Uśmiech Mony Lisy, czyli sztuka rozkładania nóg na przykładzie Nagiego instynktu

Podejrzana w sprawie brutalnego morderstwa autorka kryminałów zostaje doprowadzona na przesłuchanie na komisariat. Ubrana w obcisłą sukienkę, zmysłowa niewiasta okazuje przesłuchującym lekceważenie, na pytania odpowiada w zuchwałym tonie, a na samym starcie nonszalancko zapala papierosa. Na uwagę „Tu nie wolno palić”, odpowiada zaczepnym: „Aresztujecie mnie za palenie?”. Najciekawsze wydarzy się jednak dopiero za moment. W trakcie „krzyżowego ognia pytań”, podejrzana przekłada jedną nogę na drugą, ujawniając że pod sukienką nie ma bielizny. Skonfundowani oficjele nerwowo przełykają ślinę, nie wiedząc jak się zachować. A z twarzy przesłuchiwanej nie znika enigmatyczny, zuchwały uśmiech, który sprawia, że największy skurczybyk ze zmieszaniem spuściłby wzrok. Wynik przesłuchania: 1:0 dla Mony Lisy z wygoloną cipką…

Powyższa scena pochodzi oczywiście z Nagiego instynktu (1992) Paula Verhoevena i jest jednym z najbardziej ikonicznych celuloidowych momentów nie tylko dekady lat 90., ale i całej historii kina. Dilera z czystym LSD temu, kto w okresie dorastania nie odtwarzał tego fragmentu po wielokroć w zwolnionym tempie na odtwarzaczu VHS, by dostrzec szczegółowy obraz tego, co kryje się między udami Sharon Stone. Co ciekawe, scena ta nie została zawarta w scenariuszu i była wynikiem improwizacji. Verhoeven przyznał potem w jednym z wywiadów, iż do jej nakręcenia zainspirowało go wspomnienie z czasów studenckich. Miał to być popisowy numer jednej ze studentek, która na imprezy przychodziła bez bielizny i szokowała kolegów z młodszych lat widokiem swoich partii intymnych. Jeden z nich miał w rozbrajającym tonie spytać: „Zdajesz sobie sprawę, że kiedy zakładasz nogę na nogę widzimy twoją waginę?”, na co ona odparła: „Oczywiście, właśnie dlatego to robię.” Holender uznał, że taki wyzywający motyw będzie idealnie pasował do zimnej i wyrachowanej Catherine Trammell. Aby namówić Stone do zagrania w scenie, zabrał ją na kolację i objaśnił swoje zamiary oraz efekt, jaki pragnął wywołać. Aktorka ponoć bez większych oporów wyraziła zgodę, choć po premierze kilkakrotnie zmieniała wersję wydarzeń, twierdząc m.in. że nie była świadoma, że ujęcie trafi do finalnej wersji filmu.

Niezależnie od tego, jak było naprawdę, to właśnie atmosfera drapieżnej seksualności i moralnej ambiwalencji wywindowały Nagi instynkt do rangi jednego z największych hitów sezonu. Zresztą w tym przypadku porażka nie wchodziła w rachubę, przynajmniej jeśli chodzi o oficjalne stanowisko studyjnych decydentów. Kupiony przez wytwórnię Carolco za rekordową wówczas sumę 3 milionów dolarów scenariusz Joe Eszterhasa był wpierw przedmiotem aukcji i chciał go mieć dosłownie każdy. Sam autor w swojej autobiografii Hollywoodzkie zwierzę (polskie wyd. Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, 2005) przyznał, że scenariusz powstał w przeciągu zaledwie dwóch tygodni, a on sam słuchał w tym czasie tylko i wyłącznie kawałków Rolling Stones, aby wprawić się w odpowiednio „dekadencki” nastrój. Gotowy skrypt był kolażem ogranych schematów z kina noir z obowiązkowym motywem prawego bohatera omotanego przez zepsutą femme fatale na pierwszym planie. Eszterhas doprawił je jednak feelingiem epoki AIDS i dużą dawką erotyki.

Zresztą zdaniem wielu, erotyki było tu aż nadto. Po prawdzie, Nagi instynkt uważany jest obecnie za przełomowy punkt w hollywoodzkim obrazowaniu seksu, jako że nikt wcześniej w mainstreamowym kinie nie pozwolił sobie na tak wiele. Nie było to zresztą dziełem przypadku: kręcąc głośną scenę zbliżenia pomiędzy parą głównych postaci, Verhoeven celowo wykorzystał każdy możliwy kąt ustawienia kamery, tak by być w pełni przygotowanym na cenzorskie zapędy MPAA i mieć pełną swobodę wymiany ujęć. Z kolei gwiazda przedsięwzięcia, Michael Douglas po przeczytaniu scenariusza był wprawdzie więcej niż skory do współpracy, jednak w kontrakcie zastrzegł sobie, iż w filmie ani razu nie zostaną pokazane jego genitalia. Odnośnie głównej roli kobiecej, nalegał z kolei, aby ta została obsadzona równie rozpoznawalną, jak on aktorką, bo „nie chciał być w tym sam, kiedy gówno zacznie latać” – w wolnym tłumaczeniu: nie chciał, aby podczas ewentualnej burzy po premierze gromy spadły tylko na jego głowę. Do roli Trammell typowano więc kolejno takie nazwiska, jak Kim Basinger, Meg Ryan, Greta Scacchi, Michelle Pfeiffer, Geena Davis, Kathleen Turner, Ellen Barkin, Mariel Hemingway, Demi Moore czy Julia Roberts. Każda odrzuciła propozycję ze względu na konieczność udziału w dużej liczbie rozbieranych scen. Reżyser postawił na mało rozpoznawalną wówczas Stone, z którą wcześniej współpracował przy okazji Pamięci absolutnej (1990) i był pod wrażeniem jej umiejętności do przechodzenia od słodyczy do bezwzględności.

Wybór był rzecz jasna strzałem w dziesiątkę: 33-letnia wówczas aktorka, która od dekady bezskutecznie dobijała się do drzwi Fabryki Snów, okazała się być stworzona do roli wyzwolonej dziedziczki fortuny, która z nudów wciela w życie mordercze pomysły ze swoich książek. Na ekranie emanowała seksapilem i pewnością siebie, a co najważniejsze – między nią a Douglasem była odpowiednia chemia, bez której całe karkołomne przedsięwzięcie udać się nie mogło. Tymczasem zagrało tak naprawdę wszystko: od perwersyjnego nastroju podkręcanego przez wyborną muzykę Jerry’ego Goldsmitha (chyba najlepsza jego ścieżka dźwiękowa od czasów Chinatown [1974]), przez rzadkie, ale odpowiednio efektowne sceny zabójstw (ta otwierająca w wersji nieokrojonej jest na tyle drastyczna, że spokojnie mogłaby trafić do Robocopa [1987] lub wspomnianej już Pamięci), po umiejętne granie z oczekiwaniami i przyzwyczajeniami widza.

Hit, owszem, był, choć nie zabrakło też malkontentów. Na etapie produkcji, po tym jak do wiadomości publicznej wyciekła jedna z wersji scenariusza, do bojkotu przystąpiły środowiska homoseksualne, w związku z wątpliwościami co do wątku biseksualizmu Catherine. W efekcie, podczas kręcenia scen na ulicach San Francisco ekipa potrzebowała stałego wsparcia ze strony miejscowej policji, która oddzielała protestujących gejów i lesbijki od planu. Po premierze, mimo zachwycających wyników w box office, krytycy nie byli zgodni co do oceny. Choć większość doceniała nienachalne nawiązania do dorobku Alfreda Hitchcocka (ze szczególnym uwzględnieniem Zawrotu głowy [1958]), to wielu utyskiwało na mętną fabułę, w której nie wszystkie zwroty akcji szły w parze z logiką. Wątpliwości wzbudzały również kwestie „poprawności”, zwłaszcza scena domniemanego gwałtu na Beth (Jeanne Tripplehorn), która dla MPAA okazała się na tyle kontrowersyjna, że w wersji kinowej trzeba ją było ocenzurować.

Widownia wiedziała jednak swoje, a dolary nie kłamią. Verhoeven, Eszterhas i Stone w przeciągu chwili trafili na listę najgorętszych nazwisk showbusinessu. W przypadku tych dwóch pierwszych oznaczało to wręcz nieograniczoną swobodę przy produkcji kolejnego wspólnego projektu. Panowie z okazji skorzystali i… umoczyli, kręcąc jeden z najbardziej znienawidzonych filmów w dziejach, znany jako Showgirls (1995). Nagi instynkt zapoczątkował jednak istny wysyp thrillerów erotycznych, które zagościły na ekranach w pierwszej połowie lat 90., by wymienić takie tytuły, jak Sliver (1993), Malice (1993), W sieci (1994) czy Jade (1995). Żaden z nich nie powtórzył sukcesu omawianej pozycji, a znudzona publiczność szybko przerzuciła się na bardziej konserwatywne w przekazie blockbustery kręcone z użyciem rozwijających się w szybkim tempie technologii komputerowych. Ostatecznie, Holendrowi nie udało się dopiąć swego i przemycić do Hollywood penisa we wzwodzie (co – jak sam przyznał – było jednym z jego marzeń), niemniej jego nonkonformistyczne zacięcie na krótki czas odcisnęło swoje piętno na mainstreamowej rozrywce – to m.in. dzięki niemu studia filmowe w przyszłości nie były już tak skore, by dawać twórcom wolną rękę, wybierając raczej chłodną, acz gwarantującą pewne zyski, kalkulację.

Nagi instynkt uznać więc można za swoiste opus magnum holenderskiego twórcy, w którym raz jeszcze pogodził aspekt rozrywkowy z naturalistycznymi ciągotami. Tym razem zdobył jednak nie tylko serca widowni w ojczyźnie, jak miało to miejsce choćby w przypadku Tureckich owoców (1973) czy Żołnierza Orańskiego (1977), lecz stworzył międzynarodowy przebój, który w momencie premiery był na ustach dosłownie wszystkich. Swoim zwyczajem reżyser sięgnął po nieuładzone, pozbawione romantycznej osłonki seks i przemoc, kręcąc niejako wysokobudżetową, doprowadzoną do perfekcji wersję własnego Czwartego człowieka (1983). Tyle tylko, że tutaj modliszka jest jeszcze bardziej uwodzicielska i niebezpieczna, a zamiast wizji maryjnych mamy rock’n’rollowy blichtr, kokainę i szpikulec do lodu.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.