The Green Inferno (2013). Z kamerą wśród ludzi

Share

Eli Roth skoczył na głęboką wodę postanawiając wziąć na warsztat sztandarowe dzieło pewnego nieco zapomnianego już gatunku. Niesławne Cannibal Holocaust (1980) to bowiem dla kina kanibalistycznego niemal to samo, co Przeminęło z wiatrem (1939) dla melodramatu. Opus magnum.

Gdy gruchnęła wieść, że kontrowersyjny twórca dylogii Hostel (2005-2007) postanowił „przerobić” wielki klasyk Ruggero Deodato, fani gatunku zadrżeli. Pojawiły się pytania, czy reżyser znany głównie z mało wymagającego torture porn udźwignie ciężar takiego kina? Co do jednego mogliśmy być pewni: na pewno będzie równie, a może nawet bardziej, krwawo. Ale czy chociaż trochę interesująco? Zacznijmy od początku.

Peruwiańska dżungla zagrożona jest deforestacją. Bezwzględne buldożery wjeżdżają coraz śmielej, wypierając przy okazji lokalnych mieszkańców. Temu procederowi przeciwstawia się grupa ambitnych i odważnych aktywistów z Nowego Jorku, do których dołącza nasza główna bohaterka – Justine (świetna Lorenza Izzo, ktorą mogliśmy oglądać u Rotha także w tegorocznym Knock Knock). Ta córeczka bogatego tatusia wygląda na taką, która nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, w co się pakuje. Mimo wszystko ostatecznie wsiada do samolotu i wraz z niepokornymi przyjaciółmi wyrusza do Peru, aby ocalić skrawek dziewiczej natury. Po udanej misji maszyna, w której znajdują się młodzi Amerykanie, rozbija się w dżungli. Ocaleli z katastrofy trafiają w ręce członków plemienia kanibali. I w tym właśnie momencie zaczyna się oczywiście właściwa część filmu.

Powiedzmy sobie wprost: takiego filmu jak Cannibal Holocaust nie da się już dziś nakręcić. Żadna cenzura nie puściłaby czegoś takiego do kin, nawet z kategorią wiekową „Tylko dla dorosłych”, a nawet żaden reżyser głównego nurtu nie odważyłby się na zabawę z taką ekstremą. Zabijanie zwierząt na planie, czy epatowanie bardzo realistycznymi scenami morderstw, co dla Deodato nie było problemem, dziś dla filmowca byłoby zapewne strzałem w stopę. W dobie poprawności politycznej nikt nie chce się wychylać. Teoretycznie, możemy powiedzieć, bardzo dobrze! W praktyce, dla fanów pierwowzoru, film Eli Rotha może się wydawać jedynie bladym wspomnieniem oryginału, nie dorównując mu poziomem kontrowersji i szoku.

Rothowi trzeba przyznać jedno: nasycił swój film pokaźną dawką gore. Nie są to sceny przełomowe dla miłośników gatunku, którzy z pewnością widzieli dużo więcej. Tak czy siak, jest ich całkiem sporo i ogląda się je z dużą satysfakcją, tym bardziej, że są podszyte olbrzymią dawką typowego dla Rotha czarnego humoru. Co prawda, żarty czasami trafiają jak kulą w płot, jak chociażby wątek z masturbacją utrzymującą przy zdrowych zmysłach, na szczęście jednak częściej są wymierzone idealnie w punkt (szczególnie udanym motywem było naćpanie tubylców marihuaną).

Sama przemoc, w kamerze Rotha często wyrazista i bardzo realistyczna, nie oburza i nie obrzydza jak u Deodato, właśnie dzięki sporej dawce humoru. Jest w tym jakiś sznyt frywolnego i niedorzecznego exploitation sprzed 30-40 lat, któremu reżyser składa hołd, na równi z klasyką włoskiego nurtu kanibalistycznego. To dla jednych może być największa zaleta, dla innych z kolei największa wada filmu, który tak naprawdę niczym nie szokuje.

The Green Inferno to trochę jak popkulturowa odpowiedź na kino kanibalistyczne, która wygładza wszystkie te ostre fragmenty, które kiedyś jakoś przeszły (nie bez problemów, ale jednak), a dziś byłyby już nie do przyjęcia. Roth może i nie szczędzi przykrych dla oka widoków przemocy fizycznej, ale za to prawie całkowicie zrezygnował z nagości i przemocy seksualnej. Ograniczył miejsce akcji jedynie do wioski plemienia pogrążających się w coraz większej ekstazie kanibali. Oprócz jednej sceny, nie widzimy nic więcej z tego jak rozbitkowie muszą poradzić sobie w niebezpiecznej dżungli. A szkoda.

Roth czasami bywa bardzo brutalny i dosadny, żeby potem zaskoczyć grubą ironią. I o ile w trakcie oglądania filmu takie połączenie groteski i horroru sprawia dużą frajdę, tak wraz w rozwiązaniem akcji traci siłę wyrazu. Taki punkt docelowy całej przygody bardzo rozczarowuje. Roth silił się na oryginalność i trochę przedobrzył. Ciekawie budowana intryga w końcówce nieco oklapła.

The Green Inferno nie jest filmem dla gorliwych fanów Deodato. Wyjmuje z klasyki wszystkie najważniejsze aspekty, a także parafrazuje pewien istotny wątek z Zapomnianego świata kanibali (1977), ale przerabia je na współczesną modłę, przez co całość wybrzmiewa co najwyżej letnio. Dziś, co prawda, kino kanibalistyczne nie ma szansy na to, aby odrodzić się w takiej formie, jaką miało w swoich dniach świetności. Żaden twórca, marzący dziś o sukcesie, nie pozwoliłby sobie na taką dawkę okrucieństwa, kontrowersji i przemocy. Dlatego siłą rzeczy współczesne próby zmierzenia się z tą kinematografią naznaczone są piętnem cenzury. Aby podjąć się dzisiaj takiej tematyki trzeba mieć nie tylko wyczucie formy, ale i pomysł, jak taką historię opowiedzieć po raz kolejny, dla całkowicie innej widowni.

Roth nakręcił film inny, mniej kontrowersyjny, mniej wyrazisty, ale na pewno nie przynoszący hańby klasyce gatunku. Czasami może nieporadnie i nie do końca przemyślanie, ale wdzięcznie i z nutką sentymentu składa hołd ciężkiej estetyce, która kilka dekad wcześniej wytaczała nowe tory kinematografii grozy. Roth nie chciał być drugim Deodato, ale z pewnością godnie przypomniał jego osobę współczesnemu widzowi.

Marta Płaza
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Miłośniczka horrorów, gór i kociego futra. Po godzinach marzy o wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.

1 Trackbacks & Pingbacks

  1. Podsumowanie 2015 | Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.