The Final Terror (1983). Wyglądaj i myśl po leśnemu

Share

Nakręconemu w 1981 roku, a wydanemu dwa lata później, The Final Terror bliżej do mrocznych thrillerów survivalowych z lat 70-tych niż produkowanych na fali Piątku 13-tego (1980) slasherów. Choć prosta konstrukcja przywołuje na myśl klasyki kina siekanego, wykorzystane przez Andrew Davis’a (Ścigany [1993]) zabiegi w kwestii budowy postaci i nacisku na poszczególne elementy opowiadanej historii pozwalają postawić jego film obok słynnego Deliverance (1972) czy wciąż niedocenianego Rituals (1977). Tak naprawdę slasherem w czystej formie jest tutaj tylko początek, a w nieco zreformowanej zakończenie. Środkowa część filmu to kino czysto survivalowe w najlepszym wydaniu.

Historia kręci się wokół grupy pracowników leśnych, którzy wraz ze swoimi dziewczynami mają za zadanie wyczyścić koryto leśnego potoku gdzieś w odległych kalifornijskich lasach. O tym, że wycieczka w okolicę Mill Creek to zły pomysł świadczą nie tylko ostrzeżenia nieco zdziwaczałego kierowcy autobusu, lecz także okoliczna legenda, wedle której knieja nawiedzana jest przez zgwałconą tutaj przed laty kobietę opętaną morderczym szałem. Choć pierwsza noc prócz obowiązkowej próbie wystraszenia płci pięknej zaraz po mrożącej krew w żyłach opowieści przy ognisku przebiega spokojnie, tak im dalej w las, tym napięcie rośnie! Lokalna przypowiastka zdaje się mieć w sobie więcej prawdy niż mogło by się wydawać, zwłaszcza kiedy kilku bohaterów znika w tajemniczych okolicznościach, a ich poszukiwania doprowadzają resztę do skrytej w gęstwinie chaty wyglądającej na zamieszkałą.

Tak jak wspomniałem, sam początek zapowiada coś zgoła innego niż finalny produkt. Pomysłowa pułapka, w którą wpada parka przemierzająca knieję na motorze, to jedyna wyróżniająca się egzekucja w filmie, a tych jest dosłownie kilka, wprost przeciwnie do liczby bohaterów. Jednak tam, gdzie większość twórców stawia na liczny i innowacyjny body count, Davis serwuje widzom wyjątkowy, gęsty klimat i poczucie ciągłego zagrożenia, które niczym Łowca
z filmu Predator (1987) czyha na nas pośród drzew. Sam las staje się tutaj bohaterem. Jego pierwotność, majestat i tajemniczość góruje nad przedzierającymi się przezeń bohaterami.

The Final Terror to swego rodzaju alegoria wojenna, w której nie trudno doszukać się odwołań do konfliktu wietnamskiego. Tutaj bohaterowie, choć w założeniu stereotypowi dla gatunku, łamią klisze uciekając od wręcz kreskówkowego przerysowania ku surowemu realizmowi. Sam scenariusz zdaje się oszczędzać postacie, które w innych slasherach poszłyby pod nóż. Grupa pod dowództwem Zoircha (John Friedrich) zaczyna stosować się do jego słów „Jeśli chcecie przeżyć, musicie wyglądać i myśleć po leśnemu”, co w konsekwencji prowadzi do odwrócenia ról zwierzyny i myśliwego. Wśród młodych, nikomu nie znanych acz dających jak najbardziej radę aktorów, znaleźli się Rachel Ward (gwiazda serialu Ptaki Ciernistych Krzewów [1983]), Daryl Hannah (dziś znana głównie z Kill Bill [2003-2004]) czy w końcu Joe Pantoliano (Matrix [1999]).

Polująca na młodzież postać stanowi jeden z największych autów filmu wydanego u nas pod nazwą Krwawy biwak. Zamiast osiłka w masce torującego sobie drogę maczetą, mamy mordercę doskonale wręcz odnajdującego się w scenerii swojego terenu łowów. Szczególne wrażenie robi scena, w której bohaterowie przepływają pontonem obok gruzowiska, z którego po chwili wyłania się zakamuflowany morderca. Jego charakteryzacja sprawia, że widz skanuje wzrokiem każdy kadr drugiego czy trzeciego planu w celu dostrzeżenia nieustannie obserwującego zagrożenia.

The Final Terror to także wspaniałe zdjęcia autorstwa Andrew Davis’a (Patrol [2005]). Kamera wręcz upaja się majestatem pierwotnej puszczy, wszystkimi jej kolorami i charakterami. I choć ujęcia w większości nie są inwazyjne, prócz fajnej perspektywy w finale, idealnie oddają duszny, ciasny klimat zaszczucia naszych bohaterów w zielonym piekle. Niestety, ekipa nie poradziła sobie w sekwencjach nocnych, które toną w mroku tak gęstym, że widz nie raz na wiarę będzie brał to, co dzieje się na ekranie.

Ostatecznie film Andrew Davis’a niesłusznie został pogrzebany przez tonę innych, bardziej konwencjonalnych i odpowiednich swoim czasom thrillerów wiadomego rdzaju. Choć produkcji tej brakuje kilku mocniejszych sekwencji podkręcających dramatyczny ton historii, a sam skrypt jest na tyle prosty, że prócz kilku ciekawych i angażujących momentów, trudno wycisnąć z niego więcej, gdzieś tam kryje się przypowieść o matczynej miłości, determinacji i pierwotności. Jednakowoż twórcy wolą trzymać widza za gardło zdając się mu wmawiać: „To jest przetrwanie, dostosujesz się albo zginiesz. Tutaj nie ma miejsca na szukanie puenty”.

Oskar Dziki
Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.