Szambogłos: Verotika (2019)

Glenn Danzig to jest gość. Charyzmatyczny muzyk i wokalista o bardzo charakterystycznym głosie, twórca horror-punku, który tak zakochał się w mocach piekielnych, że z czasem przerzucił się na scenę metalową, gdzie (początkowo) tworzył zacną hybrydę metalu, hard rocka i bluesa; właściciel potężnego bicepsa o obwodzie 666 cm, za sprawą którego, jak wieść gminna niesie, niejednokrotnie pokonywał w siłowaniu się na rękę samego szatana. W nagrodę zawsze żądał uwielbienia, zwłaszcza ze strony atletycznych mężczyzn o długich włosach, którzy dobrze wyglądaliby jako jego tło, oraz odpowiednio cycatych piękności, które lubił w wolnych chwilach rysować na marginesach swojego pamiętnika i które zawsze byłyby gotowe dać mu ciumka lub nawet dwa. Niestety, wraz z wiekiem przyszło sflaczenie mięśni, zaskakujące osłabienie głosu i ogólne otępienie (prawdopodobnie rezultat jakiegoś podstępu władcy piekieł). Choć napakowani faceci i biuściaste kobieciny ciągle stanowią jego otoczenie, on sam jest dziś ledwie cieniem samego siebie. Mimo to nie poddaje się. Jako odwieczny fan celuloidowego horroru, sci-fi i exploitation (ogromna większość jego tekstów napisanych jeszcze dla kultowych Misfits to jeden wielki wyraz pulpowej kinofilii), po kolejnych muzycznych niewypałach postanowił wreszcie spróbować swoich sił w kinie. Jak na właściciela sporej wielkości ego przystało, postanowił zacząć od zaadaptowania swoich własnych komiksów (które – definiowane nawałem seksu i przemocy – wydaje pod szyldem Verotik już od 1994 roku). Rezultat jest – cóż – jedyny w swoim rodzaju. Ale potrafi przynieść względnie dużo frajdy w złym guście. O czym z wielką radością piszemy dla Was w nowym odcinku Wielogłosu, specjalnie dla Glenna przemianowanym na Szambogłos. Zapraszamy do lektury!

Marcin Zembrzuski


Caligula von Kömuda

Pamiętacie wideoklip do utworu Mother? Stylowy, brawurowo nawiązujący do estetyki klasycznych horrorów, z seksownym tańcem w wydaniu blondwłosej modelki, trafiający w punkt, a przy tym ewidentnie niskobudżetowy. Cóż, w Verotice nie uświadczymy nic z prowokacyjnej, a zarazem subtelnej siły tego klawego teledysku. Ale po kolei… Nie ukrywam, że całym projektem byłem zajarany już w momencie, gdy dotarły do mnie wieści, iż Glenn Danzig zadebiutuje na stanowisku reżysera. Antologia grozy oparta na komiksach z jego stajni – to brzmiało co najmniej intrygująco. A gdy pojawiły się pierwsze opinie po pokazach festiwalowych – już wiedziałem, że to będzie petarda! No i petarda jest, choć niekoniecznie w takim sensie, jak niektórzy mogliby sądzić. Bo Verotika to podręcznikowy przykład tego, jak filmów kręcić nie należy. Tragiczne zdjęcia, montaż, dźwięk który nagrywano chyba w kiblu, wreszcie aktorstwo na poziomie albańskiego pornosa – wszystko woła o pomstę do czeluści piekielnych. Ba! Tutaj nawet scenariusz nawala, choć w teorii poszczególne historie mają potencjał. Weźmy pierwszą z brzegu nowelę, w której kobieta z wydatnym biustem ma nie lada kłopot z nawiązywaniem intymnych relacji. Mianowicie jej piersi zamiast w sutki wyposażone zostały w… parę oczu. Rozgoryczona niewiasta przypadkowo powołuje do życia mściciela, człeko-pająka który lubuje się w skręcaniu ludziom karków. Odjechany, surrealistyczny koncept, który w odpowiednich rękach mógłby być perełką absurdu i groteski. Nic z tego jednak! W ujęciu dawnego lidera Misfits to po prostu dziecinna fanaberia, w której próżno szukać drugiego dna, w dodatku nakręcona na cyfrówce wypożyczonej z lombardu. Kolejne segmenty nie przynoszą zmiany stanu rzeczy. Danzig zadbał należycie o to, aby jego twór wyzuty był z tempa, napięcia, klimatu oraz sensu. Całość wygląda de facto jak dzieło nastolatka, którego jedyne lektury to krwawe komiksy i świerszczyki. Grunt, żeby było makabrycznie i cycków nie zabrakło. „Tak zły, że aż dobry”, powie jeden z drugim, ale przyznam szczerze, że i w tej kwestii mogą być kontrowersje. Miejscami wcale nie jest bowiem do śmiechu, bo np. słuchanie przez pół godziny topornego francuskiego akcentu w wydaniu biuściastej aktoreczki z kaczym dziobem zamiast ust wystawia cierpliwość widza na próbę. Po prawdzie rzecz jest na równi niezamierzenie komiczna, co żenująca. Nie ulega jednak wątpliwości, że ma spore szanse stać się kultowym klasykiem, który będzie święcił triumfy podczas tzw. midnight screenings. Zresztą sam Danzig wydaje się być z takiego obrotu spraw zadowolony i najprawdopodobniej sam już zaczął wierzyć, że celowo nakręcił gniota, by dostarczyć ludziom frajdy. Jedno jest pewne: Verotika nie pozostawia obojętnym i dla miłośników prawdziwie złego kina to absolutny mus. Jeśli ktoś byłby w stanie wywołać rumieniec zażenowania u Eda Wooda, to z pewnością tą osobą jest właśnie Glenn!


Piotr Kuszyński

Szkoda mi Glenna. Facet swego czasu serwował słuchaczom naprawdę doskonałe płyty, czy to pod szyldem Misfits, bardziej eksperymentalnego Samhain, czy też solo. Z czasem jednak jego gwiazda zaczęła mocno przyćmiewać (choć gigantyczne ego nadal pozostało takie samo), a on sam zaczął nagrywać coraz gorsze (zarówno pod względem kompozycyjnym, jak i brzmieniowym) płyty. Dziś facet nie ma większego znaczenia na scenie muzycznej, choć najwyraźniej jego nazwisko nadal jest swego rodzaju marką, bo gdy tylko ogłosił, że zabiera się za kręcenie horrorów, znowu był na językach wielu z nas. Nie ulega wątpliwości, że samo to, iż Verotika zbiera spore zainteresowanie internetowej prasy, jest zasługą jego persony i faktu, że ów persona wydała na świat srogiego kupsztala. I rzeczywiście, w filmie Danziga nie ma żadnego elementu, który choćby w najmniejszym stopniu trzymałby się kupy. Wszystko zostało tu zjawiskowo położone, od aktorstwa, po oświetlenie, ujęcia, czy nawet udźwiękowienie. Glenn Danzig nie tylko nie ma najmniejszego pojęcia o tworzeniu filmu (co mnie akurat szczególnie nie dziwi), ale i najwyraźniej nie miał przy sobie nikogo, kto by mógł go nieco nakierować w dobrym kierunku. (Tylko czy Glenn byłby w stanie kogokolwiek posłuchać? Wątpliwe!) Co to wszystko oznacza dla widzów? Rozbrajająca jest nie tylko absurdalna wręcz nieporadność całości, ale i zawartość fabularna. Mamy tutaj do czynienia z antologią filmową składającą się z trzech krótkich (co zdecydowanie działa na korzyść całego przedsięwzięcia) i mocno naznaczonych makabreską historyjek. Ogląda się to zarówno z dużą dawką niedowierzania, całą masą cringe’u, jak i mnóstwem funu, przez co Verotika doskonale sprawdza się jako kino imprezowe. Niestety, pomimo całej swojej kuriozalności, brakuje tutaj naprawdę pamiętnych scen, czy też choćby mocnych one-linerów, przez co film ma naprawdę niewielki “rewatch value”. Jak okazało się w moim przypadku, już podczas drugiego seansu cały urok Verotiki gdzieś prysnął, jej nieporadność przestała zadziwiać, a ja musiałem męczyć się z po prostu bardzo złym filmem.


Marta Płaza

Jeszcze przed premierą nazywana „The Room (2003) kina grozy”, za kamerą mająca, debiutującego w roli reżysera kontrowersyjnego muzyka sceny punkowej i metalowej, Verotika praktycznie od samego początku skazana była na „sukces” jako najbardziej kuriozalne dzieło w historii współczesnej kinematografii. Dzisiaj możemy powiedzieć to głośno: Tommy Wiseau ma godnego przeciwnika w walce o miano najgorszego reżysera XXI wieku. Film Glenna Danziga to antologia złożona z trzech  historii (porno)grozy, które pierwotnie ukazały się na papierze dzięki jego wydawnictwu Verotik, słynącemu z komiksowych historii dla dorosłych. Pretekstowe fabuły, w nagrodę za brak logiki naspzikowane seksem, cyckami z oczami (Ken Russell byłby dumny!), przemocą, scenami gore (szczególnie ostatni segment o seksualnej drapieżnicy Drakuji to popis możliwości Danziga!), gumowymi potworami i aktorstwem prosto z pornoli (Dajette!!) dają w efekcie rozrywkę, o której nie śniło się nawet najtwardszym wyjadaczom  filmowego kampu. Od pierwszej do ostatniej minuty mamy do czynienia z wdzięcznym festiwalem tandety, który za nic ma wytyczne filmowej dramaturgii, stawiając na pierwszym miejscu nie jakość, a radość z obcowania z bezwstydnym, ale i jakże wdzięcznym kinem klasy Z. Nie dajcie sobie wmówić, że jest coś złego w jaraniu się historią o wielkim, albinoskim, gumowym Człowieku Pająku, czy żeńskiej wersji Drakuli (i danzigowej odpowiedzi na Elżbietę Batory) polującej na dziewice. Glenn Danzing nie zna litości, nie bierze jeńców i swoją wielką miłość do komiksów, horrorów i kina pornograficznego, bez żadnego samokrytycyzmu, zaszczepia w widzach. Musicie trzymać się mocno, bo Verotika ma do zaoferowania sporo diamentów. Wątki zupełnie od czapy (dlaczego po Los Angeles biegają policjanci stylizowani na francuskich żandarmów?), efekty najwspanialsze z najgorszych (potwór z pierwszej części może przyprawić o szybsze bicie serca fanów Goro z Mortal Kombat (1995)) oraz całą paradę absurdalnych postaci, których historie to zbiór nagości, przypadkowych scen i idiotycznych dialogów. Jedno jest jednak pewne: jeżeli nie potraficie znieść Glenna, kiedy jest najgorszy, to cholernie pewne, że nie zasługujecie na niego, kiedy jest najlepszy! Tym bardziej, że kolejne spotkanie majaczy już na horyzoncie. Twórca ma bowiem w planach kolejny film, tym razem „spaghetti western” z Dannym Trejo i Eli Rothem na planie!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.