The Incident (2011). Rock’n’Gore

Alexandre Courtes to koleś, który tworzył teledyski między innymi dla U2 oraz The White Stripes. Nic więc dziwnego, że fabuła jego pełnometrażowego debiutu kręci się wokół grupy aspirujących rockmenów, którzy zanim dostąpią światowej estrady, muszą zmagać się z trudem dnia codziennego. Wszak płacenie rachunków i napełnienie brzucha nie omija nawet największych ikon heavy metalu. Jednak zamiast dramatu egzystencjalnego o trudach młodych artystów, Courtes postawił na trzymający w napięciu, pełnokrwisty (dosłownie!) horror. A dodajmy, że The Incident jest też scenopisarskim debiutem S. Craiga Zahlera, późniejszego reżysera fenomenalnych Bone Tomahawk (2015) oraz Brawl in Cell Block 99 (2017)!

George (Rupert Evans), Max (Kenny Doughty) i Ricky (Joseph Kennedy) wspólnie grają w kapeli metalowej starając się odnaleźć swoje miejsce w osadzonym pod koniec lat 80-tych stanie Waszyngton. By móc dalej rozwijać swoją pasję, cała trójka pracuje na kuchni w położonym pośrodku niczego szpitalu dla obłąkanych. Noszący nazwę Sans Asylum ośrodek przypomina raczej post-sowiecki, betonowy moloch aniżeli pełen szczęśliwych pensjonariuszy ośrodek leczniczy. Kiedy szalejąca wichura odetnie zasilanie, a pozbawione klamek drzwi cel staną otworem, ciemne korytarze spłyną krwią przy akompaniamencie niepoczytalnych jęków.

Ten prosty i jakże powszechny w popkulturze grozy pomysł w rękach francuskiego twórcy urasta niemalże do miana arcydzieła gatunku. Okres w jakim osadzono historie zgrabnie tłumaczy brak telefonów komórkowych, a sama scenografia wpływa tutaj na fabułę mocniej, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Labirynt mrocznych, sterylnych korytarzy oświetlanych sporadycznie przyprawiającym o epilepsję światłem czy skryta za pozornie bezpieczną szybą stołówka to plastyczny strzał w dziesiątkę. Zatrzaśnięte elektronicznym zamkiem drzwi wyjściowe zdają się być przypieczętowaniem losu, jaki spotkał zarówno personel, jak i pacjentów.

Jednak nie każdy wyrwany ze swojej wyłożonej poduszkami celi pensjonariusz stanowi bezpośrednie zagrożenie dla naszych bohaterów. Niektórzy oddają się makabrycznym aktom samookaleczenia, stają się ofiarami tych bardziej sadystycznych kolegów lub wiją się po kątach w katatonicznych pozach. Bo The Incident – na rynku amerykańskim znany jako Asylum Blackout – to przede wszystkim niepokojący gore fest. Jeśli wierzyć plotkom, podczas pierwszego pokazu Toronto International Film Festival dwie młode kobiety doznały omdlenia za sprawą ciągłego epatowania przemocą.

Budowane znakomicie poprzez subtelność napięcie z początku filmu, Courtes postanawia spuścić w kiblu wraz z wszelakimi częściami ludzkiego ciała. Wyrywane nosy, dekapitacje i oskórowanie mogą doprowadzić co poniektórych do nudności. A wszystko to okraszone jest wyjątkowo ciężkim klimatem, który mocno charakteryzuje depresyjny wydźwięk filmu.

I tutaj wychodzą właśnie warsztatowe braki reżysera. Narracyjna ścieżka prowadzi jak po sznurku przez szereg okrutnych obrazów gubiąc po drodze kilka ważniejszych wątków. Niektóre z nich są zupełnie ignorowane, inne rozwiązane po macoszemu. Finał jest zarówno końcem sadystycznego koszmaru, jak i pozostawiającym z poczuciem niedosytu zwieńczeniem prostej historii. Jednak warto po The Incident sięgnąć, albowiem będzie to jak najbardziej udane półtorej godziny obcowania z krwawą pulpą.

Oskar Dziki

Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.