The Moonlight Sonata (1988). Groza z fińskiej prowincji

Share

Społeczny stereotyp, jaki w kinie grozy utrwalił Tobe Hooper za sprawą swojej Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974) odbił się czkawką nie tylko autochtonicznym mieszkańcom Appalachów czy południowoamerykańskiej prowincji (czyt. brudnych rednecków). Oberwało się także małomiasteczkowym społecznościom w charakterze globalnym. Moment odejścia od duchów i reszty panteonu nadnaturalnych istot na rzecz grozy skrytej w dysonansie kulturowym ludzi z tak zwanej cywilizacji oraz tych żyjących wciąż bliżej natury inspiruje twórców do dziś. Ta sama na wpół zdziczała muza natchnęła finlandzkiego twórcę Olliego Soinio do nakręcenia Kuutamosonaatti, znanego na zachodzie jako The Moonlight Sonata.

Soinio nie idzie tutaj śladem swoich poprzedników, którzy przecierali szlaki fińskiego kina grozy czerpiąc garściami ze skandynawskiego folkloru i postanowił zaserwować horror nowoczesny, w dużej mierze komercyjny. Wydawać by się mogło, że przeżuty przez popkulturę motyw nie jest w stanie już niczym zaskoczyć, jednak przekucie go na skutą lodem fińską ziemię nadaje mu uniwersalny, międzynarodowy charakter. A co może być lepszego w niskobudżetowym horrorze niż wykorzystanie naturalnej, lokalnej scenerii posiadającej swój niepowtarzalny klimat?

Modelka Anni (Tiina Björkman), z karierą wiszącą pod znakiem zapytania, zostaje wysłana na lapońską prowincję przez swoją agencję na czas ucichnięcia kręcących się wokół niej kontrowersji. Oprócz małego psa towarzyszyć ma jej również młodszy brat Johannes (Kim Gunell), który zjawić ma się w położonej pośród głuszy chacie następnego dnia po przybyciu kobiety. Okolica jednak nie sprzyja sielance dla każdego obcego, który samym swoim jestestwem zakłóca jej naturalny rytm, a egzekwowaniem kary zajmuje się matriarchalna rodzina składająca się z matki-fanatyczki religijnej (Soli Labbart), niewyżytego syna Arvo (Kari Sorvali) oraz trzymanego w piwnicy niedorozwiniętego Sulo (MikkoKivinen), który swoją posturą i zachowaniem przypomina raczej ogra aniżeli człowieka.

Mała liczba bohaterów postronnych skutkuje tym, że widz liczący na krwistą zabawę w łowcę i ofiarę może czuć się zawiedziony. The Moonlight Sonata stawia bowiem bardziej na budowanie klimatu zaszczucia niż odhaczanie na liście do odstrzału kolejnych, postępujących wbrew wszystkim zasadom logiki, bohaterów. Pomaga tutaj oczywiście otaczający samotny domek narciarski krajobraz z górującymi nad nim, uginającymi się pod czapami śniegu, drzewami i lodowym horyzontem. Wszystko to podane nam jest w dość oszczędnej kolorystyce, która tylko potęguje emanujące z ekranu zimno, czyniąc go nierozerwalnym elementem filmu.

Jednak u podstaw tego osobliwego podgatunku stoi przedstawienie lokalnej kultury w sposób wzbudzający zarówno odrazę, jak i zachwyt, czyniąc z niej wręcz naturalnego wroga rzuconych w jej sidła protagonistów. Choć fińskie pustkowie pod tym kątem nie różni się zbytnio od tego, co widzieliśmy choćby w Deliverance (1972) czy Southern Comfort (1981), specyficzne umiejscowienie sprawia, że całość wydaje się jednak nieco mniej stereotypowa. Pochwały należą się zwłaszcza dla Kari Sorvali, który wciela się w nękającego Anni wioskowego głupka napędzanego sadystyczną rządzą chuci. Na ekranie mamy okazję podziwiać także jego obłąkanego na punkcie psów – i zachowującego się jak jeden z nich – brata. Ten po wypuszczeniu z piwnicy równie szybko kieruje kroki w stronę chatki kobiety, co niestety porzuca większy udział swojej postaci w produkcji.

Wydawać by się mogło, że twórca starał się w swoim dziele podejść do gatunku w sposób przytłaczający widza swoją chłodną stylistyką. Jednak by nasze serca nie pokrył szron nijakości, Soinio wrzuca tutaj całą garść specyficznego dla ludów północy humoru. I w sekwencjach komediowych bryluje tutaj wspomniany przeze mnie spuszczony z łańcucha Sulo, postać która gdzie indziej byłaby głównym straszakiem. Tutaj jego groteskowość wręcz kłóci się z ogólnym wydźwiękiem filmu. Wyróżnić warto by pewną świetną scenę odwiedzin faceta pobierającego abonament za telewizje w domu naszej osobliwej rodziny…

Jak na niskobudżetowy śmieć rodem z obskurnego grindhouse’u, The Moonlight Sonata zaskakująco sprawnie buduje swój unikalny klimat, który nie ustępuje zbytnio takim klasykom zimowego horroru jak Lśnienie (1980). Nie jest to zasługa tylko fantastycznych zdjęć, za którymi stoi Kari Sohlberg (Książę Śmierci [2011]), lecz także udźwiękowienia autorstwa Paula Jyrälän, który wręcz rozkoszuje się małymi i z pozoru niepożądanymi dźwiękami, podkręcając tylko beznadzieję, w jakiej znalazła się główna bohaterka.

Całość tylko potwierdza uniwersalny język kina, jak i gatunku, który – jak pokazała również fińska The Moonlight Sonata – nie potrzebuje wielkich budżetów i wsparcia korporacyjnych wytwórni, a sam wybrzmiewa najlepiej wtedy, kiedy twórca po prostu darzy go szczerą miłością. Choć nie jest to produkcja pozbawiona wad znamiennych dla tego rodzaju kina, jak i scenariuszowych uproszczeń, jako gatunkowa wizytówka mroźniej północy wychodzi z zadania obronną ręką dając podwaliny pod nową falę skandynawskiego kina grozy, które  w przyszłości zrodzi nam takie warte uwagi tytuły, jak Sauna (2008) czy Rare Exports (2010).

Oskar Dziki

Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.