A Zombiemu, mistrzowi makabrycznej autokreacji, tylko w to graj. Dom 1000 trupów to debiut jak marzenie. Ostry, wulgarny, brawurowy, pełen nawiązań do krwawych filmów z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Już sam tytuł odnosi się do dziś nieco zapomnianego już horroru Paula Harrisona Dom siedmiu trupów (1974), w którym pewna ekipa filmowa nieopatrznie przywraca do życia demonicznego goblina. Imiona poszczególnych bohaterów filmu to z kolei hołd złożony postaciom znanym z komedii braci Marx. Kapitan Jeffrey Spaulding pojawia się w Sucharkach w kształcie zwierząt (1930), Rufus T. Firefly w Kaczej Zupie (1933), a w Nocy w Operze (1935) znajdziemy Otisa B. Driftwooda. Wszystkie te postaci zostały odegrane przez najbardziej barwnego z braci, czyli Groucho Marxa.

W scenie otwarcia filmu Zombiego pojawia się niejaki Doktor Wolfenstein, który uroczyście, niczym wodzirej z amerykańskiej telewizji lat sześćdziesiątych, zaprasza widzów na niezwykły spektakl grozy. Pałeczkę mistrza ceremonii w pierwszym akcie filmu przejmuje Kapitan Spaulding, który wprowadza grupkę głównych bohaterów do swojego pokręconego świata zbrodni. Organizując wycieczkę rodem z psychopatycznej wersji wesołego miasteczka, przywołuje historie najsłynniejszych amerykańskich morderców, w tym chociażby Eda Geina, który zainspirował, m.in. Tobe’a Hoopera podczas pracy nad Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną (1974). To właśnie ten kultowy film stał się dla Zombiego najbardziej wdzięcznym źródłem natchnienia przy jego debiucie. Począwszy od wykorzystania wątku grupki młodzieży podróżującej po kraju, przez szaloną rodzinkę nań polującą, aż po oczywiste umiejscowienie akcji na rubieżach Teksasu. Nie byłoby przesadą podejrzewać, że Firefly’owie chętnie umówiliby się na kolację z Hewittami/Sawyerami… Zombie pieczołowicie realizując swoje zwariowane, mocno przerysowane wizje, pełnymi garściami czerpie również z urban legends – miejskich historii wyjątkowo chętnie przerabianych przez amerykańską popkulturę. Pojawia się wątek tajemniczego autostopowicza, miejsca „przeklętego”, w którym w niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie, a przede wszystkim Doktora Satana – mitycznej postaci, która umknąwszy z szubienicy sieje postrach na rubieżach Teksasu, chociaż nikt tak naprawdę nie wie, czy rzeczywiście istnieje, czy jest jedynie wytworem wyobraźni.

W debiutanckim filmie Zombiego grupką psychopatów jest z kolei dość osobliwa rodzinka Firefly’ów przygotowująca się z wielką pompą do święta Halloween. Ich mroczny, cudacznie wystrojony dom, w którym prym wiodą czaszki, kościotrupy i laleczki z oderwanymi głowami, często kontrastowany jest z obrazami schludnego amerykańskiego przedmieścia, którego mieszkańcy, nawet w wieczór Halloween, zachowują klasę, świętując w „dobrym stylu”. Z jednej strony możemy obserwować zwyczajność tego wieczoru w domu rodzinnym jednej z bohaterek, z drugiej zaś postępujące szaleństwo, w tytułowym domu, w którym na swoje nieszczęście znalazła się razem z przyjaciółmi. Co ciekawe, to właśnie ten nietypowy domek mogliśmy zobaczyć również w filmie The Best Little Whorehouse in Texas z 1982 r.

Zombie bardzo wyraźnie podkreśla rytualizację święta Halloween, które szczególnie chętnie celebrowane jest przez rodzinę Firefly’ów, jako dzień, w którym można bez przeszkód oddawać się swoim psychopatycznym skłonnościom. Istotność tego dnia szczególnie często przypominana jest przez Mamę Firefly, która organizuje dla wszystkich uroczystą kolację rodem z domu Państwa Hewittów. Od tej chwili, z każdą kolejną minutą Dom 1000 trupów będzie odkrywał przed nami coraz bardziej mroczne podwoje. W finale proces ten osiągnie prawdziwe apogeum szaleństwa, prezentując paranoiczne wizje z miejsca przypominającego podziemny szpital i więzienie w jednym, pełne okrutnie okaleczonych ludzi, poddawanych przedziwnym eksperymentom. Całość nakręcona jest w szalonym, teledyskowym tempie, przywodzącym na myśl psychodeliczne koszmary, pełne oderwanych od siebie jaskrawych obrazów. Cała historia nie jest tylko i wyłącznie wytworem chorej wyobraźni Zombiego. Inspiracją dla tego podziemnego „szpitala” stała się prawdziwa historia Madame Delphine LaLaurie i jej małżonka, poważanych mieszkańców Nowego Orleanu, którzy w XIX w. stali się przyczynkiem przerażającego odkrycia. Zupełnym przypadkiem, z powodu pożaru, który wybuchł w czasie przyjęcia, wyszło na jaw, że w jednym z pokojów, niepozorne małżeństwo urządziło sobie miejsce tortur na kilkunastu osobach. Mieli to być głównie czarnoskórzy niewolnicy. W momencie wkroczenia służb do środka część osób już nie żyła, inne, przykute łańcuchami do ścian, były przerażająco zdeformowane. Żeby tego było mało, małżeństwo LaLaurie ostatecznie nie odpowiedziało za swoje zbrodnie.

Grupa nastolatków, która stanie się kolejnymi ofiarami rezydentów tytułowego przybytku, jest niejako łącznikiem między tymi dwoma światami – drobnomieszczańskiej, skostniałej kultury i beztroskiej, chociaż w tym wypadku również makabrycznej swawoli lat 70., które zresztą w filmie Zombiego są wyjątkowo mocno zaznaczone. Nie tylko poprzez nawiązania do kultowych filmów z tamtego okresu, ale również do realnych wydarzeń mających wówczas miejsce. Począwszy od historii prawdziwych morderców przywoływanych przez Kapitana Spauldinga w pierwszym akcie, aż po kreację Rodziny Firefly’ów przywodzącą na myśl, inną psychopatyczną „rodzinkę” z lat siedemdziesiątych, czyli Sektę Mansona. Również sam sposób zwabienia głównych bohaterów do tytułowego domu ma tyleż odniesień do filmów, co i rzeczywistości. Figura tajemniczego autostopowicza – zwiastuna zguby, pojawia się, m.in. we wcześniej już wspomnianej Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną, czy chociażby w nie mniej kultowym filmie Roberta Harmona Autostopowicz (1986). Podobny schemat pojawia się w życiorysach niektórych z morderców, którzy z kolei polowali na autostopowiczów. Tak było w przypadku Paula Bernardo i Karli Homolki. To właśnie Karla, będąc urodziwą blondynką, wzbudzającą zaufanie, zwabiała wypatrzone przez męża ofiary do samochodu, ostatecznie przypieczętowując ich los. Nie mówiąc już o niesławnym Tedzie Bundym – przystojnym, szarmanckim brunecie, który wykorzystując swój urok osobisty nie miał problemu, aby znaleźć młode dziewczęta, chętne na podwózkę w jego samochodzie, która miała być ostatnią rzeczą, jaką zrobią w życiu.

Dla Zombiego ważne są jednak nie tylko realne koszmary, ale i te wymyślone na kartkach papieru. Pierwotnie może niegroźne, ale w momencie wrzucenia ich w makabryczny koktajl doprawiany przez rodzinę Firefly’ów nabierające przerażającego wyrazu. Tak się stało chociażby z Alicją  w Krainie Czarów – powieścią, która doczekała się mnóstwa, mniej lub bardziej dziwacznych interpretacji, do których można dołączyć również tą Zombiego. W jednej ze scen widzimy bohaterkę przykutą do łózka, która przez rodzinkę Firefly’ów została ubrana w strój nawiązujący do bohaterki Lewisa Carrolla. Z kolei w finałowej scenie filmu, pozostali przy życiu przyjaciele ubrani w stroje królików pędzeni są ku swojemu tragicznemu przeznaczeniu. Obowiązkowo musi pojawić się więc również tunel, w tym wypadku wiodący do podziemnego szpitala. Kiedy jedna z bohaterek próbuje uciec, słyszy od swojego oprawcy znamienne słowa: Biegnij króliku! Biegnij! Rozpoczyna się „polowanie”. W historii kryminalistyki znany jest przypadek niejakiego Roberta Hansena – psychopaty z Alaski, który porywał młode kobiety, a następnie wypuszczał je kompletnie zdezorientowane do lasu, który tylko on doskonale znał. Zanim doszło do zabójstwa, Hansen urządzał makabryczne polowanie na swoje ofiary, które nie miały najmniejszych szans na ratunek.

Biorąc pod uwagę liczne nawiązania do brutalnych filmów i przerażających historii seryjnych morderców, bardzo łatwo zaklasyfikować Dom 1000 trupów jako tylko kolejną krwawą historię nakręconą przez nienormalnego typa, dla jeszcze dziwniejszych widzów.  Rob Zombie stara się jednak wychodzić ponad tą uproszczoną konstatację. Z jednej strony bardzo świadomie nakręcił film, który miał przede wszystkim szokować, z drugiej zaś taki który miał powiedzieć coś więcej na temat popkultury. Zombie podziwia, nawiązuje, ale nie kopiuje. Dom 1000 trupów jest niczym groteskowa odpowiedź na lata dokonań kina grozy i wiążącą się z nimi ludzką fascynację przemocą, która trwa od wieków i przybiera różne formy. Dlatego tak istotny wydaje się wątek młodych ludzi, którzy zafascynowani zbrodnią przemierzają cały kraj w poszukiwaniu najbardziej makabrycznych historii, trafiając na końcu wycieczki w łapy przerażających morderców. Czyż to nie Amerykanie są narodem, który w swojej fascynacji dociera do momentu, kiedy z najbardziej pokręconych morderców robi się w pewnym sensie celebrytów? W humorystycznym tonie o tej przypadłości swoich rodaków opowiadał już John Waters w filmie W czym mamy problem? (1994). Zombie zrobił to jednak po swojemu, wypruwając flaki i przelewając krew. Fakt, że film, który tak mocno czerpał z prawdziwych historii, jest uważany za tak odrażający, może doprawdy zastanawiać. Czyżby kino, które przecież wciąż oswaja przemoc, w momencie sięgania po historie prawdziwego okrucieństwa, budziło w nas bunt?

Marta Płaza
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.