The Strange Colour of Your Body’s Tears (2013). Chimeryczny lokator

Share

Lubię filmy, które myślą obrazem, a nie słowem. Filmy, które korzystając z języka własnego medium opowiadają historie kadrem, kolorem, dźwiękiem i montażem. Wizualny fetyszysta? Raczej nie inaczej. Wszak film to fotografia. Choć nieczęsto spotyka mnie frajda obcowania z tak czystą formą, to jednak w ostatnich latach trzy razy poczułem się szczególnie dopieszczony. Raz z powodu świetnego Berberian Sound Studio (2012) Petera Stricklanda – doskonałego audio-thrillera w tradycji wczesnych filmów Polańskiego – drugi raz z powodu freudowskiego neo-giallo Gorzki (Amer, 2009) duetu Helene Cattet i Bruno Forzani’ego, a o trzecim razie zamierzam Wam właśnie opowiedzieć.

Powstały w 2013 roku The Strange Colour of your Body’s Tears (L’étrange couleur des larmes de ton corps) to drugi pełnometrażowy film belgijskiego duetu Cattet-Forzani. Fabuła prezentuje się aż nadto pretekstowo. Pracujący w branży telekomunikacyjnej bohater – Dan Kristensen – wraca z wyjazdu służbowego. Gdy dociera do mieszkania okazuje się, że jego żona zniknęła. Podejrzewając morderstwo rozpoczyna poszukiwania na własną rękę. Przemierzając ponure korytarze co rusz spotyka mocno osobliwe postaci: palącą papierosa nagą kobietę na balkonie, starszą panią skrytą w cieniu, która opowiada mu historię równie niezwykłego zniknięcia swojego męża, w końcu narwanego detektywa, który zamiast pomóc w poszukiwaniach, rozwodzi się nad pewnym zdarzeniem z własnej przeszłości. Wszystko to w obrębie starej, secesyjnej, brukselskiej kamienicy, po której krąży – zaopatrzony w brzytwę i czarne, skórzane rękawice – ikoniczny dla gatunku morderca. Proste. Czy banalne? Bynajmniej. Siła tego filmu nie leży bowiem w historii, lecz w tym, co akademicy nazywają ładnie językiem audiowizualnym.

Kontynuując makaroniarską poetykę wcześniejszego o cztery lata Gorzkiego, twórcy od samego początku atakują nas paletą nasyconych barw i szarpanego, lecz niezwykle przemyślanego montażu, tnąc i sklejając pozornie niepasujące do siebie kadry. Konfrontując głowę Kristensena z lico-podobnym fragmentem kamienicy jasno dają do zrozumienia, gdzie tak naprawdę dzieje się akcja. Belgowie w klasyczny sposób rozbijają osobowość głównego bohatera, a to pokazując jego podwójne odbicie w lustrze, a to ustawiając go na planie popękanej, przypominającej pajęczą sieć szyby (motyw kobiety-pająka jak najbardziej w temacie), a to wreszcie montując ze sobą dwie połówki twarzy dwóch różnych osób. W ten sposób prowadzona jest cała narracja.

Zestawienie kolorów o silnym, symbolicznym nacechowaniu wprowadza nie tylko duszny, niepokojący nastrój ciągłego zagrożenia, lecz zarysowuje także oś emocjonalnego konfliktu. Chłodny, spokojny, wycofany niebieski kontruje z gorącym, pożądliwym, krwistym czerwonym – niejednokrotnie przeplatając się wzajemnie na planie jednego kadru. Kobiety noszą czerwone suknie, bohater nosi niebieską koszulę, niebieski ekran komputera w wypełnionym czerwienią pomieszczeniu etc. Istotne jest również niemal nabożne skupienie na szczególne, zarówno w sferze obrazu, jak i dźwięku. Słyszymy wyraźnie każdy szmer, trzask drewnianej podłogi i skrzyp drzwi, a kamera co rusz zatrzymuje się się na detalu – ze szczególnym uwielbieniem oczu, ust i szyi – dając poczucie skrajnego wyostrzenia zmysłów.

Film momentami mocno skręca w stronę autotematyzmu. Bardziej obeznani we włoskich gatunkach wyłapią zapewne nawiązania do odpowiednich produkcji, żeby wspomnieć chociaż Głęboką czerwień (Profondo Rosso, 1975) czy Odgłosy (Suspiria, 1977) Dario Argento. Sceny zabójstwa swoim wykonaniem przypominają pokaz slajdów czarno-białych zdjęć, a dźwięk aparatu fotograficznego komponuje się z miarowym kobiecym oddechem, tworząc sugestywny dla sceny, seksualny rytm. Duch freudowskiej psychoanalizy unosił się już nad pierwszym filmem Belgów (cały trzeci akt jako alegoria niebezpieczeństwa seksualnego pożądania), jednak nie było to tak dosłowne i bliskie śmierci jak tutaj (nóż jako symbol falliczny, morderstwo podczas stosunku).

Twórcy nie boją się dociskać gazu do dechy, co skutkuje przesadzonym momentami, lecz uroczym w swoim zamyśle rysem groteski, jak w scenie „wychodzenia z własnego ciała”. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie narracyjne – kilka scen wcześniej bohater znajduje w pudełku rosyjską matrioszkę. Cała akcja jest przecież podróżną w głąb własnych pragnień i koszmarów. Już pierwsza scena – śpiący mężczyzna – zdaje się być wskazaniem na senną, hipnotyczną naturę filmu.

Nie jestem zwolennikiem formułowania krótkich podsumowań ale jest w tym filmie jedna bardzo ważna scena, którą uważam za samoistne arcydzieło. Facet uprawia seks ze swoją żoną. Nad łóżkiem znajduje się malunek kobiety. W pewnym momencie mężczyzna słyszy dziwne odgłosy z pomieszczenia powyżej. By zobaczyć, co się dzieje, wywierca dziurę centralnie w miejscu, w którym namalowana jest głowa, jednak ze względu na ciemność nic nie widzi. Wychodzi więc piętro wyżej a jego żona podaje mu zapałki poprzez wywiercony otwór. Scena wygląda tak, jakby mężczyzna siedział w głowie kobiety, nie mogąc się w niej zupełnie odnaleźć, prosząc żonę o zapałki, by rozproszyć trochę światła. Jeśli ktoś zapytał by mnie czym jest nowy twór Helene Cattet i Bruno Forzani’ego, odpowiedziałbym, że właśnie tym – prośbą o zapałkę.

Trudno pisać recenzję filmu, którego główną siłą jest obraz i dźwięk. Parafrazując znane powiedzenie: pisać o Dziwnym kolorze łez twojego ciała to jak tańczyć o seksie. Tego trzeba po prostu doświadczyć i albo się zachwycić, albo wyłączyć po pierwszym kwadransie. Nie wiem czy ten film jest mądry. Być może jest nawet banalny w swojej treści. Wiem za to, że to majstersztyk w sposobie opowiadania i kreacji filmowej rzeczywistości. A ja taką zabawę uwielbiam. Na zdrowie.

Bartek Słoma
Pasjonat jazzu, dobrego piwa i klasycznej literatury. Miłośnik zarówno kina artystycznego, jak i gatunków. Prawie bloger na kino/obsesja. Prawie kulturoznawca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.