Superhero, my ass!

Superbohaterowie to dzisiaj ukochane dzieci filmowego mainstreamu. Olbrzymie budżety, popularne hollywoodzkie nazwiska i rzesze fanów tłumnie zasypujące kina sprawiły, że fantastyczne obrazy o herosach skutecznie zepchnęły na boczny tor standardowe kino akcji. A przecież nie zawsze tak było. Raptem kilka dekad wcześniej jedynymi dużymi i naprawdę popularnymi filmami były te o Supermanie i Batmanie, podczas gdy reszta z nich okazywała się komercyjnymi porażkami lub podpadała pod tak zwane “kino drugiej kategorii”. Z tego też powodu Kinomisja (wspierana przez Janka Sławińskiego vel Anonimowego Grzybiarza, Kajetana Kusinę z Kusi na Kulturę oraz Kamila Rogińskiego z Drugged by Movies) postanowiła przyjrzeć się bliżej temu tematowi i jego historii. Muszę przyznać, że z dość zaskakującym dla mnie rezultatem. Przeczytacie bowiem zarówno o komiksowych adaptacjach, jak i czysto autorskich projektach, o filmach tworzonych ze śmiertelną powagą oraz tych absolutnie niepoważnych, o tych bardzo fajnych i tych beznadziejnych; od zapomnianych hollywoodzkich obrazów, przez włoską pulpę i B-klasowe hity z VHS-owych półek, po mikrobudżetowe adaptacje kultowych tytułów. Zapraszamy do lektury!

Powyższy kadr pochodzi z kostiumowej przymiarki do niezrealizowanego Superman Lives z Nicolasem Cagem w roli głównej. Ah, co to mógł być za film!

Piotr Kuszyński


1951 – Superman and the Mole Men (reż. Lee Sholem) – Caligula von Kömuda

Pierwszy film kinowy o Człowieku ze Stali (a zarazem pierwszy ze stajni DC – wcześniej bohaterowie wydawnictwa pojawiali się na dużym ekranie jedynie w tzw. serialach kinowych studia Columbia, które emitowane były w odcinkach przed główną atrakcją seansu) służyć miał przede wszystkim jako rodzaj „sondy” wśród widowni przed premierą serialu Adventures of Superman (1952-1958). Clark Kent (George Reeves) i Lois Lane (Phyllis Coates) przyjeżdżają do małego miasteczka Silsby, aby napisać reportaż o znajdującym się w jego obrębie najgłębszym szybie naftowym. Nocą z odwiertu wychodzą dwie humanoidalne istoty i zaczynają eksplorować okolicę. Wkrótce w spokojnej dotąd mieścinie wybucha panika związana z tajemniczymi „ludźmi-kretami”. Pomoc Supermana okazuje się nieodzowna… Obraz Lee Sholema to typowy produkt czasów zimnowojennej paranoi: tytułowi przybysze uosabiają lęk przed „komunistyczną zarazą”, która owocuje nieufnością i nietolerancją. Rozwścieczony tłum gotów jest dokonać linczu na karłowatych i zgoła nieszkodliwych (jeśli pominąć fakt, że są silnie napromieniowane) istotach. Siłę rozjemczą stanowi rzecz jasna światły Kryptończyk, a w pouczającym finale obcy ukrywają się z powrotem w swym podziemnym świecie, świadomi faktu, że koegzystencja między dwiema tak różnymi rasami jest niemożliwa. Przekaz wbijany do głowy łopatą, niemniej Superman and the Mole Men posiada swój indywidualny szyk i archaiczny czar. W odróżnieniu od bijącego rekordy popularności cyklu na szklany ekran, jedyny fabularny film z Reevesem w trykocie praktycznie całkowicie pozbawiony jest elementów humorystycznych (za które w serialu odpowiedzialni będą nieobecni tutaj Jimmy Olsen i Perry White), blisko mu za to do ponuractwa i fatalizmu kina science-fiction całej dekady. Nie ma tutaj również żadnych odwołań do genezy herosa, co nie dziwi zważywszy na niski budżet i skromny czas trwania (niespełna godzina). W rok później film po skróceniu i podzieleniu na dwie połowy wszedł w skład serialu (pod zmienionym tytułem The Unknown People) jako dwa finałowe epizody pierwszego sezonu.


1966 – Batman zbawia świat (reż. Leslie H. Martinson) – Caligula von Kömuda

Flashback #1: Wspinający się po przytwierdzonej do helikoptera drabince Batman zostaje zaatakowany przez wygłodniałego rekina, który uczepia się jego nogi. Na szczęście Człowiek-Nietoperz ma przy sobie przygotowany specjalnie na tego typu przypadki „odstraszacz rekinów”. Sytuacja uratowana! Flashback #2: kwartet złoczyńców przygotowujący się do swego misternego planu siania zniszczenia, wsiada na latające parasole i mknie po nieboskłonie niczym Zła Czarownica z Zachodu na swej miotle. Mistrzowie Zbrodni cieszą się przy tym jak głupi do sera. Flashback #3: Batman próbuje się pozbyć bomby, która za chwilę ma wybuchnąć. Niestety, na każdym kroku napotyka na bezbronnych cywilów: raz będzie to kobieta z dzieckiem w wózku, kiedy indziej – defilująca orkiestra, a nawet… niewinne kaczuszki. W ostatniej chwili bohater wrzuca bombę do oceanu, ratując przechodniów przed niechybną śmiercią, co komentuje we właściwy sobie sposób: „Some days you just can’t rid of the bomb!”… Batman: The Movie to przedłużenie bijącego rekordy popularności serialu telewizyjnego (film trafił na ekrany w dwa miesiące po zakończeniu emisji pierwszego sezonu) i powstał głównie w celu inwazji na rynki poza Stanami. Podobnie jak w przypadku cyklu, twórcy postawili na absurdalny humor i popartową oprawę, tworząc cudnie campową mieszankę wybuchową. Niektórzy uznają zarówno film kinowy, jak i serial za parodię komiksów o superbohaterach, inni jednak przytomnie wskazują na fakt, iż w latach 60. zamaskowany obrońca Gotham nie miał nic wspólnego z dekadenckim Mrocznym Rycerzem z komiksów Franka Millera, ani też z gotycką wizją z filmów Tima Burtona. Obraz Leslie H. Martinsona można więc śmiało uznać za perfekcyjny celuloidowy ekwiwalent ówczesnych serii komiksowych dla młodzieży, z bajecznie kolorową oprawą i obowiązkowymi wizualizacjami dźwięków towarzyszących scenom akcji. Wychowana na nolanowskim pseudorealiźmie młodzież zapewne tego nie pojmie, niemniej Adam West i Burt Ward przez ponad dwie dekady byli tymi „jedynymi prawdziwymi” odtwórcami postaci Batmana i Robina, podobnie jak nikt nie był w stanie sobie wyobrazić lepszego Jokera, niż ten w interpretacji Cesara Romero. Arcydzieło kiczu? Przewrotna satyra na szaloną dekadę przemian społecznych? Frywolna żonglerka gatunkowymi schematami? Niezależnie od wybranej opcji, wpływ Batmana made in sixties na popkulturę jest trudny do przecenienia, podobnie jak trudno podważać zasługi Elvisa czy Beatlesów dla rozwoju muzyki popularnej.


1966 – Kriminal (reż. Umberto Lenzi) – Wongo
W latach 60. włoscy filmowcy sięgnęli po rodzime fumetti neri – niegrzeczne „czarne komiksy” dla dorosłych, opiewające występki rozmaitych arcy-złoczyńców. Pod względem stylistycznym – i często również fabularnym – inspirowane nimi filmy stały dość blisko rozwijanego mniej więcej w tym samym okresie spionaggio, jednak w istocie stanowiły osobne i mocno efemeryczne zjawisko. Produkcje te nigdy nie przerodziły się w płynące potężnym nurtem filone – jak giallo, spaghetti western czy poliziottesco – niemej, oprócz najlepiej dziś kojarzonego Diabolika (1968), pojawiło się wówczas jeszcze parę innych adaptacji. Wyreżyserowany przez Umberto Lenziego Kriminal wprawdzie nie dorównuje wizualną oprawą późniejszemu o dwa lata dziełu Maria Bavy (wszak pod tym względem mało kto mógł doścignąć owego Grande Maestro), niemniej również potrafi dostarczyć całkiem godziwej rozrywki. Właściwy klimat definiuje już zmontowana ze stop-klatek i komiksowych plansz czołówka z muzyką Romano Mussoliniego (z tych Mussolinich – najmłodszy syn Duce!). Intryga rozpoczyna się w Londynie, gdzie dosłownie spod stryczka umyka posługujący się tytułowym pseudonimem niebezpieczny złodziej. Ucieczka okazuje się być akcją zaaranżowaną przez policyjne służby, próbujące dotrzeć w ślad za zbiegiem do zrabowanych przezeń brytyjskich insygniów królewskich (sic!). Jednak Kriminal szybko wystrychnie łapsów na dudka i już wkrótce zaangażuje się w kradzież kolejnych drogocennych klejnotów… W główną rolę wcielił się Glenn Saxon (vel Roel Bos, rodem z Niderlandów), w tym samym roku zaliczający występ u Alberto De Martino w Django strzela pierwszy (1966). I można pokusić się o stwierdzenie, że aktorsko wypadł lepiej, niż cokolwiek drewniany John Phillip Law w Diaboliku. Grany przez niego antybohater w „cywilu” jawi się jako typ szarmanckiego łajdaka z blond czupryną, zaś pod osłoną zmroku przywdziewa charakterystyczny, żółto-czarny kostium w kościotrupim wzorze, by dopuszczać się zuchwałych włamań i innych niegodziwości. Umberto Lenzi, zanim dał się poznać jako twórca nihilistycznych i brutalnych poliziotteschi z lat 70., celował w lżejszy, stylowo podany repertuar. I taki też jest Kriminal. To lekkie i urokliwe kino rozrywkowe. Miejscami pachnące glamourem jego gialli z Caroll Baker (tutaj Helga Liné w podwójnej roli – i dzięki zdjęciom trikowym nawet podwojona w kadrze), to znów zaskakujące pomysłowymi fortelami i popisami kaskaderskimi; do tego sfilmowane w nader atrakcyjnych lokacjach – m.in. w lubianym przez twórców spionnagio Istambule. O sukcesie produkcji niech świadczy powstała w 1968 roku kontynuacja zatytułowana Il marchio di Kriminal, z tą samą wiodącą obsadą, jednak już bez Lenziego za sterami.

1968 – Superargo and the Faceless Giants (reż. Paolo Bianchini) – Wongo

Włoskie kino komiksowe to nie tylko ekranizacje fumetti neri. Jeszcze na długo przed premierą The Pumaman (1980) Alberto De Martino, stanowiącego makaroniarską próbę odcięcia kuponów od Supermana (1978) Richarda Donnera, powstawały tam filmy bliższe amerykańskiej tradycji obrazkowych opowieści o szlachetnych superherosach, niż europejskiej szkole opiewającej rozmaitych fantomaso-podobnych arcy-przestępców. W ramach przykładu można wymienić takie totalnie dziś zapominane tytuły, jak Flashman (1967) Mino Loya czy Argoman the Fantastic Superman (1967) Sergio Grieco. Superargo and the Faceless Giants w reżyserii znanego ze spag-westów Paolo Bianchiniego dodatkowo sporo czerpnie z meksykańskich filmów o zamaskowanym zapaśniku znanym jako El Santo. Grany przez Giovanniego Cianfriglię tytułowy bohater to były wrestler, który po zakończeniu kariery zapragnął walczyć ze złem. A ponieważ uznał, że czerwony kostium, w którym niegdyś występował na ringu, przynosił mu szczęście, więc postanowił go zatrzymać i paraduje w nim na co dzień (nawet we własnym mieszkaniu nie zdejmując fikuśnego trykotu i czarnej maski). To jedna z nielicznych głównych ról w karierze tego aktora, zazwyczaj etatowego drugoplanowca (m.in. Strach nad miastem (1975) Henri’ego Verneuila oraz różnogatunkowa włoszczyzna) i paradoksalnie ani razu nie pokazuje tutaj twarzy. W jego hinduskiego pomocnika Kamira wcielił się inny weteran drugiego planu, Aldo Sambrell. Kamir jest mistykiem posiadającym moc telekinezy i lewitacji, co rodzi kilka zdumiewających, psychodelicznych sekwencji. Wspólnie tworzą duet przywodzący na myśl Batmana i Robina (oczywiście spod znaku Adama Westa), a  chwilami wręcz inspektora Clouseau i Cato. Ich przeciwnikiem będzie pewien szalony naukowiec (Guy Madison, mega gwiazda macaroni combat), porywający najzdolniejszych sportowców, aby tworzyć z nich armię bezwolnych robotów. Co prawda „gigantycznych” tylko w angielskim tytule, niemniej tworzone przez niego humanoidy wyglądają wprost fantastycznie – niczym wychudzony owoc grzesznego związku Teletubisia z Przybyszem z Matplanety. I za każdym razem, gdy tylko pojawiają się na ekranie, wnoszą potężny ładunek campu. A że wydają się być przy tym nieomal niezniszczalni (nie groźne im przekłucie włócznią, ni koła samochodu), sprawiają zaprawdę zdumiewający widok. Może się z nim równać tylko obraz rzeszy oswobodzonych sportowców, w dresach niczym enerdowska reprezentacja olimpijska, biegnących w szeregu za Superargo, aby spuścić robotom finałowy wpierdol. Powiedzmy sobie szczerze: nakręcić festiwalowego smęta o niewidomym, transseksualnym pastuszku kontemplującym dotykiem piękno pestki wiśni to potrafiłby byle uczeń Krzysztofa Zanusiego. Zrealizować doskonałe kino campowe, które ani przez chwilę nie nudzi, ani też w żadnym momencie nie zaczyna męczyć chaosem lub przesytem atrakcji, to już wyższa szkoła jazdy. Paolo Bianchiniemu ta sztuka udała się znakomicie!


1973 – 3 Dev Adam (reż. T. Fikret Uçak) – Jan Sławiński
Tureckie rip-offy (niskobudżetowe zrzynki z hollywoodzkich blockbusterow, spośród których najpopularniejsza jest chyba tamtejsza wersja Gwiezdnych Wojen (1977)) to fascynujący temat, któremu można byłoby poświęcić osobny artykuł. Oglądając je, trudno oprzeć się wrażeniu, że obcuje się z jakąś alternatywną i zupełnie szaloną historią kina. Przykładem, który dobrze obrazuje ten fenomen, jest film 3 Giant Men (1973, reż. T. Fikret Uçak). Oto na ekranie spotykają się ikony amerykańskiego komiksu – Kapitan Ameryka i Spider-Man – a galerii sław dopełnia meksykański zapaśnik Santo. Historia, jak i występujący w niej bohaterowie, mało mają wspólnego ze swoim komiksowym rodowodem – z prostej przyczyny, twórcy filmu nigdy nie mieli w rękach amerykańskich zeszytów o superbohaterach. Wzięli więc postaci z komiksów Marvela, o których najprawdopodobniej jedynie słyszeli, i wykorzystali je do opowiedzenia zupełnie oryginalnej (to chyba najbardziej odpowiednie słowo) historii. Dość powiedzieć, że akcja filmu dzieje się w Stambule, Kapitan nie korzysta ze swojej tarczy, a Spider-Man jest tu pozbawionym pajęczych mocy przywódcą gangu, zaś wśród jego ulubionej broni znajdują się pistolety, nóż sprężynowy i… świnki morskie. To oczywiście tylko część atrakcji, którą dla widzów przygotowali twórcy zupełnie nie przejmując się psychologiczną wiarygodnością postaci czy tym, by w fabule występowały związki przyczynowo-skutkowe. O pozostałych walorach produkcji będziecie się musieli przekonać na własne oczy (i na własną odpowiedzialność). Jak wspomniałem na początku, alternatywna historia kina rodem z Turcji to intrygująca sprawa. A teraz wyobraźcie sobie tamtejszą wersję Marvel Cinematic Universe. Nie musicie dziękować.

1974 – Shadowman (reż. Georges Franju) – Wongo

Autor Krwi bestii (1949) i Oczu bez twarzy (1960) to niekoniecznie spodziewany gość w niniejszej wyliczance, niemniej temat zamaskowanych „rycerzy sprawiedliwości” oraz barwnych super-złoczyńców bynajmniej nie był Georges’owi Franju obcy. W przypadku tego francuskiego mistrza mieliśmy do czynienia z wysmakowanymi pastiszami hołdującymi filmowej twórczości Louisa Feuillade’a i wykreowanym przezeń proto-komiksowym bohaterom z początku XX wieku. Po czarno-białym, poetycko-nostalgicznym Judexie (1963), przywracającym na ekrany owego szlachetnego obrońcę sprawiedliwości, przyszła kolej na przebiegłego łotra inspirowanego najsłynniejszą ze stworzonych przez Feuillade’a postaci, czyli Fantômasem. Od razu wyjaśnijmy, że Shadowman to tytuł eksportowy. W oryginalnej francuskiej wersji (a tylko taką należy oglądać!) nie pojawia się podobny pseudonim, zaś ów enigmatyczny szwarccharakter określany jest mianem „Człowieka bez twarzy” (L’homme sans visage). Co brzmi i pasuje tutaj o niebo lepiej! Fabuła to urocza niedorzeczność obracająca się wokół zaginionego skarbu Templariuszy. A na ten polują spadkobiercy legendarnego zakonu zamierzający dokonać zemsty po wiekach, jak również potomek pewnego zamordowanego badacza i kluczowy dla opowieści zamaskowany mistrz zbrodni (Jacques Champreux), którego twarzy nigdy nie poznamy, bowiem ukrywa ją pod bordową kominiarką albo przemyślną charakteryzacją upodobniającą go do przeróżnych osób (w tym poczciwej staruszki!). No i jest jeszcze niestrudzony komisarz Sorbier (w tej roli wyborny Gert Fröbe, najbardziej dziś pamiętany jako bondowski przeciwnik z Goldfingera (1964) Guya Hamiltona). Namnożenie postaci, pomysłów oraz cokolwiek „epizodyczna” narracja zdradzają, że to film kinowy wykrojony z obszernego materiału zrealizowanego przez Franju z myślą o telewizyjnym mini-serialu Człowiek bez twarzy (1975). Czegóż tu nie ma! Są sekretne spotkania zakapturzonych zakonników w podziemnych katakumbach, zombie-podobni pomagierzy (poruszający się lunatycznym krokiem osobnicy o monstrualnie podkrążonych oczach), taksówka prowadzona przez sztucznego szofera (vide: Pamięć absolutna (1990) Paula Verhoevena) i nawet nieoficjalna inkarnacja Catwoman (amerykańska rudowłosa piękność Gayle Hunnicutt). Do niej należy jeden z najbardziej urzekających momentów filmu – pięknie wycyzelowana scena dachowych „podchodów” z nastrojową giallo-kołysanką w tle. Bowiem mimo fabularnej uber-pulpowości to rzecz podana w wyrafinowany, można by powiedzieć bardzo „europejski” sposób, często dość ascetyczna, z wieloma fragmentami pozbawionymi muzyki i dialogów. Doskonała sekwencja ekwilibrystycznego rabunku popełnionego w pędzącym pociągu (zamaskowany antybohater przemieszcza się po jego burtach przy użyciu przyczepionych elektromagnesów) to nie jedyny fragment, w którym Shadowman prezentuje się niczym Diabolik (1968) wyreżyserowany przez Jean-Pierre’a Melville’a.


1978 – Spider-Man Strikes Back (reż. Ran Satlof) – Caligula von Kömuda

Za sprawą wysokobudżetowego Supermana (1978) w reżyserii Richarda Donnera, lata 70. można uznać za przełomowe dla kina superbohaterskiego – wraz z narodzinami Kina Nowej Przygody Hollywood w końcu otworzyło się na komiksowe historie. Wciąż jednak hit z Christopherem Reeve’m był wyjątkiem od reguły, jako że większość ekranizacji serii od DC i Marvela trafiała na mały ekran (to drugie wydawnictwo na swój kinowy debiut czekać musiało do 1986 roku, kiedy to premierę miał zmiażdżony przez krytykę i wzgardzony przez publikę Kaczor Howard). Tak było chociażby w przypadku Wonder Woman, Shazama!, Hulka czy Spider-Mana. Ten ostatni w 1977 roku doczekał się aktorskiego serialu emitowanego na antenie CBS (co ciekawe, w tym samym czasie własną, opartą na licencji Marvela wersję Człowieka-Pająka mieli również Japończycy). W ślad za pełnometrażowym pilotem kolejne dwa spośród odcinków cyklu zmontowane zostały w film zatytułowany Spider-Man Strikes Back, który wyświetlano w kinach w Europie. Podobnie jak w papierowym pierwowzorze, Peter Parker (Nicholas Hammond) jest młodym, aspirującym reporterem, który po zetknięciu z napromieniowanym pająkiem zyskał nadludzkie umiejętności. Kiedy jeden z wykładowców na Uniwersytecie Nowego Jorku sprowadza na uczelnię pluton, trójka jego studentów postanawia „dla żartu” udowodnić, jak łatwo w dzisiejszych czasach skonstruować bombę atomową. Wynikami ich prac szybko zaczyna się interesować pewien miliarder-terrorysta… Jak nietrudno się domyślić, Spider-Man AD 1978 to komiksowy heros w wydaniu „budżetowym”, a użyte przy produkcji triki zdążyły się mocno zestarzeć. Wspinaczki po drapaczach chmur zrealizowane z użyciem blue boxa wywołują dziś uśmiech politowania, a nasz poczciwy bohater po przebraniu się w kostium pająka zaczyna ruszać się jak rachityczny ninja (ewentualnie jak kitowcy z Power Rangers). To jednak, czego twórcy nie byli w tamtych czasach w stanie przedstawić w sposób wiarygodny, nadrabiają solidnie skonstruowaną fabułą, która – pomimo wszelkich naiwności i uproszczeń – wciąż wciąga i przynosi masę bezpretensjonalnej frajdy. Dość powiedzieć, że dla wielu osób wychowanych na przełomie lat 80 i 90. możliwość podziwiania Spider-Mana w takim „biednym” wydaniu była nieocenionym doświadczeniem – swego czasu wszystkie trzy filmy z jego udziałem były rarytasami z półek wypożyczalni VHS.


1987 – Superman IV (reż. Sidney J. Furie) – Caligula von Kömuda
W założeniu miał to być zupełnie inny film. Po niespecjalnie udanej, bardziej komediowej „trójce”, producenci Alexander i Ilya Salkind podjęli decyzję o odsprzedaniu praw do postaci Supermana wytwórni Cannon Films. Christopher Reeve z entuzjazmem jeszcze raz wskoczył na pokład, forsując poważniejszy ton i silne wyeksponowanie kwestii potencjalnego konfliktu nuklearnego. Wszelkie ambicje zostały ucięte wraz z drastycznym ograniczeniem budżetu przez duet Golan-Globus, którzy od lat konsekwentnie wcielali w życie swoją politykę „szybko i tanio”. Czwarta część przygód Człowieka ze Stali bynajmniej nie miała być wyjątkiem od tej reguły. Pomimo więc powrotu kluczowych dla cyklu postaci (Gene Hackman jako Lex Luthor, Margot Kidder w roli Lois Lane, Jackie Cooper jako Perry White), postał B-klasowy potworek, który na dobre dwie dekady pogrzebał filmową karierę najpopularniejszego spośród komiksowych herosów. Ograniczenia finansowe odbiły się głównie na scenariuszu i efektach specjalnych. Podwieszani na linkach (których nawet nie starano się wymazać w postprodukcji) aktorzy wykonują podniebne harce z użyciem słabej jakości technologii blue box. Ciskający piorunami Nuclear Man wydaje z siebie lwie porykiwania, wywołując nie tyle grozę, co salwy śmiechu. Zdecydowanie nie pomaga również fakt, iż na etapie montażu wyrzucono do kosza około 45 minut nakręconego materiału, przez co historia pełna jest dziur fabularnych i niekonsekwencji. Efektem obraz przez niektórych określany mianem jednego z najgorszych filmów w historii kina. Wiecie jednak co? Ja naprawdę szczerze lubię tego gniota – ba! zaraz po pierwszej części jest to prawdopodobnie moja ulubiona odsłona serii. Bezwstydna zabawa, pełna bezrefleksyjnej rozpierduchy, czerstwych gagów (za których większość odpowiedzialna jest postać bratanka Luthora, odtwarzana przez Jona Cryera, późniejszą gwiazdę serialu Dwóch i pół (2013-2015)), wrzuconego od niechcenia patosu i idiotycznych linii dialogowych. Tak właśnie powinno się robić kino superbohaterskie – bez spiny i wielkich nakładów kasowych, za to z komiksowym przymrużeniem oka!

1988 – The Incredible Hulk Returns (reż. Nicholas Corea) – Caligula von Kömuda

Emitowany w latach 1978-1982 na antenie stacji CBS The Incredible Hulk był ogromnym hitem wśród małoletniej widowni. Zgodnie z założeniem serialu, główny bohater (twórcy zastąpili Bruce’a Davidem) znajdował się w ciągłym ruchu, wciąż narażony na to, że jego sekret zostanie pewnego dnia odkryty. Epizodyczna struktura (każdy odcinek opowiada inną historię i rozgrywa się w innym miejscu) w połączeniu ze sprawnie dawkowanym dydaktyzmem przełożyły się na popularność cyklu, który doskonale eksploatował sprawdzoną formułę telewizyjnej rozrywki z epoki, gdy szklany ekran stał wartościami rodzinnymi i cynizmu nie tolerował. Sentyment do postaci w tym konkretnym wydaniu był na tyle duży, że w sześć lat po zakończeniu piątego, ostatniego sezonu Hulk powrócił w pełnometrażowym filmie zrealizowanym na potrzeby małego ekranu przez New World Television. Doktor Banner (powracający w tej roli, obdarzony szczerym spojrzeniem zbitego psa Bill Bixby) zdołał się w końcu ustatkować u boku ukochanej, lecz wciąż ukrywa przed światem tożsamość, jednocześnie szukając sposobu na pozbycie się swego alter ego raz na zawsze. Dzięki umiejętnemu kontrolowaniu napadów gniewu, naukowiec skutecznie trzyma w ryzach swe „zielone wcielenie”, jednak i to nie trwa wiecznie. Pewnego dnia w jego życiu zjawia się jego dawny student, który ma dlań pewną niezwykłą „niespodziankę”… The Incredible Hulk Returns powiela schemat znany z serialu (na drodze bohatera stanąć muszą rzecz jasna pewni źli ludzie, których pokonać może jedynie niezniszczalny Hulk), jednak tym razem zdecydowano się na pewne urozmaicenie w postaci regularnego cross-overu ze stajni Marvela. Gdy w pewnym momencie niczym dżin z lampy (dosłownie!) wyskakuje Thor, poziom frajdy zostaje automatycznie podwojony. Lou Ferrigno pręży muskuły jak przed laty, a towarzyszący mu w roli skazanego na banicję wojownika z Walhallii Eric Kramer wnosi do akcji dawkę jakże potrzebnego luzu i (głupawego zgoła, ale co tam…) humoru. Thor w interpretacji twórców (dla których była to zresztą przymiarka do serialu, który ostatecznie nigdy nie powstał) to wesoły rozrabiaka, dla którego w życiu liczą się tylko trzy rzeczy: rozróba, piwo i kobiety. Oczywiście, dla współczesnego widza brak CGI, ograniczenie u herosów nadludzkich mocy czy infantylna narracja będą czymś niemożliwym do zaakceptowania, jednak odbiorca zmęczony blockbusterowym terrorem wielkich wytwórni znajdzie w trakcie seansu wytchnienie: zero nadęcia, zero patosu, powiewających flag i zbawiania świata, żadnego „ciacha” z opery mydlanej, tylko zabawa w starym, zgrzebnym stylu.


1989 – The Punisher (reż. Mark Goldblatt) – Piotr Kuszyński
Za młodu strasznie mnie ciągnęło do tego filmu. Dolph Lungren z groźną miną, ubrany w skórzaną kurtkę, z karabinem w dłoni i na motocyklu. Oto kwintesencja męskości w oczach ośmiolatka! O tym, że mięśniak z plakatu ma nie tylko rodowód komiksowy, ale i po raz pierwszy pojawił się na łamach przygód o Spider-manie dowiedziałem się już nieco później, choć jego pochodzenie nie ma tutaj aż tak wielkiego znaczenia. W końcu Punisher to wkurwiony typ z krwi i kości, którego przygody łatwo przełożyć na standardowe kino akcji z lat 80. i wczesnych 90. Ot, półtora godziny niezobowiązującej rozwałki ze średniej półki, którą łyknie bez popity każdy fan spoconych mięśniaków z tej epoki. Bez zbędnego silenia się na udawaną głębię, z wrzuceniem widza w środek akcji i z ograniczonym do minimum backstory. Jedyne, czego dowiadujemy się o głównym bohaterze, to tego, że stracił rodzinę i teraz wymierza sprawiedliwość na własną rękę. Tylko tyle i aż tyle, bo wcale nie potrzebujemy półgodzinnego aktu pokazującego życie Franka Castle’a zanim stał się Punisherem, ani tego, że kiedyś był spoko kolesiem, tylko tragedia go zniszczyła. To wszystko jesteśmy w stanie stwierdzić po wyrazie twarzy głównego bohatera. Lundgren, choć jest wielkim aktorskim drewnem, został idealnie dopasowany do roli i totalnie kupuję to, że jest napędzaną przez nienawiść maszyną do zabijania, która nie ma już niczego do stracenia. Mrok w filmie leje się gęstym potokiem i nie bez znaczenia są tu odpowiednio dobrane scenerie. Punisher skrywa się w kanałach, a zbrodniarzy tropi nocą w mrocznych zaułkach, czy w okolicach portu, co jest dla tej postaci idealnym otoczeniem. Nadal ogląda się to rewelacyjnie i nie dajcie sobie wmówić, że później zrobiono Punishera dużo lepiej. 

1989 – Toksyczny mściciel 2 (reż. Michael Herz, Lloyd Kaufmann) – Piotr Kuszyński

Jeżeli pisać o tematyce superhero na łamach takiego magazynu, jak Kinomisja, to wstydem byłoby pominąć wytwórnię Troma i ich słynnego Toksycznego mściciela (1984). Historia powstania tytułowego bohatera, który pod wpływem toksycznych chemikaliów uzyskał nie tylko nadludzką siłę ale i przy okazji paskudną facjatę w rozbrajający sposób wyśmiewała superbohaterskie klisze. Toxie, bo tak ochrzczono naszego herosa, szybko urósł do rangi postaci kultowej, z dumą reprezentując wytwórnię jako ich maskotka. Doczekał się także kilku kontynuacji, serialu animowanego dla najmłodszych oraz własnej linii figurek. Te najlepsze i najbardziej uznane przygody Toxiego przypadły mu, co prawda,  w jego pierwszym filmie, jednak muszę przyznać, że szczególną słabość mam do części drugiej, która stawała na głowie, by zapewnić fanom kina w złym (a może najlepszym?) guście jak największą ilość głupawej frajdy pełnej absurdalnego poczucia humoru i niesmacznych efektów specjalnych. I faktycznie, Toksyczny mściciel 2 zdaje się być filmem jeszcze bardziej powykręcanym, niż jego poprzednik, choć niestety nieco mniej równym i momentami nieco przynudzającym. Wciąż jednak jest to obraz godny polecenia, choćby ze względu na naprawdę zabawne i wymyślne sceny walk, w szczególności te, w których Toxie okłada Japończyków zdechłymi rybami! To po prostu trzeba zobaczyć.


1990 – Człowiek ciemności (reż. Sam Raimi) – Piotr Kuszyński

Wieść niesie, że pomysł na Darkmana powstał w głowie Sama Raimiego wskutek wielkiej chęci reżysera do stworzenia kina superbohaterskiego. Początkowo twórca Martwego Zła (1981) pragnął pozyskać licencje na przygody Batmana oraz Shadowa, lecz po kilku odmowach postanowił pójść autorską drogą i stworzyć swojego własnego herosa. Powołał więc do życia Peytona Westlake’a, genialnego naukowca, który pracował nad sztuczną, realistycznie wyglądającą skórą będącą zbawieniem dla, chociażby ofiar poparzeń. Gdy sam zostaje okrutnie okaleczony na skutek ataku gangsterów, poprzysięga zemstę tym, którzy zniszczyli mu życie. Człowiek ciemności to dość osobliwy twór, który jedną nogą stąpa po terenach typowych dla superbohaterszczyzny, a drugą zahacza o staroszkolne horrory Universalu (z Upiorem z opery (1925) na czele). W efekcie otrzymujemy kino pełne kontrastów, gdzie mrok i powaga przeplatają się z campem i czystą zabawą tworząc na zmianę dojrzałą pulpę i zwykłe festyniarstwo. W sumie nic dziwnego, biorąc pod uwagę postać reżysera i jego umiłowanie do wariackiego wręcz wachlowania gatunkami i nastrojami. W kolejnej dekadzie Raimi w końcu ziścił swoje marzenie o stricte komiksowej adaptacji, pod postacią trylogii o Spidermanie, która na dobre wybiła go do świata mainstreamu. To jednak Człowiek ciemności jest jego najlepszym obrazem tego rodzaju.


1990 – Kapitan Ameryka (reż. Albert Pyun) – Marcin Zembrzuski

W latach 80. szefowie Marvela niemal desperacko pragnęli zawładnąć Hollywood. Zaowocowało to przeprowadzką Stana Lee z Nowego Jorku do Los Angeles i sprzedawaniem praw do ich tytułów komu się tylko dało. I tak w 1984 prawa do adaptacji Kapitana Ameryki zakupiło kultowe dziś Cannon Films, jednak ciągłe przerabianie scenariusza i doprowadzenie do produkcji miało zająć pół dekady. W międzyczasie studio zaliczyło zaś spore komercyjne wtopy w postaci Supermana IV oraz Władców wszechświata (1987) i w końcu się rozpadło. Jego szefowie Menahem Golan i Yoram Globus założyli wkróce osobne firmy. Golan, wtedy już właściciel 21st Century Film Corporation, przejął prawa do Kapitana Ameryki, lecz nie miał zbyt wiele pieniędzy na jego realizację (początkowy budżet 6 mln USD jeszcze się konsekwentnie kurczył). Do pospiesznej reżyserskiej roboty zatrudnił Alberta Pyuna, który miał już na koncie niemało B-klasowych tytułów dla Cannona, żeby tylko wymienić znakomitego Cyborga (1989). Realizowany głównie na terenie odpowiednio taniej Jugosławii, Kapitan Ameryka powszechnie uważany jest jednak za jeden z najgorszych filmów superbohaterskich. I całkiem słusznie. Przyjrzyjmy się jednak temu, co ma do zaoferowania, a są to: nikomu nieznany, pociesznie prezentujący się Matt Sallinger jako tytułowy bohater zamiast przymierzanych również do tej roli Vala Kilmera, Dolpha Lundgrena i Arnolda Schwarzennegera; niemające większego sensu, ale ciekawe zmiany względem pierwowzoru, jak np. uczynienie arcyłotra Red Skulla włoskim faszystą i szybka rezygnacja z jego charakterystycznej czerwonej facjaty, gdyż poddaje się operacjom plastycznym; marginalizacja motywu superhero i zbliżenie opowieści do kina szpiegowskiego; Kapitan Ameryka jako średnio efektywny heros, który względnie szybko dostaje po dupie; Kapitan Ameryka unikający chodzenia w swoim kostiumie; Kapitan Ameryka kradnący samochody swoich przyjaciół; Kapitan Ameryka uciekający na rowerze. Wszystko jest w jakimś stopniu nieudolne, głupie i dziecinnie naiwne, ale też bezpretensjonalne i dynamiczne. W zasadzie to wręcz niedorzecznie dynamiczne, gdyż to ekspresowym tempem montażu próbowano uczynić sceny akcji możliwie najmocniejszymi i maskować niedostatki budżetu. Nie do końca więc dziwi, że planowana na 50-lecie powstania komiksu premiera kinowa została anulowana, a film ujrzał światło dziennie dopiero w 1992 roku, na rynku VHS (i w wersji zmontowanej wbrew wizji Pyuna). Czy warto po niego sięgać? Niekoniecznie. Ale można. Kup piwo, zamów pizzę, zaproś znajomych i baw się dobrze.


1994 – Fantastyczna czwórka (reż. Oley Sassone) – Marcin Zembrzuski

W 1986 roku niemiecki producent Bernd Eichinger zakupił od Stana Lee i spółki prawa do adaptacji Fantastycznej Czwórki, lecz przez lata nie mógł przekonać żadnego z hollywoodzkich studiów do wyłożenia pieniędzy na jej realizację. W jego umowie był zaś warunek, że jeśli nie zacznie zdjęć do końca 1992 roku, straci prawa. W ostatniej chwili skontaktował się z legendarnym Rogerem Cormanem, aby ten wyprodukował mu film za ledwie 1 mln USD. Corman zatrudnił niezbyt doświadczonego w pełnometrażowych fabułach reżysera nazwiskiem Oley Sassone i razem błyskawicznie stworzyli wierną adaptację. Rzecz w tym, że kiedy zbliżała się premiera filmu – reklamowanego już plakatami, zwiastunami i spotami telewizyjnymi – do drzwi Cormana ponownie zapukał Eichinger, aby zapłacić mu kolejny milion, przejąć wszelkie prawa do gotowego obrazu, anulować jego premierę i zniszczyć jego wszystkie kopie. Jak się okazało, Niemiec potrzebował tylko swoistej atrapy, aby jego umowa z Marvelem nie straciła ważności i móc dalej próbować przekonać do adaptacji jakieś hollywoodzkie studio. W końcu dopiął swego i to dwukrotnie, efektem czego bezlitośnie mierne obrazy z 2005 i 2007 roku, o których dziś już nikt za bardzo nie pamięta. Tymczasem wersja z 1994 roku, którą jakaś dobra duszyczka ocaliła wypuszczając jej pirackie kopie na rynek VHS (podkreślmy, że oficjalnie ten film do dziś nie miał swojej premiery!), żyje i ma się nieźle. No, powiedzmy. Jest to oczywiście festiwal dziecinnego campu, choć uroczego i potrafiącego w paru miejscach zaskoczyć. Np. gdy do akcji wkracza zamieszkujący kanały Mole Man (z jakiegoś powodu przemianowany na Jubilera), film, wraz ze swoją cyrko-podobną wówczas muzyką i groteskowym drugim planem, zaczyna klimatem przypominać Burtonowskie Batmany (1989, 1992)! Całość to jednak bardziej taki komiksowy cukierek, oczywiście zapakowany w tyleż pstrokaty, co badziewny papierek (zwłaszcza efekty specjalne wołają o pomstę do nieba), ale też długo skupiający się bardziej na postaciach niż samej akcji. To zaś przynosi dużo patetycznego melodramatyzmu. Oraz śmiechu. Niemniej, w samym finale opowieść wybucha wielką rozwałką. Na którą nie było pieniędzy, ale która potrafi dać niezłą frajdę zjadaczom filmowych tandetek! Twórcy próbowali zrobić coś z niczego i można im wiele zarzucić, ale nie braku entuzjazmu i szczerej sympatii do swoich naiwnych herosów. A ta ciągnie tą urokliwie nieporadną opowieść sprawniej niż nawał wysokobudżetowych wybuchów przezroczyste fabułki w późniejszych wersjach. Ot, ironia.


1994 – Guyver: Bohater ciemności (reż. Screaming Mad George, Steve Wang) – Kamil Rogiński

Ekranizacja mangi wyreżyserowana przez japońskiego speca od efektów specjalnych Screaming Mad George’a, nakręcona w Stanach i wyprodukowana przez Briana Yuznę. Co wyszło  z takiej mieszanki? Coś bardzo nierównego, ale nadal dającego przyzwoitą rozrywkę. Guyver opowiada o zwykłym chłopaku, który przez tajemnicze urządzenie znane jako Guyver Unit przemienia się w opancerzoną maszynę do zabijania. Na jego drodze stają monstra zwane Zoanoidami. A to oznacza dużo bicia po gumowych facjatach rodem z japońskich seriali o zamaskowanych superbohaterach. I ten klimat Guyver całkiem sprawnie przeszczepia na amerykańskie realia. Jak przystało na film wyreżyserowany przez człowieka zajmującego się efektami specjalnymi, całość, mimo ograniczonego budżetu, ma kilka świetnie wyglądających scen. Oraz jest bardzo głupiutka. Głównie przez kompletnie nietrafiony humor. Jednak jest to ten rodzaj głupoty, który sprawia, że Guyver to aktorska kreskówka. Taka, którą rodzice by wyłączyli, bo rzekomo niszczy mózg i jest zbyt brutalna. Ze względu na reżysera i producenta, film ma w rękawie kilka aktorskich niespodzianek dla miłośników horroru. Na ekranie pojawiają się Michael Berryman, „mini-reunion” obsady Re-Animatora (1985) w postaci Davida Gale’a i Jeffreya Combsa (tutaj jako Dr. East, ha ha) oraz Linneya Quiqley z cameo. A z mniej horrorowych twarzy: wąsaty Mark Hamill, któremu przypada najdziwniejsza i najmakabryczniejsza scena w całym filmie. Guyver to filmowy potwór Frankensteina. Twórcy najwyraźniej nie mogli zdecydować czy chcą kręcić kino superbohaterskie z wieloma humorystycznymi wstawkami, czy krwawy monster movie (wiele potencjalnie brutalnych scen zostaje uciętych, chociaż krew nadal jest widoczna). Dlatego całość nie klei się na tyle, aby być perełką kina kultowego. Natomiast nadal jest to interesujące kuriozum, które powinno zapewnić półtorej godziny godziwej rozrywki. Nie tak często amerykańskie kino próbuje bawić się japońską popkulturą. A gdy już to robi, skutki są różne. W tej kategorii Guyvera należy uznać za udaną próbę.


1994 – The Shadow (reż. Russell Mulcahy) – Antoni Urbanowicz

Dla producentów filmowych gigantyczny sukces kasowy Batmana (1989) był jasnym znakiem, że pieniądz tkwi w superbohaterach. Na postacie z uniwersum z DC bądź Marvela trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać. Z jakichś niejasnych powodów ekranowe pierwszeństwo należało do przykurzonych herosów pulpy lat 30/40-tych, takich jak Dick Tracy (1990) czy Fantom (1996). No i oczywiście The Shadow. Postać ta wywodzi się z tanich magazynów z opowieściami kryminalnymi, a następnie popularnych słuchowisk radiowych, w których w tytułową rolę wcielał się sam Orson Welles (w latach 1937-1938). Bill Finger i Bob Kane otwarcie przyznawali się do silnej inspiracji mścicielem z chustą na twarzy w trakcie tworzenia Batmana. Jak na ironię, filmowa adaptacja czerpie ile wlezie z burtonowskiego klasyku i nie dokonuje należytej próby kreatywnej reinterpretacji klasycznej postaci oraz wprowadzenia jej kopniakiem w końcówkę XX wieku. Bo w końcu co to za film komiksowy bez gangsterów w kapeluszach, ścieżki dźwiękowej w stylu Danny’ego Elfmana  i miasta, które jest wyraźnie stworzone w studiu. Jeżeli dodamy do tego równie mało pomysłowy scenariusz, to już wiemy, dlaczego film nie zawojował publiczności i krytyki w swoim czasie. Ja jednak za dzieciaka nie bawiłem się w takie analizy i film ten wielokrotnie gościł na moim magnetowidzie. Dla mnie to zawsze był pełnoprawny trzeci Batman, a nie te neonowe śmieci od Schumachera, a sam Baldwin znacznie bardziej pasował do roli niż jakikolwiek Kilmer czy Clooney. Mimo jawnych niedoskonałości (a może właśnie dzięki nim), do dziś lubię ten film, choć już nie tą samą dawną miłością. Jeśli nawet nie posiadacie do niego nostalgii, to z historycznej perspektywy jest to pozycja interesująca, bo tak oto wyglądały nieśmiałe próby formowania superbohaterskiej manii, od której w dzisiejszym świecie nie ma już ucieczki. No i żaden inny film nie da wam Aleca Baldwina lejącego armię Mongołów dowodzonej przez potomka Czyngis-chana!


1995 – Tank Girl (reż. Rachel Talalay) – Caligula von Kömuda

Rok 2033. Katastrofa ekologiczna spowodowana przez uderzenie komety doprowadziła do wielkiej suszy i zdziesiątkowania ludzkiej populacji. Obecnie praktycznie wszystkie zasoby wody kontrolowane są przez korporację o wymownej nazwie „Water & Power”. Wszelki opór przeciwko monopolowi zduszany jest w zarodku, a dyktatorskie rządy sprawuje bezwzględny Kesslee (Malcolm McDowell). Jedyną osobą gotową mu się przeciwstawić jest Rebecca (Lori Petty), która porywa należący do „W&P” czołg i rozpoczyna prywatną wojnę podjazdową… Film Rachel Talalay to adaptacja anarchizującego komiksu, który począwszy od 1988 roku publikowany był na łamach brytyjskiego magazynu Deadline. Reżyserka Freddy nie żyje: Koniec koszmaru (1991) zachowała wywrotowy charakter i feministyczny wydźwięk oryginału, celując w odlotową jazdę bez hamulców i pasów bezpieczeństwa. „Postrzelona” wizja nie przypadła jednak do gustu ani widowni, ani krytykom, co przełożyło się na sromotną porażkę w box office (zaledwie 6 milionów dolarów wpływów przy 25 milionach włożonych w produkcję). Faktem jest, że tempo jakie narzucają twórcy dla niektórych odbiorców musiało być nazbyt ekstremalne, podobnie jak natłok ekscentrycznych pomysłów. Ludzie-kangury, sekwencje musicalowe, Iggy Pop w epizodycznej roli pedofila i energetyczny soundtrack (na którym znajdziemy mieszankę punka, alternatywy, nowej fali, a nawet rapu) – to było zbyt wiele nawet jak na rok powstania Urodzonych morderców (z których poszatkowanym, teledyskowym stylem narracji Tank Girl ma sporo wspólnego). Jedyne co w takich warunkach pozostało, to status kultowy dla wybrańców. I takowym też ta ekscentryczna błyskotka po latach została otoczona.


1996 – Żyleta (reż. David Hogan) – Caligula von Kömuda
Barbara Kopetski – dla przyjaciół i wrogów po prostu Barb – to twarda sztuka. W czasach gdy całe Stany Zjednoczone ogarnięte są drugą wojną domową, ona prowadzi prywatny klub w sercu Steel Harbor, ostatniej neutralnej enklawy w kraju. Przede wszystkim jednak Żyleta jest najemniczką, która przyjmuje zlecenia od każdego, kogo na to stać. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się ukochany sprzed lat, teraz żonaty ze ściganą przez faszystowski rząd panią naukowiec. Barb ma im pomóc przedostać się za kanadyjską granicę, gdzie będą bezpieczni… Film Davida Hogana to ekranizacja serii komiksów wydawnictwa Dark Horse, jednak szkielet fabularny żywcem zerżnięto tutaj ze słynnej Casablanki (1942). Różnica jest taka, że zamiast topiącego smutki w wódzie Bogarta mamy wyrzeźbioną skalpelem na współczesne bóstwo Pamelę Anderson. Żyleta miała być jej przepustką z małego na duży ekran. Skończyło się na kpinach, finansowej porażce i sześciu nominacjach do Złotych Malin (jedna z nich zmaterializowała się w postaci statuetki dla Pam jako „najgorszej nowej gwiazdy”). Cóż, potraktowany na poważnie, obraz raczej nie robi zbyt dobrego wrażenia: fabuła jest zbyt odtwórcza, postaci przerysowane, dialogi niezgrabne, a niektóre patenty zwyczajnie przyciężkie (źli paradują w mundurach do złudzenia przypominających odzież codzienną SS), ale… to przecież cholerna adaptacja cholernego komiksu! I jako taka sprawdza się – również dzisiaj – naprawdę nieźle. Dla nikogo nie jest raczej tajemnicą, że z Pameli aktorka jest licha, ale nie okłamujmy się – to nie z powodu talentu dramatycznego w latach 90. podziwialiśmy jej sfilmowane w zwolnionym tempie biegi w Słonecznym patrolu, tudzież „artystyczne” sesje dla Playboya. Ze swoimi bajecznymi kształtami była (a wówczas obecna) żona Tommy’ego Lee odziana w obcisłe skórzane wdzianko z olbrzymim dekoltem prezentuje się iście zjawiskowo. Już sekwencja otwierająca, w której trakcie uraczeni zostajemy zmysłowym striptizem w wykonaniu głównej bohaterki nie pozostawia wątpliwości, co do charakteru całego przedsięwzięcia: to film o cyckach, jeżdżeniu na motocyklach, cyckach, wielkich giwerach i cyckach. Tonacja świata przedstawionego jest przy tym konsekwentnie ponura, a na soundtracku króluje roztrzepany amerykański hard rock. To nie film dla krytyków poszukujących potwierdzenia dla własnej moralnej wyższości, tylko zabawa dla dzieciaków, zarówno tych starszych, jak i nieco młodszych. Niezależnie jednak od tego, co myślicie o Barb – możecie ją uwielbiać, nie znosić jej, nawet pogardzać nią – nigdy, ale to przenigdy nie mówcie do niej „mała”. W przeciwnym razie przekonacie się, jak to jest zarobić obcasem między oczy. W najlepszym przypadku…

1997 – Stalowy rycerz (reż. Kenneth Johnson) – Kajetan Kusina

Shaquille O’Neal jest bez wątpienia jednym z bardziej charyzmatycznych graczy w historii NBA. Ten mierzący 216 cm i ważący prawie 150 kilo olbrzym niejednokrotnie zachwycił fanów koszykówki swoimi wygłupami i dystansem do samego siebie. Niestety ktoś się pomylił i stwierdził, że jest to równoznaczne z potencjałem na karierę aktorską. Już pierwsza próba, czyli mający swoją premierę w 1996 roku Kazzam okazał się solidną finansową wtopą – film zarobił 18,9 miliona USD przy budżecie wynoszącym 20 milionów USD. Ale okazało się, że to tylko przedsmak do prawdziwej tragedii, jaką okazał się właśnie Steel, u nas znany jako Stalowy rycerz. Jeśli nie jesteście hardcorowymi fanami komiksów DC, to prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście o tytułowym bohaterze. Nic dziwnego, bo to jeden z reliktów tak zwanej “Mrocznej ery komiksu”, która miała miejsce w latach 90. Jest to określenie nawiązujące do zarówno do klimatu tego okresu, kiedy wszystko musiało być bardzo mroczne, “dorosłe” i do przesady hardcorowe, jak i do tragicznego poziomu ówczesnych tytułów od Marvela i DC. Absurd gonił absurd, coraz dziwniejsze pomysły odstraszały nawet najwierniejszych fanów, a same firmy zaczęły popadać w ruinę (Marvel nawet ogłosił bankructwo). Nic dziwnego więc, że ratunkiem mogły wydać się w tym przypadku desperackie próby budżetowych adaptacji przygód mniej znanych bohaterów. Cóż, Marvelowi się udało (w ten sposób powstał Blade: Wieczny łowca (1998)), natomiast film z bohaterem DC stał się koszmarną klapą – zarobił 1,6 miliona dolarów, co stanowiło zaledwie dziesięć procent z całego budżetu. Jak nakazuje tradycja dawnych komiksowych adaptacji, Steel ma raczej niewiele wspólnego z komiksowym oryginałem. Głównym bohaterem jest John Henry Irons – technik wojskowy, którego broń trafia w niepowołane ręce, więc postanawia naprawić sytuację budując zbroję, która zmienia go w superbohatera. Powyższy opis brzmi koszmarnie nijako (taki biedny Iron Man), bo tak właśnie jest cały film. Steel to jeden z tych tytułów, które nie nadają się nawet do oglądania w celu czerpania pulpowej radości. Film jest koszmarnie nudny (40 z 90 minut to ślamazarne origin story), wszyscy grają sztucznie, a napięcie w nim nie istnieje. Jedyną atrakcją jest tu oglądanie biednego Shaquilla, który zupełnie nie odnajduje się przed kamerą. Obserwowanie jego prób wyrażenia jakiejkolwiek ekspresji za pomocą mimikę jest jak śledzenie poczynań dopiero co powołanego do życia robota, który w połowie stwierdza, że jednak nie warto się starać. Nie jestem w stanie znaleźć choćby jednego powodu, aby ktoś miał po Stalowego rycerza sięgać. Ale warto o tym filmie pamiętać, bo stanowi niefortunną wypadową tych elementów, które sprawiały, że druga połowa lat 90. była dla popkultury naprawdę ciężkim okresem.


2018 – Bhavesh Joshi Superhero (reż. Vikramaditya Motwane) – Mateusz R. Orzech

Hinduski superbohater Bhavesh Joshi atakuje! Insaaf Punch! Inspirowany DC (choć mający bliżej do netfliksowego Daredevila (2015-2018)) film Vikramadityi Motwanego to geneza powstania bohatera, który widząc skrajną korupcję w państwie, niemoralność policji i polityków oraz cierpienie zwykłych obywateli postanawia zmienić swój kraj od wewnątrz. Choć więc wpisuje się w ramy kina akcji, Bhavesh Joshi Superhero czyni spory wysiłek, aby dotknąć ważnych i realnych tematów związanych z licznymi problemami Indii. Sprawia to, że jest to bodaj najmroczniejsza produkcja superbohaterska zrealizowana w Indiach. Przedstawia ona protagonistę w kluczu realistycznym, każąc mu stykać się z antagonistami inspirowanymi prawdziwymi przestępcami, a nie wyposażonymi w supermoce wojownikami w służbie zła. To z kolei przekłada się na pomysłowe sceny walk, w których Bhavesh Joshi ma niemałe problemy, żeby położyć na łopatki nawet zwyczajnego bandziora. Jako pierwsze pole bitwy bohater wybiera jednak internet, czym Motwane sugeruje istotność i wpływ mediów społecznościowych w kształtowaniu społeczeństwa. Równocześnie pragnie zmotywować swoich widzów – a słowa kieruje prymarnie do tych młodszych – do korzystania z tychże mediów do walki i czynienia starań o lepsze, pozbawione korupcji, nepotyzmu i społecznego rozwarstwienia Indie. Czyni to w na tyle eskapistycznym wydaniu, że nie sposób nie czuć frajdy, gdy tytułowa i w dość interesująco zaprojektowanym kostiumie postać pojawia się na ekranie; równocześnie też na tyle poważnie, że dramatyczny ciężar produkcji nie zostaje zgubiony. Niestety Bhavesh Joshi Superhero nie jest idealny: Motwane wielokrotnie przeciąga sceny, co niepotrzebnie przedłuża czas trwania do ponad dwóch i pół godziny, a odgrywający główną rolę początkujący aktor Harshavardhan Kapoor nie zawsze potrafi odnaleźć się w scenach dramatycznych. Pod koniec zatrzymuje się też rozbudowa praktycznie wszystkich postaci, przez co niektórzy z antagonistów pozostają na poziomie karykatur niegodziwych polityków czy policjantów. Mimo tego, jest to sprawnie zrealizowany miks kina akcji o ulicznym superbohaterze ze społecznie zaangażowanym dramatem. Niestety, ten bardziej dojrzały i mroczniejszy sposób patrzenia na herosów nie przypadł do gustu hinduskiej widowni, przez co plany dotyczące realizacji sequela zostały dość prędko porzucone.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.