The Town That Dreaded Sundown (1976). Proto-slasher

Share

Wydawać by się mogło, że nakręcone przez Charlesa B. Pierce’a The Town That Dreaded Sundown rozbije bank ówczesnego kina grozy mocną kartą, jaką była inspiracja działalnością tajemniczego Phantom Killera – postaci terroryzującej w latach 40-tych leżące na zbiegu granic Teksasu, Arkansas i Luizjany miasteczko Texarkana. Mający na koncie 8 napaści, w tym aż 5 ze skutkiem śmiertelnym, przestępca nigdy nie został złapany. W jego identyfikacji przeszkadzała budząca grozę biała maska, przypominająca parciany wór z wyciętymi otworami na oczy i usta. Od pojedynczych ataków, których celem były zaparkowane na odludziu samochody z całującymi się nastolatkami, po „brawurową” strzelaninę na farmie rodziny Hollis, Phantom Killer jest wręcz podręcznikowym przykładem slasherowego mordercy. Po raz kolejny potwierdziła się reguła, że to życie pisze najbardziej przerażające scenariusze.

Sam reżyser, Charles B. Pierce, debiutował paradokumentalnym filmem The Legend of Boggy Creek (1972) opowiadającym o zamieszkującej podmokłe lasy wspomnianej wcześniej Texarkany człekokształtnej istocie. I tak jak produkcja o Wielkiej Stopie, tak The Town That Dreaded Sundown cenione jest przez wielu koneserów kina grozy jako swojego rodzaju proto-slasher, wprowadzając do dopiero powstającego gatunku wiele elementów, które stały się jego wyznacznikamim po sukcesach Halloween (1978) czy Piątku 13-tego (1980). Tytuł był także mocno promowany w latach 70-tych poprzez radiowe spoty i telewizyjne reklamy, przez co odbił się na tyle mocno w świadomości amerykańskiej widowni, że w XXI wieku powrócił na DVD i BluRay, a następnie doczekał się remaku o tym samym tytule, mającego premierę 2014 roku i będącego w zasadzie hołdem dla postaci Pierce’a.

Ale czy film, który inspirował twórców Piątku 13-tego II (1981) przy kreowaniu postaci Jasona – film, w którym za narzędzie zbrodni służy nóż przymocowany do suwaka puzonu… – dorównuje legendzie, jaka go otacza? W rzeczywistości to… nie. Czuć tutaj starania, jakie podjęli twórcy, by wykreować jak najbardziej przekonujący obraz pogrążonej w panice prowincji, które, niestety, ugięły się pod mikrym – wynoszącym zaledwie 400 tyś. USD – budżetem. Pierce przeplata kolejne, pozbawione niepotrzebnej ekspozycji, morderstwa na przypadkowych ofiarach pseudo-dokumentalnymi wstawkami, pokazując nam jak strach wpłynął na codzienność mieszkańców teksańskiego miasteczka i starając się nas przekonać o tym, że kiedy morderca nie przyodziewa swojej ikonicznej maski, chodzi gdzieś tam pośród innych.

Jednak to właśnie sceny ataków na niczego niespodziewające się ofiary są najmocniejszym punktem tej archaicznej już dzisiaj wycieczki na spalone słońcem pustkowia. Odbywające się najczęściej w nocy, prócz kultowej sceny z puzonem pozbawione efekciarskiego sznytu, zbrodnie czynią film wręcz anachronicznym zapisem wydarzeń, które mogły wydarzyć się w każdym innym miejscu na świecie. Wcielający się w postać widmowego zabójcy, czwarto-planowy aktor Bud Davis jest odpowiednio ociężały i chaotyczny w dokonywanym przez siebie mordzie, a jego grubiańskie sapanie autentycznie jeży włos na karku.

Po drugiej stronie barykady znajduje się próbująca pojmać Phantom Killera i ogarnąć szalejącą w mieście panikę policja. To właśnie historia śledztwa prowadzonego przez dumę Teksańskich Rangersów, Kapitana J.D. Morales’a granego przez znanego z Dzikiej Bandy (1969) czy Rio Grande (1950) Bena Johnsona, stanowi lwią część filmu. Stoi ona w mocnej opozycji do mrocznych i klimatycznych rekonstrukcji zbrodni kłaniając się kinu akcji pełnego strzelanin
czy efektownych pościgów rodem z Czerwonej Linii 7000 (1965) Howarda Hawksa. To w tym segmencie Pierce pozwala sobie na garść humoru, która wytrąca widza z mozolnie budowanego nastroju zagrożenia. Boli to jeszcze mocniej, kiedy tylko zorientujemy się, że najbardziej slapstickowa postać posterunkowego Bensona grana jest przez… samego reżysera.

Mocno stroną The Town That Dreaded Sundown jest panoramiczny obraz. Wychowany na południu USA Pierce jak nikt inny potrafił uchwycić w piękny i sugestywny sposób osobliwy nastrój cechujący jego rodzinne strony. Ciężko nie docenić wysiłku, z jakim przeniesiono na ekran klimat wiecznie zalanego słońcem Arkansas lat 40-tych z charakterystycznymi strojami i samochodami. To miejsce bardzo nam odległe, a jednocześnie czuć w nim „swojskość”.

Dzisiaj trudno w pełni docenić film Pierce’a, gdyż już w dniu premiery wyglądał na produkcję starszą niż był nią w rzeczywistości. Pierwsze 20 minut seansu zwiastuje wywindowane do granic napięcie, które jednak zanika wraz z rozpoczęciem dwutorowego prowadzenia narracji, sporadycznie wracając tylko wtedy, gdy kamera znów podąża za przemierzającym bezdroża mordercą. Film grzeszy wolnym tempem, które bezlitośnie ciągnie nudnawe – i nierzadko żenujące – śledztwo policyjne aż do napisanego na kolanie, symbolicznego zakończenia. Jednak pełną rekompensatę dostajemy za każdym razem, gdy tylko na ekranie pojawia się kolejna para całujących się w cadillacu dzieciaków, a w otaczającej je leśnej gęstwinie dochodzą nas odgłosy ciężkiego oddechu i chodu…

Oskar Dziki
Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.