The Bronx Warriors Trilogy (1982-3). Barbarzyńcy przyszłości

Myśląc o włoskim kinie gatunkowym lat 80-tych można dojść do prostego wniosku, że największy wpływ na jego ukształtowanie miały cztery tytuły: Mad Max, Wojownicy (oba z 1979) oraz Mad Max 2 i Ucieczka z Nowego Jorku (oba z 1981). Każdy z tych filmów – choć w zupełnie innym obiektywie – przedstawił destrukcyjną przyszłość i zupełny upadek cywilizacji. Wykreowały one świat, w którym granica między prawem a anarchią uległa korozji. Dla tej fatalistycznej wizji idealnym tłem był Nowy Jork. Miasto, które w latach 70-tych stało się areną wielu brutalnych przestępstw, zostało naznaczone przez prasę mianem martwego. Wielkie Jabłko przez wiele osób spoza jego granic postrzegane było jako swego rodzaju pustkowie opanowane przez bezprawie. Wielu twórcom kina spodobała się ta koncepcja, a zwłaszcza tym, których od Nowego Jorku dzielił Ocean Atlantycki. Mianowicie Włochom.

Ze wszystkich włoskich filmów post-apokaliptycznych – a uwierzcie mi, jest ich sporo – tak naprawdę tylko garstka znacząco wyróżnia się z tłumu. W zasadzie oprócz 2019 – After the Fall of New York (1983) Sergio Martino, jedynie luźna trylogia Enzo G. Castellariego odbiła się szerokim echem w świecie B-klasowej popkultury. Choć filmy te, tj. 1990: The Bronx Warriors (1982), Escape from the Bronx i The New Barbarians (oba 1983), fabularnie niewiele łączy, tematyczne podobieństwo pozwoliło nadać im miano „trylogii wojowników Bronxu”.

Fabuła pierwszego z tychże tytułów prezentuje się następująco. Jest rok 1990, przestępczość w wiadomej nowojorskiej dzielnicy osiąga poziom krytyczny. Bez kontroli aparatu państwowego porzucony samemu sobie dystrykt stał się areną walk o wpływy różnych syndykatów. Wszystkie frakcje żyją jednak pod jarzmem dyktatury samozwańczego króla Bronxu, Ogra (Fred Williamson). Pomimo widocznego braku poczucia wspólnoty, zdaje się on trzymać pieczę nad pogrążonym w anarchii społeczeństwem. Do czasu, aż córka przewodniczącego Manhattan Corporation, bezdusznej korporacji przyszłości, zapragnie uciec od wygód życia klasy wyższej. Kiedy znajdzie się w Bronxie, trafi pod skrzydła Trasha (Marco Di Gregorio), lidera motocyklowego gangu The Riders, na który wkrótce zaczną polować wysłannicy syndykatu, wywołując w okolicy prawdziwą wojnę domową.

Choć Castellari przyznaje jasno, że na jego filmy miał wpływ konkretny nurt, nie można nazwać ich bezczelnymi klonami czy plagiatami. Od pierwszych scen 1990: The Bronx Warriors czuć charakterystyczny styl prowadzenia kamery przez Enzo. Włosi naprawdę wiedzą, jak przykleić widza do ekranu już z poziomu samej czołówki. I właśnie otwarcie tego filmu należy do tych najbardziej pomysłowych! Już od samego początku dane nam jest posmakować tego, czym film będzie raczył nas przez resztę seansu. Skóra, ćwieki, noże i pięści – to cały batalion ekscytujących obrazów. Wizualny okrzyk bojowy, który określa styl całego filmu. Pulpowej opowieści o walce futurystycznych gangów.

Reżyser z uporem maniaka kreśli nam przejaskrawioną rzeczywistość swoich bohaterów. Potrafi on znakomicie wykorzystać zrujnowaną dzielnicę, by pokazać świat pod butem wręcz faszystowskiej władzy wielkich korporacji. I, co najważniejsze, ta dystopia wydaje się naprawdę żywa! Podobnie jak George Lucas w swoich Gwiezdnych Wojnach (1977), Castellari nie sili się na wyjaśnianie wszystkich elementów świata przedstawionego. Nawet, jeśli zachowują one logiczny sens, twórca po prostu nam ich nie rozwija. Widz zatem zostaje zaproszony do zabawy, dopowiadając sobie co, gdzie i dlaczego. Ujeżdżający motocykle Raidersi, The Tigers czy Hokejarze Zombie emanują wystarczającą aurą wizualnego dziwactwa. Definiowanie ich natury nie wymaga zagłębienia się w historię.

Mimo że oficjalną gwiazdą filmu jest romantyczny Trash, to rządzący okolicą Fred Williamson i wcielający się w rolę krwiożerczego najemnika Vic Morrow kradną całe show. Aparycja obu tych aktorów sprawia, że sceny, które gdzieś indziej wypadłyby żenująco śmiesznie, tutaj wyglądają na zupełnie szczere.

Kolejny film, Escape from the Bronx, rozpoczyna się w punkcie, w którym kończy się część pierwsza. Gangi zostały spacyfikowane i zepchnięte do podziemia. Zamieszkujące Bronx rodziny zmuszone są do natychmiastowej ewakuacji z obietnicą zamieszkania na nowo powstałym osiedlu w Nowym Meksyku. Gdy większość rodzin nie zgadza się na opuszczenie swoich domów, Manhattan Corporation zatrudnia Floyda Wranglera, prawdziwego specjalistę od ludobójstwa o twarzy Henry’ego Silvy. Jego ofiarą padają rodzice Trasha…

Ogólnie rzecz biorąc, Escape from the Bronx jest raczej próbą poprawienia tego, co nie do końca zagrało w poprzednim filmie. Po pierwsze, muzyka Francesco De Masi jest tutaj naprawdę fantastyczna, nadając całości odpowiednio wybuchowy charakter. Po drugie, Castellari dowodzi, że jest mistrzem wykorzystywania techniki slow-motion. Podobnie jak u Sama Peckinpaha, sceny brutalnej przemocy nagrane na zwolnionej taśmie skutkują prawdziwą symfonią zniszczenia. Po trzecie, nawał okrutnej przemocy czyni tą część znacznie bardziej ponurą.

Oba filmy niosą ze sobą dość jasne przesłanie polityczne. Pomijając oczywistą krytykę systemów totalitarnych oraz oddawania władzy w ręce wielkich korporacji, Castellari zdaje się rozumieć problem gentryfikacji. Brutalne pozbywanie się obywateli, by zastąpić ich domostwa luksusowymi apartamentami lub biurowcami, to wciąż problem wielu Nowojorczyków z klasy niższej.

Największe zmiany dosięgnęły trzeci film cyklu, The New Barbarians. Ta „czarna owca” trylogii jest najbliżej tego, co możemy nazywać klonem Mad Maxa. Jednak Castellari jest zbyt kompetentnym twórcą i w jego filmie znajdziemy wciąż całą masę rzeczy, których na próżno szukać nawet we współczesnej popkulturze! Historia The New Barbarians jest dużo luźniejsza niż poprzednio, opierając się bardziej na ustalonych już dawno schematach. Film opowiada o Skorpionie (Giancarlo Prete), samotniku przemierzającym podnoszące się po nuklearnej hekatombie pustynie. Będzie on musiał nawiązać współpracę z Nadirem (Fred Williamson) w walce z nihilistycznym gangiem, którego celem jest dokończenie holokaustu…

To, co najbardziej rzuca się w oczy, to fakt, że reżyser zmuszony był do pracy przy dużo mniejszym budżecie niż poprzednio. Większość filmu nakręcona jest na włoskich bezdrożach, z daleka od serca Nowego Jorku. Walki pomiędzy śmiercionośnymi samochodami przyszłości (a tak naprawdę wózkami golfowymi ozdobionymi tekturą) prędzej wprowadzą nas raczej w stan litościwego zażenowania niż jakiejkolwiek ekscytacji. Jednak przy ekranie trzyma nas niezwykła dynamika filmu. W rytm syntezatorowych brzmień, Castellari raczy nasze oczy popisami kaskaderskimi na rowerach, hektolitrami kreskówkowej wręcz krwi oraz eksplozjami miniaturowych modeli! Znajdziemy również scenę, w której główny bohater zostaje brutalnie zgwałcony w stylu sado-maso przez postać George’a Eastmana…

Imponujący dorobek filmowy Castellariego oczywiście nie zamyka się tylko na tych trzech obrazach (wszakże za jego najważniejszy film powszechnie uchodzi spaghetti western Keoma (1976)). Jednak The Bronx Warriors Trilogy stanowi zarówno pewne zwieńczenie epoki, w której włoskie kino gatunkowe osiągało szczyty popularności, jak i wejście twórcy w kolejną, już nie tak owocną dla niego, dekadę. Jest coś ekscytującego w oglądaniu tych zapomnianych, osobliwych i często ignorowanych przez główny nurt obrazów. I choć omawiane tutaj filmy doczekały się pomnika w postaci edycji blu-ray wydanej przez Blue-Underground, tak wiele z pozostałych produkcji tego typu ciągle czeka na należyty im rozgłos!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.