The Grissom Gang (1971). Film, w którym cały czas się pocą

Robert Aldrich obecnie kojarzony jest głównie jako reżyser takich nieprzemijających klasyków, jak Co się zdarzyło Baby Jane (1962) czy Parszywa dwunastka (1967). W swoim czasie, w hollywoodzkim środowisku miał jednak reputację dość „szemraną”, jako sprawdzony specjalista od B-klasowego kina gatunkowego, taniej sensacji prokurowanej ku uciesze publiki. Warto pamiętać, że żaden z wymienionych powyżej filmów w momencie premiery nie cieszył się wielkim poważaniem krytyki (choć oba okazały się być ogromnymi hitami). Nie owijając w bawełnę: choć może się to wydawać dość dziwne, nazwisko Aldrich było niegdyś synonimem kiczu, przesady i w nieodpowiedzialny sposób celebrowanej przemocy.

W 1971 roku, ten ustawicznie lekceważony rzemieślnik wziął na warsztat powieść kryminalną No Orchids for Miss Blandish (1939) autorstwa Jamesa Headleya Chase’a. Po raz pierwszy zekranizowana przez Brytyjczyków w 1948, książka opowiadała o porwaniu damy z wyższych sfer, która nieoczekiwanie zakochiwała się w jednym ze swoich ciemiężycieli. Aldrich, w porozumieniu ze scenarzystą Leonem Griffithsem, przeniósł akcję z Nowego Jorku do Missouri i odwrócił układ ról. U niego to jeden z porywaczy zaczyna „czuć miętę” do dziedziczki fortuny, czym de facto ratuje ją od niechybnej śmierci.

Znajdujemy się więc na głębokim Południu u schyłku ponurej ery prohibicji. Tytułowi „Grissomowie” to banda wyzutych z moralności oprychów, skutecznie trzęsących okolicą. Przewodzi im Mamuśka Gladys (Irene Dailey), kawał wyrachowanej baby, co ma łeb na karku i jaja większe niż połowa tutejszych kowbojów. Jej oczkiem w głowie jest syn Slim (Scott Wilson), nieprzewidywalny przygłup o uprzywilejowanej pozycji. Pewnego dnia, on i dwójka pozostałych członków gangu, natrafiają na niepospolitą „okazję”. Oto w ręce wpada im córka miejscowego milionera, Barbara Blandish (Kim Darby). Bandyci żądają pokaźnego okupu, z zamiarem zlikwidowania zakładniczki po uzyskaniu pieniędzy. Na drodze w realizacji gładkiego przebiegu staje Slim, który pała do ofiary miłością od pierwszego wejrzenia…

„Film, w którym wszyscy bez przerwy się pocą…” – tak brzmiał jeden z głównych zarzutów większości recenzentów w momencie premiery. Brzmi zgoła absurdalnie, trochę tak, jakby powiedzieć o obrazie rozgrywającym się na powierzchni Marsa, że „wszyscy noszą w nim skafandry i śmieszne hełmy”. Ale cóż – nikt przecież nie wymaga od krytyka filmowego ani rzetelności, ani błyskotliwej inteligencji. Zwłaszcza gdy ten siedzi w klimatyzowanym nowojorskim kinie z notatnikiem w ręku, obmyślając już uszczypliwości, które zawrze w recenzji. Pozostałe skargi? Postaci zbyt często krzyczą, strzelają do siebie z broni palnej, umierają na ekranie (sic!), itd., itp. A tak poza tym to film jest tanią, melodramatyczną szmirą. Wiecie co ja na to? Bullshit!

Jedyne w czym komentujący mieli rację, to to, że Aldrich zżyna z Bonnie i Clyde (1967) oraz cormanowskiej eksploatacji, z Bloody Mama (1970) na czele. Zżynać to jednak żaden grzech, grunt by robić to umiejętnie i z polotem. A tak się składa, że  The Grissom Gang posiada powyższe cnotliwe przymioty. Przede wszystkim wiernie odmalowuje koloryt czasów: kostiumy, fryzury, scenografia – wszystko to skutecznie przenosi nas, widzów, na zadupie czasów zmierzchu beztroskiej gangsterki spod znaku Ala Capone. Owszem, ludzie się pocą, bo… jest gorąco. Są zapyziali, brudni i brzydcy, bo to wsiowi watażkowie, a nie modele z żurnala. Kiedy z czymś się nie zgadzają, to dają po mordzie, zamiast wpadać w egzystencjalną rozpacz rodem z Bergmana. To portret konkretnego środowiska, nawet jeśli mocno podkoloryzowany i zgoła groteskowy, to wciąż przekonujący i konkretny jak lufa obrzyna tkwiąca w Twoich bebechach.

I tu przechodzimy do aktorstwa, bez którego ten koncept zapewne nie zajechałby dalej niż do najbliższej obory. Cały pierwszy plan i jego okolice to – pardon moi! – pierwsza liga co się zowie: Tony Musante (Incydent [1967], Ptak o kryształowym upierzeniu [1970]) ze swoją aparycją wydaje się być stworzony do grania cwaniaczków i łotrów, broadwayowska weteranka Irene Dailey to prawdziwa wiedźma jako ‚Ma’ Gladys, dobry jest Ralph Waite, aktor znany głównie z telewizji, tutaj przekonujący jako ten najbardziej „ludzki” członek upiornej świty. Kim Darby (Prawdziwe męstwo [1969]) ze swoim maślanym wzrokiem, efektywnie uprawdopodabnia postać bohaterki cierpiącej na efekty „syndromu sztokholmskiego”. Ale i tak, show kradnie im wszystkim Scott Wilson. Jako opóźniony umysłowo socjopata Slim, facet dosłownie rozbija bank, tworząc personę jednocześnie odpychającą, jak i na swój smutny sposób żałosną. To przysłowiowy „wiejski głupek”, w dodatku porządnie zwichrowany na psychice, ale zagrany tak koncertowo, że w trakcie seansu ma się ochotę odstawić owację na stojąco. Wilson debiutował na ekranie cztery lata wcześniej w W upalną noc, by zaraz potem wcielić się w jednego z zabójców w Z zimną krwią (1967) według słynnej powieści Trumana Capote. Po serii kapitalnych występów (m.in. w ekranizacji Wielkiego Gatsby’ego z 1974), ten świetny aktor charakterystyczny został zepchnięty do drugiej ligi. Wystarczy popatrzeć jednak na jego interpretację archetypicznego rednecka, by dostrzec talent do rozsmarowywania konkurencji w drobną miazgę.

Tak oto, z obrazu, o którym przed seansem wiedziałem jeno tyle, że „nie jest zbyt dobry” i „ludzie się w nim pocą” oraz „wrzeszczą”, udało się wykroić nie tyle nawet przyjemne widowisko, co ekstatyczne doznanie. Pokochałem go od pierwszej minuty (kapitalny zabieg z „podwójnym” porwaniem i rozprawą między bandziorami), a potem cały czas modliłem się w duchu, by nie stracił swojego boskiego feelingu. Nie stracił. Posiada bowiem ten charakterystyczny sznyt Nowego Hollywood, epoki kiedy do lamusa odchodziły dawne, skostniałe reguły, dyktowane przez kodeks Haysa, a to, co się rodziło, było wciąż świeże, niezmanierowane, a jednocześnie odznaczało się wysokiej klasy warsztatem. To nie żaden nowofalowy bełkot, ale kino z krwi i kości, ze scenariuszem, operatorem za kamerą, reżyserem u steru i niekoniecznie opatrzoną, acz niezawodną obsadą. Słowem: pierwszorzędny okaz kina szoku przełomu dekad, niesłusznie zapomniany w zalewie takich arcydzieł, jak Dzika banda (1969), Mechaniczna pomarańcza (1971) czy Uwolnienie (1972). Z pozoru tylko biedny kuzyn słynnego obrazu Arthura Penna o morderczych kochankach, ale ten kuzyn ma nóż sprężynowy w garści, wychowały go rozbój i gwałt i Bóg mu świadkiem, że nie pozwoli ci powiedzieć złego słowa o swojej rodzinie. Kawał satysfakcjonującego kina!

Caligula von Kömuda

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

2 Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.