Star Trek. Pocztówki z ostatecznej granicy #7

8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2019 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na zbliżające się premiery kolejnych produkcji, osadzonych w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Ceasar, beware the Ides of March!

W dzisiejszej części naszej kinomisyjnej wędrówki po galaktyce docieramy do 13. odcinka serialu. Z tego powodu chciałbym wpierw napisać kilka słów o tym, co działo się po drugiej stronie kamery. Otóż akceptacja Star Treka przez telewizję NBC wiązała się z zamówieniem 16. odcinków, które miały być napisane do lutego 1966 roku. Jak wiemy, pierwszy pilot został odrzucony, natomiast 2 ostatnie z zamówionych odcinków – z powodów budżetowych – miały składać się prymarnie z fragmentów tegoż niewyemitowanego pilota. Sprawiło to, że to na pierwszych 13. scenariuszach najbardziej skupił się Roddenberry. Twórca serialu zabierał od scenarzystów każdy wynik ich prac, po czym zmieniał je wedle własnego uznania, pracując nocami i weekendami nad tym, aby jego wizja była możliwie koherentna i atrakcyjna dla widzów.

Niestety, nie uchroniło to serialu przed problemami. Te pojawiły się niemal od razu po rozpoczęciu emisji Star Treka. Jak pisałem wcześniej, pierwszym wyemitowanym odcinkiem był The Man Trap; został on zaprezentowany podczas specjalnego telewizyjnego pokazu, zarezerwowanego przez NBC na zapowiedzi nowych propozycji. Odcinek zgromadził (wg ówczesnych badań) 40,6% widzów przed ekranem, co było bardzo dobrym wynikiem. Jednakże drugi odcinek (Charlie X) przegrał z programami konkurencji i musiał zadowolić się wynikiem 29,4%, sprawiając, że NBC zostało wyprzedzone na rynku przez CBS. Przez kolejne dwa odcinki (Where No Man Has Gone Before i The Naked Time), Star Trek zajmował 33. miejsce wśród amerykańskich seriali, lecz po kolejnych dwóch odcinkach (The Enemy Within i Mudd’s Women) spadł na 51. miejsce, a później na 52. Oznaczało to, że jeśli jego sytuacja się nie poprawi, będzie miał małe szanse na drugi sezon.

Zmobilizowało to Roddenberry’ego do szukania pomocy wśród miłośników gatunku. Przyjaźnił się on wtedy z dwójką fanów: Betty Joanne i Johnem Trimble’m, których poznał podczas konwentu science-fiction w Cleveland. Zgodzili się oni poprowadzić kampanię listową, namawiając innych fanów serialu i gatunku w ogóle do zalewania NBC listami wyrażającymi poparcie dla Star Treka. Roddenberry obawiał się jednak, że to może nie wystarczyć i stacja ściągnie serial z ekranu jeszcze w trakcie 1. sezonu. Z tego powodu rozpoczął kampanię „Save Star Trek”; w jej ramach napisał szkice listów, w których zawarł główne idee serialu i począł wysyłać je do poważanych osobistości w świecie fantastyki naukowej, przede wszystkim do pisarzy.

Jednym z autorów fantastycznej prozy, z którymi się skontaktował, był Harlan Ellison; zdecydował się on pomóc Roddenberry’emu w jego kampanii. Ta miała na celu zachęcić twórców science-fiction do pracy nad serialem oraz – w szerszym kontekście – nakreślić pozytywne efekty istnienia ambitnego serialu tego rodzaju. Fani i pisarze zaczęli wyrażać swoje wsparcie wysyłając listy do gazet i różnych programów telewizyjnych. Oprócz Ellisona, pomagali też Theodore Sturgeon, Richard Matheson, A. E. van Vogt, Robert Bloch, Lester del Ray, Frank Herbert i inni.

NBC ostatecznie zdecydowało się przedłużyć sezon o kolejne 13 odcinków, a później o 2. sezon, uznając, że serial jest popularny wśród nastolatków i studentów, dla których nie mieli innych propozycji. Nie był to jednak koniec problemów Star Treka, a jedynie odsunięcie ich w czasie. Te bowiem nasiliły się, gdy NBC zdecydowało się na nonsensowny krok i zmieniło porę emisji na piątki o 20:30, czyli gdy docelowa widownia nie była w większości obecna przed swoimi odbiornikami telewizyjnymi. Ale to już opowieść na inną okazję; teraz przejdźmy do dzisiejszych odcinków.

Enterprise w trybie nocnym

Kosmos, ostateczna granica…
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne, nowe światy i nowe cywilizacje.
Dumnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

STAR TREK
The Conscience of the King
sezon 1., odcinek 12.

data pierwszej emisji: 08.12.1966

Reżyseria: Gerd Oswald

Scenariusz: Barry Trivers

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk

Leonard Nimoy – Spock

oraz

Arnold Moss (gościnnie) – Karidian

Barbara Anderson – Lenore

DeForest Kelley – Leonard McCoy

Bruce Hyde – Kevin Riley

Nichelle Nichols – Uhura

William Sargent – dr Leighton

Grace Lee Whitney – Janice Rand

Scena teatralna w XXIII wieku
Kirk i Leighton próbują rozpoznać Kodosa
Karidian w roli Makbeta
Ci, którym nie udało się znaleźć miejsca przy scenie, oglądają spektakl z ekranów
Kirk rozpoczyna śledztwo

Kosmiczny teatr

Ten najbardziej teatralny z odcinków serii rozpoczyna się inscenizacją Makbeta. Tytułowa postać, w którą wciela się słynny aktor Karidian, właśnie dokonała zabójstwa króla i dręczą ją wyrzuty sumienia. Widownia, z wyjątkiem dwóch osób, jest zachwycona kreacją. Nie wszyscy jednak przybyli do teatru podziwiać zdolności trupy – dr Thomas Leighton i kapitan James T. Kirk pojawili się w jednym tylko celu: zobaczyć na własne oczy Karidiana, który – wg Leightona – w rzeczywistości jest Kodosem, dawnym ludobójcą z Taurusa IV.

Kirk początkowo nie dowierza przyjacielowi, lecz gdy Leightona niedługo po spotkaniu spotyka śmierć, kapitan decyduje się uważniej przyjrzeć sprawie tajemniczego aktora. Fizyczne podobieństwo, jak się prędko okazuje, faktycznie istnieje, co jest tym bardziej zastanawiające, że ciała Kodosa nigdy nie udało się zidentyfikować ze stuprocentową pewnością. Co więcej, przeszłość Karidiana jest otoczona nimbem tajemnicy, a on sam niemal wcale nie pokazuje się publicznie, nie licząc występów scenicznych. Nie mija wiele czasu nim na jaw wychodzi kolejna szokująca informacja: wszyscy, którzy mieli kiedyś kontakt z Kodosem, giną obecnie w niewyjaśnionych okolicznościach. Przy życiu pozostały już tylko dwie osoby, które widziały go na oczy: kapitan Kirk i porucznik Riley – obaj obecnie przebywający na Enterprise. Nie będąc pewnym czy chodzi mu o prywatną zemstę, czy o sprawiedliwość, Kirk przygotowuje plan ujawnienia ludobójcy. Zwabia trupę teatralną na pokład statku i rozpoczyna flirt z Lenore, córką Karidiana. Dziwne zachowanie kapitana i jego nielogiczne – z punktu widzenia dowodzenia statkiem – decyzje nie umykają jednak uwadze Spocka, który dzieli się swoimi podejrzeniami z drem McCoyem. Spock na własną rękę odkrywa ślady tajemnicy, lecz gdy oferuje swoją pomoc kapitanowi, Kirk odmawia. Opętany rosnącą żądzą odnalezienia Kodosa Kirk stawia na szali swoje stanowisko, przyjaźnie, człowieczeństwo i, ostatecznie, życie własne i Rileya.

Największe zalety odcinka znajdują się w zaprezentowanych w nim moralnych zagwozdkach, wśród których kluczy Kirk. Konflikt z podwładnymi doskonale wskazuje na fakt, że mamy do czynienia z niezwykłym stanem psychicznym kapitana. Obudziła się w nim fanatyczna wręcz chęć dopadnięcia drugiego człowieka – coś, czego nie czuł nigdy wcześniej. Musi jednak trzymać swoje pragnienia w ryzach, by nie skazać przez pomyłkę niewinnej osoby. Twórcy świetnie stopniują napięcie i łączą pierwszoplanowy wątek z drugoplanowym, w którym Spock – zaniepokojony zachowaniem przełożonego – również przygląda się tajemnicy Kodosa. Interesująco wykorzystano również romantyczne zdolności Kirka, który z niejednej ciężkiej sytuacji wychodził cało dzięki rozkochaniu w sobie ponętnej kobiety. Tym razem używa swych ponadprzeciętnych umiejętności z premedytacją, wykorzystując Lenore, aby zbliżyć się do zagadki tożsamości jej ojca. Jego zachowanie tym silniej zbliża się do niemoralnego, im silniejsze są w nim pragnienia zemsty. A wszystkie one są zaś punktowane teatralnymi dialogami, formą zamykającą odcinek w klamry sztuki teatralnej (tym wyraźniejsze, że początek odcinka stanowi inscenizacja Makbeta, a finał – Hamleta). Wszystko to sprawia, że ekspresyjna często maniera aktorska Shatnera jest tutaj całkowicie na miejscu.

W The Conscience of the King możemy wyróżnić kilka innych, poruszanych przez twórców tematów, z których na pierwszy plan wysuwa się moralna kwestia słuszności postępowania Kodosa. Gdy kolonia, którą zarządzał, stanęła na krawędzi śmierci głodowej, postanowił on zabić 15% populacji, by móc wyżywić resztę. W odcinku dominuje postrzeganie jego czynu jako skrajnie nagannego; jako morderstwo z zimną krwią ogromnej ilości ludzi, wybieranych arbitralnie przez władcę. Mimo to pojawia się tu także – szczególnie w jednej z kwestii Spocka – zrozumienie jego czynu. Kodos wybrał mniejsze zło, zabijał chorych, starszych, samotnych i czynił to w sposób bezbolesny dla ofiary, uratował również pozostałe 85% populacji. Ostatecznie więc nie daje się widzowi jasnej odpowiedzi na to, jak Kodos powinien postąpić zestawiony z tak drastycznym problemem, pozostawiając – być może niemożliwą do podjęcia – decyzję w rękach widza.

Scena teatralna na pokładzie Enterprise’a
Kirk decyduje się nawiązać romans z córką Karidiana
Konfrontacja Kirka z Keridianem
Leighton zostaje odnaleziony martwy
Uhura podczas wykonywania Beyond Antares

Kolejna kwestia, jaka zostaje poruszona, dotyczy postępującej technicyzacji społeczeństwa. Karidian, jak i jego córka, niejednokrotnie poddają silnej krytyce poleganie przez człowieka na maszynach czy wręcz stawanie się ich niewolnikiem. Karidian otwarcie stwierdza, że człowieczeństwo upadło w obliczu skrajnego stechnicyzowania świata, a pogoń za udoskonalaniem ludzi została zapomniana. Odcinek nie próbuje opowiedzieć się jednak ani za, ani przeciw temu komentarzowi, raczej kontrastuje z nim członków załogi Enterprise’a, ze szczególnym wskazaniem na kapitana Kirka, którzy ponownie mają służyć jako inspiracja dla widza, pokazująca, że w każdym środowisku powinno być miejsce na nowoczesność i człowieczeństwo, jak i na moralność i współczucie.

Oczywiście najwyrazistszym tematem jest tu zatracanie się w zemście, widoczne na przykładzie Kirka i Rileya. Jak można przypuszczać, Kirkowi udaje się opanować swoje prymitywne pragnienia. Ponownie odsyła nas to do motywu traktowania jego postaci, jak i całej załogi, jako przykładu idealnej ludzkości wg Gene’a Roddenberry’ego – a przynajmniej na tyle idealnej, na ile pozwalał mu ówczesny paradygmat społeczno-polityczny, w obrębie którego tworzono serial.

Nie tylko jednak dramatem żyje odcinek. Kilka scen rodem z delikatnej komedii zostało przemyconych w postaci rozmów Spocka z ironizującym McCoyem. Pojawia się również obrazek z życia załogi po godzinach służby, którego najjaśniejszym punktem jest piosenka wykonywana przez Uhurę (śpiewana przez samą aktorkę Nichelle Nichols), wykorzystana jako doskonały kontrast wobec rozgrywającego się na ekranie zamachu na życie Rileya. Tym samym The Conscience of the King tętni życiem i emocjami na każdym pokładzie statku.

Nie oznacza to niestety, że nie pojawiło się kilka potknięć. Przede wszystkim razi brak odpowiedniego wytłumaczenia motywacji kapitana. Jego nagły fanatyzm jawi się jako zbyt niespodziewany. Wystarczyłby prosty zabieg poinformowania widzów, że na Taurusie IV np. przebywali jego bliscy, by jego zachowanie stało się całkowicie akceptowalne. Niekonsekwentnie twórcy podchodzą też do tajemnicy tożsamości Karidiana. Widz praktycznie nie ma żadnych wątpliwości co do jego osoby, choć Kirk co chwila powtarza, że nie ma pewności, że Keridian to Kodos. Na szczęście wprowadzono wystarczająco wiele zwrotów fabularnych, aby kryminalna u rdzenia zagadka finalnie nie była zupełnie przewidywalna.

Warto też pochwalić pojawiających się gościnnie aktorów. Arnold Moss idealnie wypada jako teatralny aktor, skrywający tajemnicę z przeszłości. Udanie partneruje mu Barbara Anderson, której garderoba zmienia się 7 razy, przez co stała się rekordzistką w posiadaniu ilości ubrań ze wszystkich postaci w Star Treku. Uzupełnia to jej zmienną osobowość, jak i zgrywa się z zawodem popularnej aktorki, flirtującej z kapitanem flagowego statku Gwiezdnej Floty.

The Conscience of the King jest jednym z najciekawszych odcinków serialu. Pełen sprzecznych emocji, z niespotykanymi zachowaniami załogi, prezentujący rozwiązania wcześniej w serialu nie stosowane oraz rozbudowujący postać kapitana. Jest skaza okrucieństwa na pańskiej lśniącej zbroi – w pewnym momencie słyszy Kirk. Okazuje się, że i on nie jest idealny; jak zawsze jednak potrafi dokonać słusznego wyboru.

Ostatni akt

Garść ciekawostek:

Tytuł odcinka pochodzi bezpośrednio z Hamleta (Akt 2, scena 2) Williama Szekspira, tak samo jak motyw sumienia władcy, sceny ujawnienia jego zbrodni podczas sztuki teatralnej, motyw szaleństwa oraz część dialogów. W odcinku pojawiają się także odniesienia do Makbeta.

– Uważny widz zauważy, że na tym etapie istnienia serialu wciąż jeszcze nie stworzono koherentnego uniwersum. Wskazują na to wzmianka McCoya, że Vulcanie zostali w przeszłości podbici – informacja, która zostanie zaprzeczona w przyszłości (dokładniej w The Immunity Syndrome) – oraz użycie nazwy „Gwiezdna Służba”, później zastąpionej „Gwiezdną Flotą”.

– W omawianym odcinku możemy zobaczyć Enterprise w trybie nocnym, co stanowi jedyną taką okazję. Aby lepiej oddać cykl życia ziemskiego, w określonych godzinach zmienia się oświetlenie na statku. W przyszłości najwidoczniej jednak o tym zapomniano, gdyż w scenach, które prawdopodobnie rozgrywają się nocą bądź późnym wieczorem, oświetlenie nie będzie ulegać już zmianie.

– Jak pisałem przy okazji omawiania Miri, Grace Lee Whitney została zwolniona z serialu. Mimo to można ją zobaczyć w epizodycznej roli w The Conscience of the King. Pierwotnie jej scena miała być dłuższa, jednak Whitney została zwolniona na tydzień przed rozpoczęciem prac nad odcinkiem. Po nakręceniu swojej sceny aktorka poszła do przebieralni, gdzie, znajdując się w stanie silnego przygnębienia, upiła się.

– Po raz pierwszy muzyczny motyw przewodni pojawia się jako muzyka diegetyczna, usłyszeć go można podczas party zorganizowanego przez Toma Leightona – pierwszej osoby, która zauważa podobieństwo Karidiana z Kodosem.

– Tymczasem utwór, który wykonuje w odcinku Nichelle Nichols, nosi tytuł Beyond Antares i można go posłuchać tutaj.

– Przyszły producent i scenarzysta kolejnych inkarnacji Star Treka Ronald D. Moore wymienia The Conscience of the King jako swój ulubiony odcinek.

STAR TREK
sezon 1., odcinek 13.
The Galileo Seven

Data pierwszej emisji: 05.01.1967

Reżyseria: Robert Gist

Scenariusz: Oliver Crawford i S. Bar-David

Obsada:

William Shatner – James T. Kirk

Leonard Nimoy – Spock

oraz

Don Marshall – Boma

DeForest Kelley – Leonard McCoy

James Doohan – Montgomerry Scott

George Takei – Hikaru Sulu

Nichelle Nichols – Uhura

John Crawford – komisarz Ferris

Peter Marko – Gaetano

Phyllis Douglas – chorąży Mears

Wahadłowiek Galileusz 7 w hangarze
Spock naprawia wahadłowiec
Galaktyczny komisarz
Gigantyczni tubylcy atakują

Logiczny odcinek

Po dwunastu odcinkach z Jamesem T. Kirkiem znajdującym się nieprzerwanie na pierwszym planie, twórcy postanowili zaprezentować fabułę, w centrum której znalazłby się zastępca kapitana Enterprise’a – pan Spock. Postać ta zdobyła rzesze fanów i prędko stała się jedną z wizytówek serialu, głównie dzięki swojemu logicznemu, pozbawionemu emocji podejściu do życia, doskonale zaprezentowanym w kultowej kreacji Leonarda Nimoya. Jako że jego poglądy są – obok uszu – najbardziej wyróżniającą go cechą spośród reszty postaci, uznano, że skupienie się na skontrastowaniu logiki Spocka z emocjonalnym charakterem ludzi powinno być główną siłą napędową scenariusza. A ponieważ Vulcanin z dość dużą swobodą odnajdywał wspólny język z kapitanem, ustawiono go w otoczeniu mniej przychylnie nastawionych wobec jego poglądów osób. W naturalny sposób wykreowano tym samym konflikt, jakiemu czoła musi stawić kosmita.

Pomysł na scenariusz Oliver Crawford zaczerpnął z filmu Johna Farrowa pod tytułem Five Came Back z 1939 roku, gdzie przedstawiono losy załogi i pasażerów samolotu rozbitego na wyspie pełnej łowców głów; żeby ujść z życiem piloci muszą czym prędzej naprawić uszkodzoną maszynę. Zarys fabuły The Galileo Seven jest niemal identyczny: Enterprise przygląda się z bliska kosmicznym fenomenom i celem ich zbadania wysyła wahadłowiec pod dowództwem pana Spocka, z drem McCoyem, Scottym i czterema innymi członkami załogi na pokładzie – w tym porucznikiem Bomą i chorążym Mears. Z powodu nieprzewidzianych wydarzeń wahadłowiec o nazwie Galileusz zostaje uszkodzony i ląduje na najbliższej planecie, jak się okazuje – zamieszkałej przez prymitywnych gigantów.

Rozbitkowie nie tylko muszą naprawić pojazd. Okazuje się również, że mają za mało paliwa, aby wszystkich zabrać w podróż powrotną. Z tym drugim problemem bardzo chętnie chcą im pomóc mieszkańcy planety – ogromne i żądne krwi bestie. Co więcej, nawet naprawiony wahadłowiec będzie w stanie wylecieć tylko na orbitę, a postaciom mieć nadzieję, że zostanie wypatrzony przez Enterprise’a, który – jak się okazuje – ma uszkodzone wszystkie transportery i sensory. Jakby tego było mało,  kapitan ma tylko dwie doby na przeprowadzenie rozległych poszukiwań, gdyż musi terminowo dostarczyć leki mieszkańcom kolonii dotkniętej plagą, o czym co chwila przypomina mu natrętny galaktyczny komisarz. W drugim wątku odcinka miłośnicy science-fiction z pewnością zauważą podobieństwa do filmu Kierunek Księżyc (Destination Moon, Irving Pichel, 1950); najpewniej nie są to podobieństwa przypadkowe, co zdaje się potwierdzać fakt, że film Pichela jest adaptacją powieści Rocket Ship Galileo.

Fabuła, jak było wzmiankowane, stanowi przede wszystkim pretekst do pozostawienia Spocka w otoczeniu rozemocjonowanych ludzi, których umieszczono na kursie kolizyjnym z logiką Vulcanina. Zderzenie poglądów przebiega dość agresywnie jako że śmierć czai się niemal za każdą skałą nieprzyjaznej planety, a czasu na naprawę wahadłowca jest coraz mniej. Niestety, twórcom nie udało się z wprawą pokazać zalety i wady kontrastujących poglądów, przez co wyraźnie logiczna droga Spocka ustępuje tutaj drodze emocjonalnej. Jednak, stwierdzić należy, to nie logika Spocka jest tutaj wadliwa, a jej przedstawienie przez scenarzystów, czasami bazujące na nonszalanckim podejściu do wcześniej ustanowionych praw uniwersum. Najbardziej problem ten widoczny jest, gdy Spock próbuje przestraszyć prymitywnych obcych pokazem możliwości nowoczesnych technologii. Aby nie zabić tubylców, czyni to poprzez wykonanie strzału z fazera w skałę nieopodal, co zostaje zaprezentowane jako porażka logicznego podejścia, nie będącego w stanie przewidzieć, że podobny ruch może jeszcze bardziej ich rozsierdzić. Jednak każdy uważny widz serialu pamięta, że fazery mają kilka poziomów mocy, z czego te o niższym poziomie można wystrzeliwać w przeciwnika bez obaw o zrobienie mu większej krzywdy niż ogłuszenie.

Wnętrze wahadłowca
Spock odnajduje ciało członka załogi
Efekt mgły zasłaniający martwe ciało załoganta
Boma – największy przeciwnik logiki Spocka

Zamiast bardziej logicznego podejścia do zagadnienia, twórcy decydują się więc na przypominanie widzowi, że jedynie posiadanie emocji daje zdolność przewidzenia ruchów innej osoby. Postrzegać to można jako główną wadę odcinka, gdyż wydaje się, jakby specjalnie został on napisany tak, by umniejszyć przydatność logicznego podejścia Spocka do dowodzenia. Być może jest to fanowskie zawodzenie z mojej strony, lecz uważam, że zasadne (i bardziej logiczne) byłoby założenie, że Spock, nawet jeśli sam nie odczuwałby emocji (a przecież wiemy, że je czuje), potrafiłby zrozumieć zachowanie i przewidzieć emocjonalne odpowiedzi innych ras – tym bardziej, że na strzał z fazera nie ma aż tak wielu możliwości reakcji. Ponadto warto zwrócić uwagę, iż Spock cały swój czas spędza z ludźmi, więc poznaje nielogiczne zwyczaje bez przerwy.

Mimo tego, The Galileo Seven stanowi dość ciekawy wgląd w postać kosmity w kontekście rozwijania jego emocjonalnej strony i jej akceptacji. Wiele lat później Spock powie „logika to dopiero początek”, wskazując na udane scalenie tych dwóch stron ludzkiej osobowości. Można omawiany odcinek traktować jako początek drogi do tej konstatacji. Tym razem Spock bowiem zostaje zmuszony do podjęcia decyzji bazującej na emocjach, choć jeszcze pod płaszczykiem logicznego podejścia do problemu: skoro wszystkie logiczne rozwiązania nie przynoszą skutku, logika podpowiada, że należy skorzystać z rozwiązania nielogicznego. Niestety twórcy nie zauważają, że to rozwiązanie było faktycznie logiczne – zamiast tego usiłują wmówić widzowi, że był to „czysto emocjonalny czyn”.

Przedstawicielem emocji w The Galileo Seven zaskakująco nie jest dr McCoy (który i tak nie powstrzyma się przed kilkoma sarkastycznymi uwagami), lecz Boma. Umieszczony tylko w tym odcinku załogant będzie co chwila sprzeciwiał się rozkazom Spocka, aż do momentu wzburzenia samych McCoya i Scotty’ego. Główna kość niezgody pojawia się, gdy jeden z oficerów ginie. Boma nalega, aby Spock wygłosił mowę pogrzebową, co zastępca kapitana uważa za rzecz całkowicie zbędną i decyduje się poświęcić czas na naprawę wahadłowca. Podobne konflikty rodzą się, gdy jedynym komentarzem po śmierci załoganta jest ocena efektywności wykorzystanej do jego zabicia broni. Na szczęście twórcy udanie wskazują, że nie można mylić zimnego podejścia Spocka z jego brakiem zainteresowania problemami innych. W tym kontekście warto jeszcze raz przypomnieć, że jego próby odstraszenia prymitywnych gigantów są wyborem mniejszego zła. Vulcanin nie pozwala bowiem załodze zabić ani jednego z mieszkańców planety, komentując „zadziwiający brak poszanowania dla życia, jaki wykazują ludzie”. Stąd też, choć poglądy Bomy, jako bardziej ludzkie prawdopodobnie są bliższe opiniom większości widzów, to nie da się nie kibicować w światopoglądowych potyczkach Spockowi.

Kapitanowi Kirkowi poświęcono mało czasu, na pokładzie Enterprise’a bowiem dzieje się niewiele. Irytujący komisarz co chwila pogania Kirka, nadając swojej postaci cech braku wrażliwości i absurdalności. Rola Kirka ogranicza się zaś tylko do sprawdzania czy urządzenia na statku działają sprawnie i czy któryś z rozbitków został już odnaleziony. Sekundują mu w doglądaniu postępów Uhura i Sulu.

Choć ostatecznie odcinkowi brakuje wyobraźni i logicznej myśli autorów scenariusza, stanowi on interesujący wgląd w sposób funkcjonowania Spocka w sytuacji dowodzenia podczas jego pierwszej tego typu misji. Żywe dialogi, świetnie ukazane relacje między postaciami i ogólne wrażenie otaczającego nas niebezpieczeństwa są wystarczającymi zaletami, by uznać odcinek za udany.

Garść ciekawostek:

– The Galileo Seven jest ostatnim odcinkiem, na potrzeby którego sfilmowano nowe ujęcia wahadłowca. W późniejszych odcinkach korzystano już tylko z nagranych wcześniej fragmentów, nakładanych na różne tła.

– Nigdy nie przyjrzymy się dobrze prymitywnym bestiom z przodu, ponieważ uznano, że makijaż autorstwa Wah Changa jest zbyt groteskowy. Sfilmowano tylko jedno zbliżenie, lecz zostało ono usunięte. Ponadto telewizja NBC nie pozwoliła na pokazanie włóczni wbitej w plecy jednej z postaci. Stąd też w scenie, gdzie ciało zabitego miało być widoczne, pół ekranu zostaje nagle zasłonięte efektem przypominającym mgłę.

– Według pierwotnych planów Janice Rand miała być jednym z rozbitków, jednak po usunięciu Grace Lee Whitney z obsady zmieniono postać na Mears, w którą wcieliła się Phyllis Douglas.

– Po raz pierwszy pojawia się w serialu informacja, że na statku znajduje się więcej niż jeden transporter.

– Po raz pierwszy w serialu pojawia się stopień chorążego.

– Motyw muzyczny w czołówce serialu został zmodyfikowany.

– Kolejnym potwierdzeniem, że Zjednoczona Federacja Planet została wymyślona później, jest tytuł wspomnianego w recenzji komisarza Ferrisa. Jego pełna wersja brzmi „Galaktyczny Starszy Komisarz”; gdy dwa lata później pojawia się inny komisarz, użyta jest już nazwa „Federacyjny Starszy Komisarz”.

W napisaniu dzisiejszego artykułu pomogła mi książka A Brief Guide to Star Trek autorstwa Briana J. Robba (Philadelphia, 2012).

1 Komentarz

  1. Jak zwykle świetny i bardzo ciekawy tekst, tylko to tempo pisania kolejnych ;) Ja właśnie się przemogłem i zacząłem oglądać klasyczną serię i jestem mile zaskoczony jak dobrze się to ogląda i jak uroczo się zestarzał. Do opisywanych dzisiaj jeszcze nie dotarłem, a do kolejnego pewnie prześcignę ;) Pozdrawiam! :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.