Star Trek. Pocztówki z ostatecznej granicy #2

Kobiety Harry'ego Mudda

8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) od dziś przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 2.: You represent Earth’s best, then?

The Corbomite Maneuver
Reżyseria: Jerry Sohl
Scenariusz: Joseph Sargent
Pierwsza emisja: 10.11.1966

Występują:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock
oraz
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Anthony Call – Dave Bailey
Grace Lee Whitney – Janice Rand
George Takei – Hikaru Sulu
James Doohan – Montgomery Scott
Nichelle Nichols – Uhura
Clint Howard – Balok

Pierwszym odcinkiem serialu zrealizowanym po akceptacji drugiego pilota przez NBC był The Corbomite Maneuver. Jako taki wprowadza on wiele elementów oraz postaci, które wejdą do kanonu Star Treka i mocno rozbudują jego mitologię. Przede wszystkim pojawiają się w nim aż trzy nowe postaci z głównego rdzenia załogi, w tym kompletujący „Wielką Trójcę” doktor Leonard „Bones” McCoy. W rolę tę wcielił się, zgodnie z wcześniejszym założeniem Gene’a Roddenberry’ego, DeForest Kelley, już wtedy dość szeroko kojarzony aktor, najczęściej występujący w różnorakich westernach. Częsta interpretacja relacji między protagonistami serialu głosi, iż McCoy jest personifikacją emocjonalnej strony człowieka, Spock intelektualnej, zaś kapitan Kirk musi pogodzić ze sobą dwie sprzeczne natury i podejmować słuszne decyzje oparte na obu poglądach, pokazując ostatecznie, że obie strony są w stanie egzystować w harmonii. Oczywiście, wszyscy bohaterowie posiadają własne osobowości, więc, zależnie od wizji danego scenarzysty, również i oni będą odnajdywać w sobie logiczne oraz emocjonalne strony.

Co warte być może większego podkreślenia, odcinek został otwarty kultowym monologiem kapitana Kirka:

Kosmos, ostateczna granica…
Oto są podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy. Poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

Monolog ów słychać podczas czołówki serialu i nie tylko nie zniknie on do ostatniego odcinka, lecz będzie także powracać w zmodyfikowanych formach w kolejnych serialach i filmach z uniwersum Star Treka, na stałe również przenikając do kultury masowej.

Kosmos, ostateczna granica…
Nichelle Nichols debiutuje jako Uhura.
Hikaru Sulu jest już pilotem, przy okazji widać nowe wersje uniformów – Spock ma na sobie niebieski uniform wydziału naukowego.

Odcinek stanowi także rozwinięcie przewodniego motywu antyrasistowskiego. Podczas omawiania Where No Man Has Gone Before wspominałem o Aldenie – pierwszej istotnej czarnoskórej postaci w amerykańskim serialu telewizyjnym. Choć usunięto go już po jednym występie, to natychmiast zastąpiono nową postacią. W The Corbomite Maneuver debiutuje bowiem Nichelle Nichols jako oficer komunikacyjna Uhura. Choć nie ma zbyt wielu kwestii do powiedzenia, stanowi niewątpliwą zaletę, m.in. także dzięki charakterystycznemu, nieco dumnemu sposobowi bycia, który sprawia, że ciężko ją zignorować. Ekipa pracująca nad Star Trekiem ponoć była zaskoczona jej przybyciem, ponieważ gdy Roddenberry ogłosił, że doda więcej kolorytu kapitańskiemu mostkowi, wszyscy sądzili, że jego komentarz dotyczy kostiumów, a nie czarnoskórej aktorki. Ostatnią z trzech debiutujących osób jest Janice Rand (Grace Lee Whitney), stanowiąca trzecioplanową postać. Mimo to, udało jej się zapisać w historii Star Treka i powracać w jego przyszłych inkarnacjach. Tymczasem jedyny wśród głównej załogi Azjata – Hikaru Sulu – przeszedł małą modyfikację. Został przeniesiony do wydziału dowodzenia jako jeden z pilotów Enterprise’a, gdzie pozostanie już na stałe. Dzięki temu może znacznie częściej pojawiać się w serialu.

Na tym zmiany się nie kończą. Zmodyfikowano też mundury i wprowadzono (choć jeszcze niekonsekwentnie) podział na kolory uniformów względem wydziałów. Warto też dodać, że część rekwizytów i scenografii również uległa zmianom, lecz nie są one na tyle istotne, by dłużej się przy nich zatrzymywać. Niemniej, należy wspomnieć, że w odcinku znajdziemy pierwszą informację dotyczącą pochodzenia załogi; gdy kapitan Kirk identyfikuje swój statek, stwierdza, że pochodzi ze Zjednoczonej Ziemi. Choć pomysł na tę państwo-planetę prędko zostanie porzucony, to sama idea Zjednoczonej Ziemi pozostanie i rozwinie się wraz z pojawieniem większego bytu: Zjednoczonej Federacji Planet. Dodam jeszcze na marginesie, że The Corbomite Maneuver jest pierwszym odcinkiem serialu nominowanym do nagrody Hugo w  kategorii Najlepsza Dramatyczna Prezentacja w 1967 roku.

Catchphrase!

Omawiając odcinek nie mogę pominąć milczeniem faktu, że to w nim właśnie pojawiają się aż trzy kultowe kwestie różnych członków załogi, jakie na stałe zagoszczą w tym i przyszłych serialach osadzonych w uniwersum. W dużej mierze to dzięki komentarzom oraz krótkim docinkom, czy też niesamowicie naturalnym dialogom kreującym autentyczne relacje między protagonistami, Star Trek tak mocno zapisuje się w pamięci widza, a jego postacie wydają się wprost przekraczać ekran telewizyjny, tworząc wrażenie swojej realności.

„Kim jestem, lekarzem czy konduktorem na księżycowym wahadłowcu?” pyta retorycznie McCoy po raz pierwszy używając słynnej wariacji na temat „Jestem lekarzem, a nie…”. Po chwili dodaje do siebie: „Hmm… jeśli reagowałbym za każdym razem, kiedy jakieś światełko zaczyna migać, skończyłbym mówiąc sam do siebie”.

„Częstotliwości wywoływania otwarte, sir” miłym głosem informuje po raz pierwszy Uhura. Powtarzać swoją kwestię będzie jeszcze wiele, wiele razy w ciągu kolejnych lat.

Kontynuowano również motyw logicznego podejścia Spocka do wydarzeń zachodzących wokół niego. W scenariuszu zanotowano, że Vulkanin ma ze strachem zareagować w scenie, w której pojawia się kosmita, Balok. Reżyser odcinka uznał to za cokolwiek nielogiczny pomysł i zasugerował Nimoyowi, by Spock ze spokojem powiedział tylko jedno słowo: „Fascynujące”. Od tej pory tak będzie wyglądała typowa reakcja Spocka na niesamowite zdarzenia, co mocno ukierunkuje jego charakter w stronę zimnych, logicznych wypowiedzi, z którymi go kojarzymy. Te zresztą wielokrotnie pojawiają się w The Corbomite Maneuver. Na przykład w scenie, gdy jeden z załogantów ze strachem stwierdzi, że pewien statek „leci prosto na nas!”, Vulkanin ze spokojem odpowie, że nie widzi powodu do podnoszenia głosu. Tego typu słownych wymian, a nawet potyczek ze Spockiem jest tutaj więcej.

Na koniec wspomnę o kapitanie, który zachowuje podejmowanie decyzji tylko dla siebie. Na sugestię, by otworzyć ogień do statku nieznanego pochodzenia, odpowiada: „Będę o tym pamiętał panie Bailey… kiedy zapanuje tutaj demokracja.” Nie ma to jak mądra „dyktatura”.

Bailey wpada w panikę.
Pierwszy kosmita, z jakim zetknął się kapitan Kirk – Balok.
Statek gwiezdny Baloka jest zdecydowanie większy od Enterprise’a.

Kilka słów o odcinku

Skoro już tak dużo o The Corbomite Maneuver napisałem, to wypada dodać o czym w ogóle on jest. Reżyser odcinka zaprasza nas do niego nietypowym ujęciem mostka, widzianym z góry pod bardzo ostrym kątem. W centrum dowodzenia spostrzegamy brak kapitana – wszelkie decyzje podejmuje jego zastępca, Spock. Już na wstępie wyłaniają się jedne z głównych zalet odcinka. Są nimi krótkie wymiany zdań między załogantami. Nie tylko pogłębiają one charakterystykę postaci i formują określone relacje między nimi, lecz również słucha się ich z przyjemnością, dzięki delikatnym, acz łatwo wychwytywanym pokładom humoru i ironii w nich zawartych. Są to zdecydowanie lepsze wymiany zdań niż często suche i ekspozycyjne kwestie z obu pilotów.

Sytuacja dla samego Enterprise’a rychło staje się mało wesoła. Kosmiczna boja, która nagle pojawiła się przed statkiem gwiezdnym, wciąż blokuje dalszą podróż. Kapitan, po skończeniu rutynowych badań medycznych, rusza by wysłuchać swoich oficerów i zdecydować, jak wyjść z zastanej sytuacji. Już na starcie nakreślono dwa sprzeczne poglądy, które musiały doczekać się consensusu w dalszej części odcinka. Jeden z oficerów, Bailey, ma wyraźne problemy z powstrzymywaniem emocji. W jego opinii pojazdy nieznanego – prawdopodobnie wrogiego – pochodzenia należy zwyczajnie zniszczyć. Jest to pogląd, który nie znajduje nawet najmniejszej aprobaty w oczach kapitana i, jak się zdaje, reszty załogantów. Bailey stanowi także problem dla samego Kirka jako dowódcy, który nie potrafi pokierować podkomendnym, mającym wyraźne problemy z psychicznym ciężarem coraz bardziej napiętej sytuacji.

Ta się zaognia, gdy boja zaczyna emitować szkodliwe promieniowanie. Kirk nie ma wyboru i wydaje rozkaz jej zniszczenia. Sprowadza to atencję Baloka, przedstawiciela obcej rasy, którego statek kosmiczny jest w stanie bez najmniejszych trudności rozprawić się z Enterprisem. Balok nie ma ochoty na słuchanie wymówek; daje załodze 10 minut na pożegnanie się i ewentualne modlitwy. Czy istnieje wyjście z tej sytuacji?

Wyjście, oczywiście, zawsze istnieje. Niestety w The Corbomite Maneuver niemal nie istnieje stopniowanie napięcia. Choć na początku szybko zmienia się panorama wydarzeń, to po pojawieniu się Baloka intensywność oraz tajemniczość odcinka ulatnia się i tylko siłą rozpędu zmierzamy do scen, gdy Spock wspomnie o szachach, a Kirk zmieni grę na pokera. Wtedy też powróci zaintrygowanie widza, zmniejszane jednak niepotrzebnie teatralną manierą Anthony’ego Calla oraz nieprzekonywującym, mimo że interesującym w warstwie ideowej, obcym (w którego wciela się Clint Howard, ostatnio widziany w finale 1. sezonu Star Trek: Discovery).

Ostatecznym rezultatem jest odcinek pomysłowy, choć zbyt nijaki w środkowych aktach. Ponadto postać Baileya, choć istotna ze względu na przesłanie odcinka, okazuje się zbyt pretekstowa, w dodatku też niezbyt przekonująco zagrana. Trzymające w napięciu początek i zakończenie oraz przesłanie, w połączeniu z wieloma błyskotliwymi dialogami oraz brak scen akcji, pokazujący, gdzie tkwi realna siła Star Treka sprawiają jednak, że trudno uznać The Corbomite Maneuver za nieudany. Wręcz przeciwnie: znajduje się w nim wiele elementów intrygujących nie tylko dla fanów serialu, co potwierdza choćby nominacja do nagrody Hugo.

Odcinek stanowi także kolejną, trzecią już z rzędu, wariację na temat spotykania potężnego adwersarza. O ile jednak z poprzednimi należało stoczyć realną walkę, o tyle Balok presuponuje inne treści. Fabuła tyczy się prymarnie trekowego tematu, czyli stykania z nieznanym oraz strachem, jaki nieznane w nas wzbudza. Częstym odruchem, szczególnie w przypadku nieznanego, które określa siebie jako nasz wróg, jest agresja, pojawiająca się tutaj za sprawą Baileya. Ostatecznie jednak agresja i nienawiść są złym rozwiązaniem. Rozum i poznanie sprawiają, że nieznane przestaje takie być, dzięki czemu traci swą traumatyczną moc. Co więcej, okazuje się, że to, czego się baliśmy samo było niepewne naszych intencji i stosowało jedynie reakcję obronną. Egocentryczny i ograniczony punkt widzenia prowadzić więc może wyłącznie do zgoła negatywnych skutków. Być może też fabułę odcinka możemy odczytać na inny sposób. Jako największe z możliwych zwycięstw nad adwersarzem, gdyż nie odniesione siłą, lecz poprzez gest dobrej woli zmieniający wroga w sprzymierzeńca.

Harry Mudd pojawia się po raz pierwszy.

Niezrealizowany pilot, zrealizowany odcinek

Mudd’s Women

Reżyseria: Harvey Hart
Scenariusz: Stephen Kandel; na podstawie pomysłu Gene’a Roddenberry’ego.
Pierwsza emisja: 13.10.1966

Występują:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock
oraz
DeForest Kelley – Leonard McCoy
Roger C. Carme (gościnnie) – Harcout Fenton Mudd
Karen Steele – Eve McHuron
Maggie Thrett – Ruth
Susan Denberg – Magda
James Doohan – Montgomery Scott
George Takei – Hikaru Sulu
Nichelle Nichols – Uhura
Jim Goodwin – John Farrell
Gene Dynarski – Ben
Jon Kowal – Herm
Seamon Glass – Benton
Jerry Foxworth – członek ochrony

W poprzednim spotkaniu ze Star Trekiem pisałem, że jednym z zaproponowanych pilotów była opowieść o kosmicznym alfonsie. Fabuła ta powstała w 1964 roku jako jeden z pomysłów na wtedy jeszcze znajdujący się w fazie przygotowywania projektu o nazwie Star Trek is…. Scenariusz był wtedy zatytułowany The Women, lecz prezentował w gruncie rzeczy tę samą opowieść, którą przeniesiono na ekran telewizyjny pod tytułem Mudd’s Women.

Ostateczny scenariusz 3. odcinka został napisany przez Stephena Kandela, który wymyślił postać Harry’ego Mudda, handlarza kobietami. Mudd wyewoluuje w przyszłości w ogólnie utalentowanego przemytnika i oszusta, o czym niedawno mogła przekonać się załoga statku gwiezdnego Discovery. Za czasów pierwszego serialu był on jednak kimś między antagonistą a comic relief. Gdy Mudd był już gotowy, Roddenberry wyszedł z pomysłem na narkotyk Wenus, zmieniający osobowość zażywającej go kobiety. Co jednak ciekawsze, to kilka nowych idei, które tu wprowadzono… i do których nigdy więcej nie powrócono. W tym kontekście najlepiej zapamiętana została scena, w jakiej Mudd pyta Spocka, czy jest w części Vulkaninem (używa przy tym przymiotnika Vulcanian, a nie, jak będzie stosowane później, Vulcan). Sugeruje to, że na tym etapie powstawania serialu, fizjonomia Spocka miała być częściowo ludzka, a częściowo Vulkańska, stąd też możliwe jest rozpoznanie jego mieszanego pochodzenia na podstawie wyglądu. Ostatecznie z idei tej zrezygnowano i Spock okazał się być takiej samej aparycji, jak wszyscy Vulkanie. Nie wszystkie cechy Spocka tu wprowadzone zostały jednak wyrzucone. Określono tu bowiem różnice w anatomii Vulkan względem ludzi. McCoy określa położenie serca u Spocka na dole, w lewym boku torsu. Informacje medyczne będą uzupełniane w kolejnych odcinkach serialu. Dodam jeszcze, że to w tym odcinku sławny romantyczny magnetyzm kapitana Kirka po raz pierwszy ratuje Enterprise.

Skoro już jesteśmy przy Mudd’s Women – wg mnie jednego z najgorszych odcinków serialu – warto przy okazji wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Otóż w dzisiejszych czasach oryginalny Star Trek jest często postrzegany poprzez pryzmat swojego bogactwa kolorów; obraz jest tu dość jasny, panele mienią się światełkami, interkomy są jasnoniebieskie, drzwi czerwone, mundury utrzymane w złotym, czerwonym i niebieskim kolorach, żywność i roślinność jest czasem zielona, czasem turkusowa, czasem różowa. Ze współczesnej perspektywy być może sprawia to nieco kiczowate i mało realistyczne wrażenie. Przoduje w tej kwestii Mudd’s Women, który to jest jednym z najbardziej kolorowych odcinków w całym serialu.

Kolorów było tak wiele z prostego powodu. NBC określało siebie mianem „pierwszej kolorowej telewizji”, stąd też twórcy serialu, zainspirowani zarówno oświadczeniem telewizji, jak i faktem, że pracują nad serialem ukazującym przyszłość, pozwolili Jerry’emu Finnermanowi na większą swobodę artystyczną i zachęcili go do eksperymentowania z oświetleniem, celem kreowania różnorodnej palety barw. Bardzo dobrze współgrało to z charakterem samego odcinka, a dodać trzeba, że Star Trek sam z siebie jest nader różnorodnym, nie tylko pod względem barw, serialem. Przyszłość w latach 60. była wszak inna jest niż teraz.

Przed połknięciem Wenus.
Po połknięciu Wenus.

Harcout Fenton Mudd i (nie do końca) jego kobiety

Mudd’s Women rozpoczyna się typowym już dla serialu nastrojem tajemnicy, gdy załoga napotyka nieznanego pochodzenia statek kosmiczny. Gdy pojazd nie reaguje na wezwania i rozpoczyna ucieczkę, Kirk wydaje rozkaz pościgu, szczególnie, iż prawdopodobnie znalezisko jest ziemskiego pochodzenia. Pogoń zabiera obie załogi prosto w pasmo asteroid, gdzie uciekający doszczętnie niszczą swój statek. Kapitan Enterprise’a decyduje się uratować im życie, tym samym wystawiając swój pojazd na liczne uszkodzenia. Uratowanym okazuje się być Harry Mudd, kosmiczny przemytnik, oszust i alfons. Wraz z nim na pokład trafia jego „towar”: trzy kobiety, które promieniują podejrzanie hipnotyzującą urodą, sprawiającą, że wszyscy mężczyźni natychmiast tracą dla nich głowę.

O ile sceny otwierające każą oczekiwać kolejnej fabuły cechowanej tajemnicą, elementami delikatnej grozy i napotykaniem nieznanego, w rzeczywistości odcinek przechodzi w stronę silnie moralizatorskiej, acz humorystycznej opowieści o kosmicznym przemytniku. Wynika to niestety wieloma dysonansami i archaizmami, które, choć w czasach powstania serialu zrobiły z Mudda postać popularną, to obecnie wzbudzają irytację swoją nielogicznością i slapstickiem. Trudno uwierzyć, że Harry’emu, zachowującemu się w duchu miałkich komedii, ktokolwiek jest w stanie zaufać choćby przez chwilę. W zetknięciu z pragmatyczną i realistycznie budowaną załogą Enterprise’a wada ta objawia się z podwójną siłą. Po drugie, scalenie ambitnych tematów oraz dramatu z komedią sprawia, że odcinek cierpi na wyraźne wahania nastroju, przechodząc z ckliwego romantyzmu w stronę nieco absurdalnej komedii, ostatecznie nie stając się ani jednym, ani drugim. Poza tym, w jaki sposób poprawiający cechy charakteru narkotyk jest w stanie zmienić uczesanie człowieka?

Mudd’s Women nie odnosi sukcesu również w przedstawianiu samych protagonistów. Wszyscy cierpią, na wzór samego odcinka, na wahania nastrojów, ani zupełnie nie poddając się narkotycznej magii kobiet, ani zupełnie nie stawiając jej oporu. Kobiety oraz Mudd również potrafią często zmieniać zdanie, przez co odcinek pod każdym niemal względem stanowi zbiór dywergencji. Na szczęście, znajomość z bohaterami oraz funkowy humor odcinka wystarczają, by go obejrzeć bez wielkich trudności i nie poczuć się zbyt znużonym. W dodatku nie odchodzi on od dobrej tradycji traktowania o tematach społecznych, przez co również zostaje w pamięci, zmuszając widza do krótkiej polemiki z twórcami. Do niej więc teraz przejdę.

Kapitan Kirk zawsze wie, jak postępować z kobietami.
William Shatner ponoć nie był fanem uniformów, używanych w serialu. Uważał, że są zbyt ciasne.

Krótka polemika z twórcami

Lejtmotyw odcinka jest dość prosty, niestety równocześnie mocno stereotypowy i zacofany, także w kontekście połowy lat 60., przez co spotkał się on z negatywnym odzewem ze strony niektórych środowisk kobiecych. Najwyrazistszym przykładem jest tu Eve, jedna z kobiet Mudda, która wyrwała się z nędznej egzystencji. Pochodzi ona z planety, gdzie nie mogła znaleźć sobie męża, a jej jedynym zajęciem było usługiwanie męskim członkom rodziny. Egzystencja taka napawała ją odrazą, pragnęła zmienić swoje życie, stąd też zaznajomiła się z Muddem i zaczęła zażywać narkotyk Wenus, sprawiający, że kobieta staje się „bardziej kobieca”. Jednak jakie życie wybiera następnie? Na innej, niemal bezludnej planecie, pragnie zostać partnerką pozbawionego ogłady górnika, któremu będzie usługiwać jako dobra żona. Żadnej szczególnej ambicji, żadnych prób wyrwania się ze stereotypowego i coraz bardziej archaicznego modelu biernej kobiety.

W tym kontekście większym „feministą” okazuje się być kapitan Kirk, który za pomocą sztuczki przekonuje Eve, że jest kobietą piękną; że jedyne, czego jej potrzeba, to wiary w samą siebie. Kiedy jej nabierze, będzie mogła sięgnąć po swoje marzenia. Inna sprawa, że jej marzeniem jest bierne bycie przy dość prostackim mężczyźnie, który jest wyraźnie dominującą stroną w związku.

Pozostałe dwie kobiety są zaprezentowane jako postacie negatywne, wykorzystujące narkotyk, by wyzyskiwać mężczyzn; mają jednak niezaprzeczalnie większe ambicje i większą wyobraźnię niż prezentowana jako postać pozytywna Eve. Przedstawienie kobiet ambitnych jako zepsutych femme fatale jawi się tu jako ostrzeżenie i/lub przesłanie informujące o szkodliwości takiej postawy. Dzisiaj bardziej jesteśmy w stanie zrozumieć je jako osoby próbujące wydostać się poza sztywne ramy narzucone przez społeczeństwo, choćby poprzez oszustwo, będące dla nich ostatnią deską ratunku.

W związku z powyższym, niepowetowaną stratą jest wycięcie scen, w których Mudd próbuje przekonać Uhurę do zażycia poprawiającego kobiecość narkotyku. Oficer odmawia jego przyjęcia, a podane przez nią powody, według osób, które przeczytały oryginalny scenariusz, doskonale uzupełniłyby temat odcinka oraz pokazałyby inny typ postaci kobiecej: pewnej siebie, na wysokim stanowisku, ambitnej, dodatkowo czarnoskórej, co byłoby odważnym krokiem w latach 60. Scena została wycięta, gdyż uznano ją za posiadającą zbyt wiele słów, przez co, według decydentów, znużyłaby widza.

Oczywiście w odcinku jest także zawarty drugi komentarz. Wyłania się z koncepcji narkotyku i udowadnia, że prawdziwe piękno pochodzi z wewnątrz, a nie ze sztucznego upiększania swojego ciała. W ten sposób tworzymy kłamstwo, nieprawdziwy wizerunek własnej osoby, która, choć piękna na zewnątrz, pozostaje jedynie atrakcyjnym na powierzchni kłamstwem.

Na tym zakończymy nasze kosmiczne wojaże. Nie na długo jednak, gdyż w następnym odcinku przydarzy się pierwsza z licznych awarii transporterów!

 

Mateusz R. Orzech

Obywatel NSK Państwa w Czasie. Prowadzi dział filmowy w Noir Cafe, publikuje w „Kulturze Liberalnej”, „Torii”, „artPapierze”… Mimo miłości do japońskiego kina, czeka na swój pierwszy kontakt z Vulcanami.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.