Star Trek. Pocztówki z ostatecznej granicy #5

8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 5: „Leave any bigotry in your quarters. There’s no room for it on the bridge.”

STAR TREK
sezon 1, odcinek 8
Balance of Terror

Reżyseria: Vincent McEveety
Scenariusz: Paul Schneider; inspirowany filmem Podwodny wróg (The Enemy Below, Dick Powell, 1957).
Data pierwszej emisji: 15.12.1966

Występują:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock
oraz
Mark Lenard – Romulański dowódca
Paul Comi – Stiles
Lawrence Montaine – Decius
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Goerge Takei – Hikaru Sulu
Nichelle Nichols – Uhura
Barbara Baldavin – Angela Martine
Grace Lee Whitney – Janice Rand
Stephen Mines – Robert Tomlinson
Garry Walberg – Hansen

Kosmos, ostateczna granica…
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy, poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

Strefa Neutralna zostaje po raz pierwszy przywołana w Star Treku.
Uhura wykrywa sygnał wrogiego statku.

Nowe ze starego

Do tej pory Star Trek przedstawiał zetknięcia załogi z różnorakimi zagrożeniami, które nie miały ze sobą żadnego związku. Przy tworzeniu ósmego odcinka twórcy zaczęli się jednak zastanawiać, czy nie byłoby dobrym pomysłem wprowadzenie postaci bądź rasy, która stałaby się przeciwnikiem dla Kirka i jego podwładnych na czas dłuższy niż jednoodcinkowe spotkanie. Stworzenie wyrazistych antagonistów miało nie tylko na celu rozbudowanie uniwersum, lecz także pozytywnie wpłynąć na zainteresowanie widzów, w których chciano rozbudzić pragnienie kontynuowania oglądania  serialu. Antagoniści w zamyśle mieli być nie tylko potężni, lecz też stanowić postaci pełnowartościowe, niepozbawione cech pozytywnych, co miało ustrzec je przed niepożądaną karykaturalnością. Widz miał uwierzyć, że są to osoby, które naprawdę mogą równać się zmysłem strategicznym z kapitanem Kirkiem, inteligencją z załogą Enterprise’a oraz poziomem technologicznym z Federacją Zjednoczonych Planet. Tak też Paul Schneider podczas pisania scenariusza do Balance of Terror wpadł na pomysł stworzenia Romulan – dalekich krewnych Vulkan, którzy zamiast logiki, obrali za drogę życia militaryzm. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Od tej pory Romulanie będą jednymi z dwóch głównych przeciwników Zjednoczonej Federacji Planet, z którymi zetkną się wszystkie załogi z serialów Star Treka (za wyjątkiem – przynajmniej na razie – załogi Discovery). Inspiracją scenarzysty było, na co wyraźnie wskazuje nazwa, Imperium Romańskie, którym zafascynowany był syn scenarzysty. Schneider zadał sobie pytanie: co by było, gdyby Romanie rozwijali się niezmiennie w oparciu o te same zasady, z jakimi ich kojarzymy, aż do czasów kosmicznych podbojów? Sekretne Imperium Romulańskie jest jego odpowiedzią na to pytanie.

Aby dodatkowo wzmocnić antagonizmy między załogami i rasami, Schneider wprowadził do scenariusza dialogi jednoznacznie wskazujące, że Romulanie są wrogami Federacji już od ponad stu lat. Wtedy też miała miejsce wyniszczająca wojna między dwoma mocarstwami. Jej wynikiem było m.in. ustanowienie w kosmosie tzw. Strefy Neutralnej. Strona, która wkroczy na jej terytorium będzie ryzykowała ponownym wybuchem zbrojnego konfliktu. Ten prosty zabieg fabularny nie tylko sprawił, że widz czuje, że walka toczy się o naprawdę wysoką stawkę, lecz również uzupełnia historię całego uniwersum Star Treka.

Inspiracje Schneidera nie skończyły się jednak na Romańskim imperium. Scenariusz odcinka jest bowiem swoistym remakem filmu Podwodny wróg (1957, Dick Powell). Ta klasyczna produkcja opowiada o starciu statku z łodzią podwodną. Choć fabuła uległa w Balance of Terror oczywistym modyfikacjom, to zależności między pojazdami i ich dowódcami pozostały niemal te same. Enterprise zajął miejsce statku, a romulański pojazd łodzi podwodnej. Prawdopodobnie Schneider przy przygotowywaniu taktycznej rywalizacji dwóch dowódców inspirował się również filmem Dramat w głębinach (Robert Wise, 1958); kilka strategicznych rozwiązań użytych przez romulańskiego dowódcę wydaje się bowiem pochodzić z produkcji Wise’a.

Kapitan Kirk prowadzi ceremonię ślubną na pokładzie Enterprise’a.
Emocje sięgają zenitu, Stiles podejrzewa o atak Romulan.
Korzystając z informacji Uhury Spock jest w stanie nawiązać kontakt z agresorem.

„Danger and I are old companions.”

Balance of Terror, jeden z najsłynniejszych odcinków w historii Star Treka, rozpoczyna się scenami ceremonii ślubnej, nastrój radości zostaje jednak nagle przerwany sygnałem Czerwonego Alarmu. Jak się okazuje doszło do zniszczeń placówek Federacji monitorujących Strefę Neutralną. Do zbadania sprawy został oddelegowany Enterprise. Jako że misja jest bardzo delikatnej natury, wszelkie istotne decyzje kapitan Kirk musi podejmować samodzielnie bez konsultacji z Gwiezdną Flotą w obawie przed możliwością przechwycenia sygnałów komunikacyjnych przez wroga; ponadto w przypadku wykrycia przez Romulan nie może liczyć na żadną pomoc. W trakcie prowadzenia obserwacji bardzo szybko dochodzi do tragicznych wydarzeń. Załoga staje się niemymi świadkami destrukcji jednej z baz federacyjnych. Co gorsza, zniszczenie ma miejsce podczas rozmowy wideo z jej dowódcą, ginącym na oczach bezsilnych oficerów. Badania prowadzone przez Spocka i spostrzeżenia pozostałych załogantów prowadzą do jednego wniosku: Romulanie posiadają niewidzialny dla oczu i niewykrywalny przez radary statek gwiezdny. Sytuacja drastycznie się pogarsza, gdy następuje pierwszy w historii kontakt wzrokowy między dwiema stronami i okazuje się, że Romulanie wyglądają tak samo, jak Vulkanie, dzieląc prawdopodobnie tych samych przodków. Jeden z załogantów, Stiles, którego wielu członków rodziny zginęło przed stu laty w wojnie z Imperium Romulańskim, zaczyna podejrzewać, że Spock jest romulańskim szpiegiem. Jego podejrzenia są tym bardziej niebezpieczne, że wydarzenia wokół zaczynają faktycznie sugerować obecność sabotażysty na pokładzie.

Balance of Terror jest doskonałym przykładem tego, jak zajmujące emocjonalnie mogą być historie nie pochłaniające wielkiego budżetu. W odcinku równocześnie prowadzone są trzy wątki. Głównym jest starcie dwóch statków i dowodzących nimi genialnych strategów: Kirka oraz romulańskiego dowódcy, do którego nabierzemy w trakcie oglądania wiele szacunku, ale którego imienia nigdy nie poznamy. Dwa kolejne wiążą się z wydarzeniami na obu pojazdach. Na Enterprise podejrzenia Stilesa i jego rosnąca ksenofobia, której tak nienawidzi Kirk, stają się przyczyną rosnących napięcia i kłopotów. Tymczasem na statku Romulan, autorytet dowódcy jest wciąż podważany przez młodego, ambitnego i pochodzącego z wpływowej kasty oficera, którego gniew i brak cierpliwości w sposób nieunikniony prowadzą do problemów.

Umieszczenie tych trzech wątków było genialnym posunięciem ze strony Schneidera. Główna oś fabularna trzyma w napięciu poprzez ukazanie wyrównanego pojedynku wielkich umysłów, jednak, zgodnie z ideą Star Treka, odcinek traktuje także o określonej kwestii społecznej. Stąd na pokładzie Enterprise’a pojawia się Stiles, człowiek nienawidzący za dawne zbrodnie, nie potrafiący przebaczyć przeszłym wrogom i noszący w sobie kiełkujące ziarno rasizmu. Wprowadza przez to dysonans w harmonijnym funkcjonowaniu załogi. By zachować równowagę sił, tak by główna oś nadal trzymała w napięciu, Schneider umieszcza podobnej natury spięcia wśród załogi romulańskiej, w ten sposób dając równe szanse obu stronom, a widzowi – teoretycznie przynajmniej – odbiera możliwość łatwego przewidywania wyniku kosmicznego starcia.

Romulanie!
Romulański dowódca na ekranie monitora Enterprise’a.
Romulański statek gwiezdny.

W tym kontekście nie dziwi, że scenarzyście w sukurs przyszły inspiracje kinem, traktującym o starciach z łodziami podwodnymi. Poprzez skupienie się na zagadnieniach strategicznych oraz ciągłych próbach zmuszenia przeciwnika do popełnienia taktycznego potknięcia widz nie tylko nie odczuwa braku spektakularnych scen akcji w przestrzeni kosmicznej, ale też w ogóle ich nie oczekuje. Uzupełniany wątkiem Stilesa, scenami narad Kirka z głównymi oficerami oraz niespodziewaną sugestią Spocka, by rozpocząć otwarty konflikt z romulańskim wrogiem, odcinek posiada wystarczająco wiele interesujących scen, by skupić uwagę każdego widza, dowodząc, że rozbuchane kosmiczne strzelaniny realizowane w kluczu kina akcji nie są Star Trekowi niezbędne. Warto przy okazji dodać, że – na przykładzie romulańskiego dowódcy – jest pokazane, że osoby z drugiej strony barykady, co należy odczytywać jako analogię do Żelaznej Kurtyny, są takimi samymi ludźmi. jak my. I jeśli tylko warunki polityczne byłyby odmienne, nic nie stałoby na przeszkodzie, by Kirk i Romulanin zostali przyjaciółmi.

Niestety, nie obyło się bez kilku drobnych niedociągnięć. Przede wszystkim, by dać podejrzeniom Stilesa więcej furii, zmuszono Spocka do pomyłki podczas reperacji uszkodzonych systemów. Wygląda ona jednak nieprawdopodobnie, tym bardziej, że oczekujemy, iż Vulkanin jako przedstawiciel swojej rasy podstawowych błędów popełniać nie będzie. Na tym etapie istnienia Star Treka jego postać wciąż była jednak dla wielu dość tajemnicza i być może oczekiwano, że widz faktycznie zwątpi w lojalność Spocka, co tylko wzmocni suspens. Jeśli takie było zamierzenie, to zostało ono unicestwione poprzez kolejność emisji odcinków przez telewizję. Balance of Terror wyemitowano dopiero jako 14. odcinek serialu, a już przedtem widzowie obejrzeli podwójną historię The Menagerie, w której lojalność kosmicznego członka załogi Enterprise’a również była poddawana w wątpliwość. O wiele lepszym pomysłem niż zastosowany byłoby zachowanie w odcinku wyciętych scen, które sugerują obecność szpiega na pokładzie i powstrzymanie się przed wprowadzaniem pomyłki Spocka.

Odcinek ucierpiał również nieco z powodu krótkiego czasu trwania. Niespełna 50 minut pozostawia spory niedosyt. Pod koniec dominuje wrażenie, jakby twórcy trochę pospieszali wydarzenia z powodu ograniczonego czasu emisji. Nazbyt proste oraz naiwne rozwiązanie kwestii Stilesa i brak dłuższego starcia z Romulanami szczególnie dają się we znaki. Można powiedzieć, że pod pewnymi względami zadośćuczyniono za ten drugi brak filmem Star Trek II: Gniew Khana (Nicholas Meyer, 1982), ale to już zupełnie inna historia.

Na koniec wypada jeszcze pochwalić aktorów. W Balance of Terror ograniczali się oni w kwestii nadmiernej ekspresji, przez co każda postać, prócz oczywiście Stilesa, jest bardzo zrównoważona i zdeterminowana. Wyróżnia się Mark Lenard w roli romulańskiego dowódcy, który stworzył bardzo dobrą kreację, nadającą wrogowi Kirka cech sfrustrowanego geniusza, rozdartego między narodową lojalnością a własnym sumieniem. Dzięki tej roli Lenard stanie się w przyszłości jednym z lepiej rozpoznawalnych aktorów drugiego planu w historii Star Treka, to jednak także jest historia na inną okazję…

STAR TREK
sezon 1, odcinek 9
What Are Little Girls Made Of?

Reżyseria: James Goldstone
Scenariusz: Robert Bloch
Data pierwszej emisji: 20.10.1966

Występują:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock
oraz
Michael Strong (gościnnie) – Roger Korby
Majel Barrett – Christine Chapel
Sherry Jackson – Andrea
Ted Cassidy – Ruk
Nichelle Nichols – Uhura
Harry Basch – Brown
Vince Deadrick – Mathews
Budd Albright – Rayburn

Niebezpieczne zejście do wnętrza planety.
Ruk jest gotów do zaatakowania.

„You think I could love a machine?”

Przy okazji pierwszego spotkania ze Star Trekiem pisałem, że serial był wyraźnie inspirowany klasykiem fantastyki naukowej w reżyserii Freda Wilcoxa pod tytułem Zakazana planeta (1956). Podobieństwa między dwoma tytułami do tej pory dotyczyły jednak tylko ramy fabularnej, gdzie ludzie latają własnym statkiem gwiezdnym i odwiedzają obce planety, co otwiera furtkę do dywagacji na temat różnych aspektów człowieczeństwa. Inaczej jest w przypadku epizodu What are Little Girls Made of?. Tym razem podobieństw między dwiema produkcjami jest znacznie więcej. W obu fabułach załoga statku gwiezdnego spotyka wybitnego naukowca, przebywającego na opuszczonej planecie, gdzie odnalazł pozostałości po niegdyś zamieszkującej tam, zaawansowanej technologicznie rasie. Obaj naukowcy są przekonani, że czynią dobro, podczas gdy w rzeczywistości ich działania wynikają śmiercią i cierpieniem innych. Ponadto  rozkazy/pragnienia obu badaczy zostają opacznie odczytanie przez obrońcę tajemnicy planety, co wynika tragicznymi wydarzeniami. W dodatku główna placówka badawcza, która zostaje zaprezentowana w What are Little Girls Made of?, znajduje się pod ziemią, a zastosowana paleta kolorów zdaje się nawiązywać do produkcji Wilcoxa. Kolejną analogią między Zakazaną planetą a omawianym odcinkiem jest fakt, że obaj naukowcy zajmują się tworzeniem mechanicznych form życia. O ile jednak Morbius u Wilcoxa swojego robota zrobił „mimochodem”, gdyż był mu potrzebną pomocą w pracy, o tyle umysł Rogera Korby’ego ze Star Treka jest prymarnie zawładnięty myślą tworzenia kolejnych androidów, jawiących mu się jako osiągnięcie nieśmiertelności.

Fabuła What are Little Girls Made of? kojarzy się także z piątym odcinkiem serialu, zatytułowanym The Man Trap, z powodu wprowadzenia postaci samotnego naukowca, przebywającego w ruinach niegdyś prężnie rozwijającej się cywilizacji i stykającego się z groźną istotą, którą wydaje mu się, że kontroluje. Omawiany epizod wypada jednak znacznie mniej zajmująco od swojego poprzednika. Choć Robert Bloch niewątpliwie należy do uznanych autorów science fiction, to tym razem dostarczył scenariusz naznaczony wieloma niedoróbkami. Tekst musiał być przez to wielokrotnie poprawiany, co z pewnością nie wpłynęło pozytywnie na finalny kształt. O wyreżyserowanie odcinka poproszono tymczasem Jamesa Goldstone’a, którego praca nad Where No Man Has Gone Before zyskała mu uznanie w oczach Roddenberry’ego i innych decydentów. Niestety, praca nad odcinkiem była odzwierciedleniem problemów ze scenariuszem. Ciągłe zmiany w fabule i inne trudności sprawiły, że okres zdjęciowy znacznie się przedłużył, a zniechęcony realizacyjnym chaosem reżyser już nigdy nie powrócił do Star Treka.

Odcinek naznaczony jest więc kilkoma istotnymi wadami, jednak najsilniej doskwiera widzowi jego aktorska monotonia. Rozbita jest tutaj bowiem całkowicie triada Kirk-Spock-McCoy. Poczciwy doktor w ogóle nie pojawia się w odcinku, a pierwszego oficera spotykamy tylko w kilku krótkich scenach. Z głównego rdzenia załogi pojawia się oprócz niego tylko Uhura, lecz jest to zdecydowanie zbyt krótki udział, by wzbogacić odcinek. Interesujące jest natomiast to, iż jest to jedyny raz w całym serialu, gdzie na niemal pierwszoplanową pozycję wysuwa się Christine Chapel. Podobnie jak McCoy w The Man Trap, tak i ona na odludnej planecie spotyka swoją dawną, lecz wciąż tlącą się miłość, przez co jej lojalność zostaje podzielona na dwie osoby: Kirka i Korby’ego. Majel Barrett kreuje jednak postać mało wyrazistą. Chapel ogranicza się do monotonnego smutku i permanentnego przebywania na skraju załamania, przerywanych przeskokami w stronę miłosnych egzaltacji. Nie pomagają zainteresować widza – szczególnie widza współczesnego – również androidy. Roznegliżowana i wyraźnie mająca skupić na sobie uwagę męskiej części widowni żeńska wersja sztucznej inteligencji, imieniem Andrea, w którą wciela się Sherry Jackson, zwykle z marnym skutkiem stara się nie pokazywać żadnych emocji. Postacią doktora Korby’ego tymczasem próbowano stworzyć przeciwwagę dla kapitana Kirka, lecz nieco teatralna, przesadna gra Stronga w połączeniu z ekspozycyjnymi kwestiami, które zbyt często informują nas o jego zamiarach, nie stanowią wielkiej zalety odcinka. Listę aktorów zamyka Ted Cassidy jako Ruk, który skupia wzrok oglądającego praktycznie tylko dzięki swojej potężnej posturze, niskiemu głosowi i makijażowi, kojarzącym się z monstrum dra Frankensteina z filmów Jamesa Whale’a. Choć twórcy ostatecznie nie wykorzystają w jakikolwiek interesujący sposób, to on właśnie pozostanie w naszej pamięci najdłużej po wyłączeniu telewizora.

Dr Korby wyjaśnia swój plan na nieśmiertelność.
Dr Korby przedstawia Anreę, zwyczajnego androida.
Kirk i Kirk-android.
Android czy nie, Kirk podbija serce kolejnej kobiety.

Kolejne poprawki scenariusza sprawiły również, że sama fabuła momentami traci na logice. Nagłe „oświecenie” Ruka, jak zagwarantować swoje przetrwanie, z jego niespodziewanym emocjonalnym wybuchem wypada dość żenująco i nadto spodziewanie. O wiele jednak gorszym pomysłem jest zakochanie się Andrei w Kirku. Dziewczyna-android niespodziewanie odnajduje w sobie ludzkie emocje, co wiąże się oczywiście z przesłaniem odcinka, lecz na ekranie wypada zupełnie nieprzekonująco. Jedynym wyjaśnieniem może być zbyt udane stworzenie mechanicznych form życia (motyw powtarzający się w Star Treku), które pragną czegoś więcej niż służenia biologicznym władcom. Dlaczego jednak jedni buntują się przeciw swym stwórcom (Ruk), inni pozostają lojalni (android-Kirk), a jeszcze inni zakochują się w ludziach (Andrea) – nie wiadomo. Możemy się tylko domyślać, iż związane jest to z ich zróżnicowaniem na podobieństwo ludzi, lecz jest to jedynie fanowskie uzupełnianie luk w scenariuszu.

Wątek żeńskiego androida posiada niestety jeszcze więcej przywar. Nie mogąc sobie poradzić z miłosnymi uniesieniami zaczyna siać w swoim oprogramowaniu zniszczenie, stając się z miejsca stereotypową kobietą (lat 60.). Ponadto zastanawia, dlaczego Korby, który zarzeka się, że Andrea jest dla niego tylko maszyną, rzeczą, wobec której nie posiada żadnych uczuć ani żadnego poza naukowym zainteresowaniem, została przez niego ubrana w tak skąpy i nacechowany erotycznym podtekstem strój, podczas gdy wszyscy pozostali mieszkańcy podziemnej jaskini są ubrani w stroje przypominające robocze kombinezony? Oczywiście odpowiedź na to pytanie znajduje się w przedmiotowym traktowaniu kobiet przez studio, które widząc atrakcyjną aktorkę prędko ubrało ją w ponętny kostium zupełnie nie przejmując się fabułą odcinka.

Przesłanie What Are Little Girls Made Of? można rozbić na dwie obawy. Po pierwsze obecna jest tutaj wyraźna przestroga przed zbytnim zaawansowaniem sztucznej inteligencji. Jeśli komputery, a w przyszłości androidy, cyborgi lub roboty, staną się zbyt podobne do ludzi, rozwiną w sobie ambicje i chęci zniszczenia swoich kreatorów. Odcinek nie udziela jednak jasnej odpowiedzi, czy całkiem zaprzestać prac w kierunku stworzenia sztucznej inteligencji, czy raczej czynić to ostrożnie, tak by nasze „monstrum Frankensteina” (vide Ruk) nie wymknęło się nam spod kontroli.

TURN ON SPOILER ALERT MISTER SULU!

Po drugie, w klasycznym stylu kina science fiction z poprzednich dekad, spotykamy „szalonego naukowca”, którego wielkie ambicje i szczere intencje zgubiły się w pragnieniu dokończenia eksperymentu, odrywającego go ostatecznie od rzeczywistości. Moralne kwestie nie zostają jednak odpowiednio wykorzystane. Wątek Korby’ego ostatecznie zostanie zrzucony na karb oprogramowania, jako że naukowiec okaże się na koniec androidem, stworzonym przez umierającego stwórcę na własne podobieństwo. Jako taki będzie tylko niewolnikiem algorytmów, które każą mu za wszelką cenę przetrwać i dokończyć eksperyment rozpoczęty przez prawdziwego Korby’ego. Wtedy też jego nikłe przejmowanie się ludzkim życiem znajduje wygodne usprawiedliwienie, a jego zachowanie bezpośrednio odnosi nas do obaw poruszonych w poprzednim akapicie.

TURN OFF SPOILER ALERT!

Wbrew powyższym zarzutom odcinek nie jest jednak zupełnie pozbawiony zalet. Zmagania Kirka z Rukiem oraz jego pierwsze w historii „przegadanie komputera” ukazują kapitana jako sprytnego, inteligentnego, a co ważniejsze nieugiętego przywódcę. Nieco może tylko doskwierać nikłe przejęcie się śmiercią dwóch członków ochrony. Ogólna fabuła, jeśli pominąć drażniące szczegóły, również przedstawia dość ciekawą opowieść, w której przechodzimy od miłosnego zauroczenia, poprzez zniewolenie oraz próby ucieczki, aż do słodko-gorzkiego finału. What Are Little Girls Made Of? stanowiłby udaną podróż przez bogate spektrum emocji i pomysłów, gdyby dopracować scenariusz i urozmaicić występujące postaci, które zdecydowanie mocniej skupiają na sobie uwagę występując w kontraście do siebie nawzajem niż osobno.

Mateusz R. Orzech

Obywatel NSK Państwa w Czasie. Prowadzi dział filmowy w Noir Cafe, publikuje w „Kulturze Liberalnej”, „Torii”, „artPapierze”… Mimo miłości do japońskiego kina, czeka na swój pierwszy kontakt z Vulcanami.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.