The Apple (1980). Seks grupowy w pojedynkę

Cannon Films zostało założone w 1967 roku. Początkowo specjalizowali się w importowaniu na amerykański rynek szwedzkiej erotyki. Pod koniec lat 70. firma wpadła w poważne problemy finansowe, co skłoniło właścicieli do sprzedania spółki za kwotę 500 tysięcy dolarów dwójce biznesmenów z Izraela. Menahem Golan i Yoram Globus już na wstępie wypracowali stosowny model biznesowy: sukces zapewnić miało im kręcone masowo i przy niskich nakładach środków kino klasy B. Golan, niespełniony filmowiec, miał jednak znacznie większe ambicje. W 1979 zainteresował się realizacją musicalu, którego szkic przedstawił mu producent muzyczny Coby Recht. Osadzona w realiach przemysłu muzycznego, rzecz miała eksplorować antyutopijne wątki rodem z orwellowskiego Roku 1984. Jednak Golan gruntownie przerobił historię, dodając wyraźne odwołania biblijne, gdyż zgodnie z jego założeniem miała być to przypowieść o konflikcie dobra i zła, tyle że ubrana w fatałaszki dyskotekowej gorączki, jak wówczas owładnęła świat.

Zdjęcia rozpoczęły się we wrześniu 1979 w Berlinie Zachodnim. Początkowo oszacowany na 4 miliony dolarów, budżet szybko wzrósł do 10 milionów. Ekstrawagancje zakładały między innymi realizację rozbudowanego prologu, w trakcie którego widzowie poznawaliby akt stworzenia świata oraz kręcenie sekwencji tanecznych z użyciem laserów (które potem trafiły do księgi rekordów Guinnessa!). Zawarte na ścieżce dźwiękowej piosenki reprezentowały spektrum stylistyczne od folku, poprzez reggae, po disco. W zamyśle samego Golana, który projekt traktował priorytetowo i sam podjął się reżyserii, The Apple miało zapewnić jemu i jego firmie wejście na hollywoodzkie salony. Stało się jednak zupełnie inaczej: podczas premierowego pokazu na festiwalu w Montrealu film został wygwizdany przez publiczność, która rzucała w ekran rozdawanymi przed wejściem płytami winylowymi z muzyką z obrazu. Twórca wspominał później, że po tak druzgocącym reakcji widowni na poważnie rozważał skok z hotelowego balkonu. Zwyczajnie nie potrafił pojąć braku zrozumienia dla jego wizji…

Zmiażdżony przez krytykę, The Apple nigdy nie doczekał się rehabilitacji i do dziś uznawany jest za jeden z najgorszych filmów w dziejach. Prawdą jest że krzykliwa maniera pozycji to kwintesencja kiczu. Zdaniem niektórych, całe przedsięwzięcie to jedynie cyniczna próba zdyskontowania kultowego statusu The Rocky Horror Picture Show (1975), z całą campową otoczką i glamrockowym sznytem. Tego typu opinie można jednak włożyć między bajki, bowiem jeżeli filmowi izraelskiego finansisty blisko już do jakiegokolwiek innego musicalu, to będzie to zapewne Tommy (1975) Kena Russella z jego mesjanistycznym rozpasaniem.

Bezbrzeżnie naiwny, może nawet grafomański, koncept Globusa mimo wszystko ujmuje prostotą przekazu, zestawiającego ze sobą zepsucie świata showbusinessu z czystością pasji i ideałów. Na jednej szali mamy szatańskiego właściciela koncernu muzycznego (demoniczny Władek Scheybal, aktor na Zachodzie znany głównie z ról agentów zza Żelaznej Kurtyny), na drugiej – hipisowską komunę dowodzoną przez poczciwego, brodatego proroka. Odwołania do Biblii wręcz „walą po oczach”: w świecie przyszłości wszyscy obywatele zmuszeni są do noszenia w widocznym miejscu „znaku bestii”, będący odpowiednikiem Adama bohater odmawia spożycia diabelskiego jabłka, a na koniec z niebios zstępuje niejaki „pan Topps” (Joss Ackland), po to by zabrać swych „wiernych” do lepszego świata.

Siermiężna wykładnia obrazu zakładała również wstęp z udziałem dinozaurów i żywych zwierząt, w którym wspomniany Topps wyciosałby z kamienia Alphie’go (George Gilmour), głównego protagonistę opowieści. Z użycia nakręconego kosztem miliona dolarów (co, przypomnijmy, stanowiło 1/10 całego budżetu) materiału, zrezygnowano na etapie montażu, co podyktowane było względami racjonalnymi (chodziło – paradoksalnie – o przystępność dla przeciętnego widza). Bez cienia wątpliwości The Apple to rzadki okaz celuloidowego dziwactwa, kuriozum i orgia złego smaku. Seans przypomina seks grupowy uprawiany w samotności. Brzmi to może mało atrakcyjnie, ale okazuje się, że może dostarczyć nie lada przyjemności. Dysonans między moralizującą wymową a panującym na ekranie wizualno-dźwiękowym rozpasaniem zapewnia niepowtarzalne doznania zmysłowe. Bezlitośni krytycy filmu najwyraźniej nie zauważyli, że twórcy wzięli sobie bardzo mocno do serca maksymę Cecila B. de Mille’a „sto minut rozpusty, pięć minut pokuty”.

Szalone, infantylne, niezdyscyplinowane, wreszcie – ostentacyjnie obciachowe. Takie jest Jabłko. Guilty pleasure co się zowie. To amerykański mainstream oczami imigranta, który na tym etapie nie do końca jeszcze pojmuje zasady rządzące rynkiem, działa instynktownie i nieporadnie. Ujmę jednak rzecz w możliwie najprostszy sposób: jeśli ktoś zachwyca się The Rocky Horror Picture Show, a odrzuci The Apple jako rozwrzeszczaną tandetę, ten z pewnością jest najzwyklejszym pozerem. Bo kto ratuje jeden nieprawdopodobnie zły film od zapomnienia, to jakby je wszystkie uratował. Panie Globus, śpieszę zawiadomić, że pańskie wysiłki zostały docenione przez jednego odbiorcę!

P.S. Tak, pisząc powyższe słowa, słucham namiętnie soundtracku z filmu. SUE ME!

Caligula von Kömuda

Raczej kinofil, niż kinoman. Nie pamięta kiedy zaczęła się jego przygoda z kinem, bo najwyraźniej nastąpiło to nim zyskał świadomość. Jest za to wystarczająco stary, by pamiętać czasy, gdy w osiedlowej wypożyczalni kaset video taśmy w kartonowych opakowaniach były opisywane ręcznie. Wierzy, że CGI to narzędzie szatana, stworzone po to, by zniszczyć magię X muzy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.