The Sister of Ursula (1978). Kara zza grobu

Siostry Dagmar (Stefania D’Amario) i Ursula (Barbara Magnolfi) przyjeżdżają do luksusowego hotelu nad morzem. Niedawno w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach zginął ich ojciec, a trauma nie została jeszcze w pełni przepracowana. Zwłaszcza wycofana Ursula nie może się pogodzić z tragedią, utrzymując wręcz iż rodzic wciąż żyje. Tymczasem w okolicy zaczyna dochodzić do okrutnych morderstw, których ofiarami są bez wyjątku „rozpustne kobiety”…

Morza szum, ptaków śpiew, morderca z jakże oryginalnym narzędziem zbrodni i masa golizny. The Sister of Ursula to nie wycyzelowana łamigłówka, ani stylowa robótka w klimatach Argento. To jedno z tych sprośnych giallo, których wysyp nastąpił w drugiej połowie lat 70. Najbardziej pamiętnymi przykładami obskurnych odlotów w ramach gatunku pozostają Play Motel (1979) Mario Gariazzo i Giallo in Venice (1979) Mario Landiego, jednak debiutanckie dzieło Enzo Milioniego (facet pracował wcześniej jako asystent reżysera na planie sadystycznego poliziottesco Mad Dog Killer [1977] z Helmutem Bergerem w roli głównej) dzielnie dotrzymuje im kroku. Sleazu tu pod dostatkiem: raz będzie to dziewczę masturbujące się złotym łańcuszkiem (no dobra, bardziej wygląda to jak łańcuch który przywdziałby jakiś gangsta-raper), kiedy indziej – właściciel hotelu liżący lubieżnie anusa pryszczatej piosenkarki z nocnego klubu. Jest też zaborczy lowelas uzależniony od heroiny (Marc Porel, ówczesny małżonek Magnolfi i heroinista w prawdziwym życiu, umrze kilka lat później w Maroku w wyniku zapodania tzw. „złotego strzału”), który jest jednocześnie w pogoni za działką, jak za kolejną szparką. No i cała masa golizny, także tej spod znaku „full frontal”. Z przemocą trochę gorzej, bo efekty poczynań mordercy widzimy głównie po fakcie (nagie zwłoki z rozprutymi genitaliami), co ma zresztą związek z nadrzędną tajemnicą filmu, która brzmi: „jakie jest narzędzie zbrodni?”. Tutaj zalatuje już mizoginistycznym zwyrolstwem w pełni, ale szczegółów zdradzać nie będę (i tym, którzy filmu nie widzieli, nie polecam czytać żadnych opinii o nim, bo większość ten „niezwykły” plot twist zdradza już w pierwszym zdaniu). Pewne w każdym razie jest, że sprawca jest nie lada psycholem, który gardzi płcią piękną.

Swoje robi też miejsce akcji – malownicze Amalfi, które nadaje całości wakacyjny klimat rodem z najlepszych dokonań Joe’go D’Amato. Zdjęcia powstawały w będącym w trakcie budowy hotelu Il Saraceno, który… ostatecznie nigdy nie doczekał się otwarcia, najprawdopodobniej ze względów prawnych. W kwestii muzycznej dostajemy pewne zróżnicowanie, bo w scenach morderstw ścieżka przybiera posępne tony, kiedy zaś przychodzi pora na goliznę – funkuje frywolnie (Achtung! Będą cycki i włochy!) niczym soundtrack z pierwszego lepszego filmu o Czarnej Emanuelle. Jest też zgoła błahy i na dłuższą metę irytujący lejtmotyw pod postacią pościelowej pieśni o oczach wybitnego kochanka – pojawia się on za każdym razem, gdy bohaterki wstępują do nocnego klubu na terenie hotelu, co pozwala sądzić, że występująca tu co wieczór artystka estradowa o jakże oryginalnym pseudonimie Stella Shining ma zgoła mało urozmaicony repertuar.

Aktorsko rewelacji nie ma: faceci mają ubierać się stylowo i z klasą, kobiety z kolei obowiązkowo muszą dobrze wyglądać bez psujących dobry efekt tkanin. W centrum znajduje się gwiazda przedsięwzięcia, znana z The Suspicious Death of a Minor (1975) i Suspirii (1977) Magnolfi. Aktorka wprawdzie jak zwykle prezentuje się na ekranie zjawiskowo, ale odtwarzana przez nią Ursula wielkiej sympatii, ani współczucia nie budzi. Dziewczę jest wiecznie wkurwione/zmęczone/omdlewające, co ma nam dać do zrozumienia, że nie może przeboleć śmierci swojego ojca i w związku z tym ma „wizje”. Z niewiadomych przyczyn wszyscy naokoło uważają jej zachowanie za w pełni normalne. W jednej z najciekawszych scen filmu, Ursula wygłasza monolog/modlitwę w obliczu położonej w podziemiach hotelu figury Chrystusa bez twarzy. W tym i kilku innych momentach, udało się uchwycić mistyczny wymiar gatunku, chwilę potem jednak wrzucani jesteśmy z powrotem do pralni brudów i spoconych ciał.

Okoliczności natury i wdzięki kolejnych aktorek, które bez skrępowania zrzucają odzież wierzchnią i bieliznę (już w jednej z pierwszych scen Stefania D’Amario tak celebruje akt rozbierania się, że nie ulega wątpliwości, iż wskazówka reżysera odnośnie motywacji postaci brzmieć musiała prosto: „cokolwiek robisz, nie śpiesz się”) górują więc nad zgoła cienką, pretekstową intrygą. Twórcy symulują wprawdzie pewne ambicje, bo czerpią – wzorem wielu innych „żółciarzy” – od samego Hitchcocka, jednak owe inspiracje nie wypadają zbyt przekonująco, bo mimo wszystko bliżej tutaj do soft-porno, niż do klasyki suspensu. Finał rozczarowuje, jako że jest łatwy do przewidzenia i – ujmując kolokwialnie – niezbyt mądry. Zabrakło solidnej konfrontacji, zamiast której dostajemy rozbudowaną ekspozycję, która niedzielnego widza zapewne znuży. Wstęp dozwolony zatem jedynie dla entuzjastów włoszczyzny, którym niestraszne zgrzytające w uszach dialogi oraz dziwne zachowania bohaterów. Jest to z mojej strony zarazem przestroga, jak i zachęta, bo nie ukrywam że mnie rozwiązły charakter The Sister of Ursula ujął za serce. Koniec końców to solidnie nabrzmiałe, schyłkowe ero-giallo, gotowe w każdej chwili wytrysnąć swymi sokami prosto na oblicze widza.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.