The Baby (1973). Z miłości do patologii

Stwierdzenie, że film Teda Posta jest jednym z najbardziej szalonych obrazów lat 70., byłoby sporym niedopowiedzeniem. I mówiąc „szalony”, nie mam tutaj na myśli tych wszystkich dziwacznych produkcji, w których logika wymyka się tylnymi drzwiami, lecz historię mogącą równie dobrze wydarzyć się w naszym sąsiedztwie. Jednak uwierzcie mi, nie chcielibyście być nawet jej świadkiami! Samo nazwisko reżysera, który współtworzył choćby takie telewizyjne hity, jak Strefa mroku (1959-1964) czy Columbo (1968-1978), gwarantowało satysfakcjonujący, rzemieślniczy produkt. Choć tak naprawdę reżyseria filmu schodzi na drugi plan, bo jego esencja tkwi w wyjętym spod pióra Abe’a Polsky’ego scenariuszu.

Ann Gentry (Anjanette Comer) jest pracownikiem socjalnym działającym na terenie Los Angeles, której przydzielona zostaje rodzina Wadsworth. Ową familię tworzy zbiór naprawdę dziwnych i niepokojących postaci. Dominująca matka (Ruth Roman), wyuzdana Alba (Susanne Zenor), podejrzanie sympatyczna Germaine (Marianna Hill) oraz tytułowy Baby (David Mooney). Ten ostatni to niedorozwinięty 21-latek, noszący pieluchy i gaworzący niczym niemowlę. Między Ann a Babym szybko wytwarza się specyficzna więź, przez którą kobieta coraz częściej odwiedza robiące za sporadyczną melinę domostwo.

The Baby od samego początku wzbudza w widzu dość niekomfortowe poczucie niepokoju, by stopniowo zanurzać się w coraz to mętniejszych tonach szaleństwa. Aż do szokującego finału, który skutecznie wyrwie nas z naszej strefy komfortu oraz którego nie będę Wam przybliżać z wiadomych względów. Uwierzcie jednak na słowo, po seansie będziecie już wiedzieć, dlaczego podobny film nigdy nie powstałby dzisiaj, bynajmniej nie w głównym nurcie.

Film Posta po brzegi wypełniony jest przemocą o mocnym charakterze seksualnym, co może szybko odrzucić co mniej wytrzymałych widzów. Sceny, w których Baby torturowany jest psychicznie oraz fizycznie, ku uciesze swojej zwyrodniałej rodzinki, są naprawdę mocne i dosadne. Praktycznie każda postać, mniej lub bardziej, kryje w sobie jakieś wyuzdane skrzywienie. Oczywiście ten natłok różnych dewiacji składa się w głównej mierze na ciężki klimat produkcji. A widz skręca się w fotelu domyślając się, co czeka go dalej!

Duża tutaj zasługa również bardzo dobrej gry aktorskiej. I choć wszyscy grający tutaj wypadają równie świetnie, najbardziej w pamięć zapada oczywiście David Mooney. Jest odpowiednio niepokojący, jak i frustrująco bezbronny. Widz co prawda czuje się niekomfortowo, oglądając dorosłego faceta łkającego w dziecinnym łóżeczku, jednak nie sposób oderwać wzroku od tego ekscentrycznego popisu aktorskiego. Mooney jest przy tym całkowicie wiarygodny jako (bardzo) opóźniony w rozwoju mężczyzna – od wydawanych przez siebie dźwięków po wyrazy twarzy czy ogólną mowę (a może gaworzenie?) ciała.

Ciekawostką jest, że w zremasterowanej wersji The Baby, wydanej na Blu-ray przez Arrow Video, pod łkającego Mooneya podłożono płacz prawdziwego niemowlaka! Chociaż chciałbym obejrzeć film z oryginalną ścieżką dźwiękową, muszę przyznać, że zabieg ten wprowadza jeżący włos na głowie dysonans.

Również pojawiają się później walka między Wadsworthami a Ann jest bardzo wciągająca, a unosząca się wszędzie aura tajemnicy każe nam śledzić ekranowe wydarzenia od początku do samego końca. Groteskowe wręcz próby udowodnienia przez matronę swoich praw do opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem na przemian śmieszą i irytują. I nie można jej odmówić tego, że w przerwach między zabawianiem się z różnymi menelami czy zalewaniem się wódą, obdarza swojego syna dość pokręconą miłością!

Cała ta zdegenerowana rodzinka to fascynujące studium przypadku ukrytej w podmiejskiej idylli skłonności do zwyrodnienia. Kontrast między dobrze ułożoną wewnątrz, jak i z zewnątrz Ann a psychodelicznym, inspirowanym gotykiem domostwem jest najlepiej widoczny w mocno improwizowanej scenie urodzin Baby’ego. Ta obowiązkowa dla post-Mansonowego kina eksploatacji sekwencja, oblana kwasowymi kolorami i mocno hipisowskimi wibracjami, to wręcz jakiś fetyszystyczny triumf matriarchatu.

Ale czy The Baby można nazwać czystej krwi horrorem? Nie zapominajmy, że w pierwszej połowie lat 70. świat ujrzał takie dzieła, jak Teksańska masakra piłą mechaniczną (1974) czy Egzorcysta (1973). Film Teda Posta pod względem koncepcyjnym bliższy jest jednak starej formule „zwariowanego domu pełnego dziwactw”. W praktyce produkcja ta zaczepiona jest w wytartych już wówczas schematach i przerabia je na coś naprawdę niesamowitego.

Bo z pozoru film wygląda jak niczym niewyróżniający się obraz z telewizyjnej ramówki. Choć dzisiaj trudno dokopać się do jakichkolwiek informacji na temat budżetu The Baby, domyślić się możemy, że ten nie był za wysoki. Jednak ograniczone fundusze nic nie odejmują produkcji, a psioczyć możemy jedynie w dość oszczędnym w (oczekiwane) epatowanie brutalnością finale.

Wyobraźmy sobie teraz czysto hipotetyczną sytuację. Jesteś obywatelem Stanów Zjednoczonych lat 70.  i późną nocą przewijasz kolejne kanały swojej kablówki. Nagle trafiasz na The Baby. No ok, jest jakieś domostwo, rodzina z problemami, pracownica lokalnego ośrodka pomocy społecznej. Wiemy dokładnie, co może, a co nie może się wydarzyć. Fajne tło do odpłynięcia w sen? I wtedy wpełza on, w pieluszce i na czworaka piszcząc jak dziecko. Idziesz spać czy jednak chcesz się dowiedzieć, jak zakończy się ten elektryzujący seans?

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.