Velvet vol. 1: U kresu

Share

Jak zapewne niemało osób, gdzieś po okresie dzieciństwa przestałem się interesować przygodami Jamesa Bonda i dziś niezbyt często sięgam po jakiekolwiek opowieści szpiegowskie. Dlatego też, kiedy parę lat temu pojawiła się informacja o tym, że jeden z moich ulubionych scenarzystów zabiera się za tego typu rzecz, na mojej gębie wcale nie pojawił się uśmiech. Z drugiej strony najwyraźniej zapomniałem wówczas, że Ed Brubaker to Ed Brubaker. Koleś, który z wszystkiego potrafi (i z reguły chce!) zrobić noir i który najbardziej ograne schematy potrafi uczynić na powrót świeżymi. ‚Niezbadana perspektywa zawsze jest tą najciekawszą’ – tłumaczył w jednym z wywiadów promujących Velvet. – ‚(…) Gdybym chciał napisać opowiadanie o Sherlocku Holmesie, napisałbym je z punktu widzenia Watsona.’ Cóż, oto kucharz, który danie, za którym nie przepadasz, przyprawi tak, że stanie się jednym z Twoich ulubionych. Nie lubisz historii szpiegowskich? To nie ma nic do rzeczy.

Paradoksalnie, w pierwszym tomie Velvet do pewnego momentu scenariusz nie dorównuje niezwykle dopieszczonej stronie wizualnej, za którą odpowiedzialny jest głównie Steve Epting. Jego rysunki są wcale dynamiczne i drobiazgowe, a nierzadko sprawiają wrażenie trójwymiarowych, u swoich podstaw mając tak sugestywne operowanie światłocieniem i będąc tak pięknie wzmocnionymi przez kolory nałożone przez Elizabeth Breitweiser, że widoczne w jakimś kadrze zaschnięte plamy krwi prezentują się wręcz agresywnie; można odnieść wrażenie, że znajdują się na ścianie tuż obok nas, a my sami przebywamy na miejscu zbrodni ledwie kilka minut po zmasakrowaniu jakiegoś nieszczęśnika. Rysunki te – a dodajmy, że największą rolę odgrywa w nich czerń, zaś kolorystykę Breitweiser ogólnie określić można jako pogrzebową – względnie szybko wskazują nam, że oto do czynienia mamy z kolejną inkarnacją czarnego kryminału. Zresztą większość akcji rozgrywa się nocą i nie brakuje też ulicznych scen skąpanych deszczem. Jakby kto pytał.

Fabuła, choć bazująca na klasycznym murder mystery, gdzieś do połowy tomu jawi się jako pulpa pełna tak akcji, jak ironii. Z jednej strony obfituje we wszystko to, co fani fani opowieści szpiegowskich kochają – twardych agentów, seksowne kobiety, akty przemocy sąsiadujące z pewnymi dozami humoru i gadżeciarstwa, sceny pościgów przeplatane zagadkami. Z drugiej strony reguły konwencji są tu stopniowo coraz częściej wywracane na lewą stronę. Zresztą pierwsze z nich zostają złamane już na samym starcie. Bo i owszem, mamy tutaj typa na miarę agenta 007, tyle że ten ginie już na trzeciej stronie komiksu, którego główną bohaterką okazuje się sekretarka. Oczywiście nie jest to zwykła pani zza biurka. Wszak wtedy nie mogłaby pracować dla agencji tak tajnej, że inne agencje nawet nie wiedzą o jej istnieniu. Tytułowa Velvet na karku ma 45 wiosen, fotograficzną pamięć, mnóstwo wspomnień, na myśl o których James Bond mógłby się pewnie posikać, a wreszcie ciało, które stanowi nie lada broń, bynajmniej nie tylko tą, dzięki której niektórzy mawiają, że seks jest kobietą.

Czysto gatunkowa rozpierducha sąsiaduje tu z zaskakującym okrucieństwem oraz zagrywkami początkowo trochę dystansującymi czytelnika: humorem czasem lekkim jak piórko, innym razem czarnym, a także rozwiązaniami formalnymi jak żywcem wyjętymi z kina popularnego lat 50. czy 60. (czy wspominałem, że akcja komiksu rozgrywa się w latach 70., a za sprawą wspomnień bohaterki przenosi nas o dekadę, dwie lub nawet trzy do tyłu?); rozwiązaniami w stylu ukazania nam mapy świata z przebytą lub właśnie przebywaną przez bohaterkę drogą (tak jest, sporo tu krajów do pozwiedzania) czy pojawienia się w panelu kółka wyodrębniającego dane postaci z otoczenia. No, w kinie wyglądałoby to nieco inaczej, jednak nic, tylko bić Brubakerowi i Eptingowi brawo za to, z jaką swobodą element z języka jednego medium przeszczepili na grunt drugiego. Inna sprawa, że choć takich elementów nie brakuje do samego końca opowieści, to, jak wspomniałem, gdzieś w połowie jej charakter ulega coraz to większej deformacji. Tempo zwalnia, atmosfera zostaje zagęszczona, psychologia pogłębiona, intryga skomplikowana, a humor zalany zostaje smołą.

Zastanawialiście się kiedyś, co w obrazach szpiegowskich dzieje się gdzieś poza kadrem z tymi wszystkimi zacnymi pięknościami, które poderwane i wykorzystane przez przystojnych agentów pomagają im w ich działaniach i/lub zdradzają im różnorakie tajemnice? Albo jak prezentowałby się Bond na przymusowej emeryturze, po serii porażek i popadnięciu w alkoholizm? Ja też nie, ale na szczęście Brubaker tak. I tak jak w genialnej maxi-serii Sleeper orzeźwiał on i wzmacniał tradycyjne noir poprzez napompowanie go elementami superhero, a w słynnym Fatale tak samo wykorzystywał horror lovecraftowski, tak tutaj thriller szpiegowski czyni prawdziwie ‚czarnym’ (śmierć, nostalgia, fatalizm), feministycznie wywrotowym (dla przykładu: zmysłowa Velvet lubi pieprzyć agentów, szczególnie przed ich misjami zapowiadającymi się jako te samobójcze), wreszcie zadziwiająca realistycznym (głównie dzięki szczegółowości intrygi, coraz większym dozom empatii oraz bezwzględności aktów przemocy). To rzecz, która w kontekście konwencji, do jakiej przynależy, bywa w pewnych miejscach tak śmiała i neurotyczna, że – o ile się nie rozpędziłem! – producentom filmów o agencie 007 mogłaby wpaść do głowy najwyżej w trakcie śnienia koszmarów.

Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.