Star Trek. Pocztówki z ostatecznej granicy #1

Enterprise pojawia się po raz pierwszy w pełnej krasie
Share

8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2018 roku i oglądamy 6. serial aktorski oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) od dziś przyglądamy się także na łamach Kinomisji…

Odcinek 1.: You either think or sink pierwszy pilot / odcinek 0.

The Cage

Reżyseria: Robert Butler
Scenariusz: Gene Roddenberry
Rok produkcji: 1966
Pierwsza emisja: 04.10.1988

Aktorzy:
Jeffrey Hunter – Christopher Pike
Susan Oliver (gościnnie) – Vina
Leonard Nimoy – Spock
Majel Barrett – Numer Jeden
John Hoyt – Phillip Boyce
Peter Duryea – Jose Tyler
Laurel Goodwin – J. M. Colt

Gene Roddenberry i model Enterprise’a

Przed Star Trekiem

Astounding Stories to pulpowy magazyn o tematyce science-fiction, wydawany w Stanach Zjednoczonych od 1930 roku. Zawarte w nim opowieści o nieziemskich istotach i futurystycznych światach pobudzają wyobraźnię czytelników, wśród których w latach 40. znajdował się Gene Roddeberry. To właśnie dzięki Astounding Stories ówczesny pilot linii lotniczych na poważnie zainteresował się gatunkiem. Roddenberry zawsze marzył o czymś więcej niż lataniu samolotem i od pewnego już czasu planował zrezygnować z dotychczasowej pracy. Ostateczną decyzję o odejściu podjął po katastrofie pilotowanego przez siebie samolotu, po której sam wyciągał pasażerów z płonącego wraku. W 1948 roku porzucił lotnictwo, po czym znalazł zatrudnienie w zupełnie nowym medium: telewizji. Swoje pierwsze kroki stawiał na posadach scenarzysty i doradcy technicznego, nie zarabiał jednak wystarczająco dużo, żeby się utrzymać, toteż podjął się pracy policjanta. Na szczęście pierwsze sukcesy nadeszły względnie prędko i w 1956 roku mógł już całkowicie oddać się realizacji telewizyjnych pasji; warto przy okazji wspomnieć, że w tym samym roku miał także swoje pierwsze zawodowe zetknięcie z science-fiction jako producent odcinka The Secret Weapon of 117 serialu Chevron Hall of Stars. Kariera Amerykanina rozwijała się bardzo konsekwentnie i po kilku latach był w stanie wyprodukować swój własny serial telewizyjny, którym był The Lieutenant (1963-1964).

Realizowane do tej pory seriale zaczęły jednak w pierwszej połowie lat 60. tracić widownię. Z tego powodu podjęto decyzję o zamknięciu The Lieutenant i stworzeniu na jego miejsce serii nastawionej na przygodę i akcję. Był to obrót spraw, jakiego Roddenberry wyczekiwał, gdyż w 1960 roku stworzył koncept serialu science-fiction, który zatytułował Star Trek. Pierwszą wersję nowego pomysłu przedstawił 11 marca 1964 roku. Zatytułowana Star Trek is… zawierała opis serialu jako „pierwszego takiego konceptu z silnymi centralnymi postaciami”, obiecując równocześnie stałą grupę postaci drugoplanowych oraz połączenie akcji, przygody i fantastyki naukowej. Roddenberry także pisał: „I podczas utrzymywania znajomej centralnej lokacji i stałej obsady, [serial] realizowany w stylu antologii eksploruje różnorodne ludzkie doświadczenia”. Następnie przechodził do naszkicowania 6 przykładowych odcinków. Na tym etapie Roddenberry porównywał swój pomysł do popularnego serialowego westernu Wagon Train (1957-1965). Akcję osadził na pokładzie statku gwiezdnego SS Yorktown, umieszczając go w ogólnie pojętej przyszłości, gdzieś między rokiem 1995 a 2995. Jednym z kluczowych konceptów miało być skupienie się na paralelnych światach. Kapitan April (porównywany do Horatio Hornblowera) miał podczas swoich wędrówek napotykać planety o rozwoju biologicznym i społecznym podobnym do Ziemi w różnych etapach ewolucji. Miało to na celu nie tylko zwrócenie uwagi na konkretne zagadnienia z naszej historii, ale również pozwolić na poczynienie oszczędności budżetowych, jako że pomysł pozwalał na wielokrotne wykorzystywanie tych samych scenografii, rekwizytów i kostiumów.

Pierwsze ujęcie załogi i mostka w historii serii

Po zakończeniu prac nad The Lieutenant Roddenberry pokazał decydentom z MGM pierwszą wersję scenariusza pilotowego odcinka, lecz jego pomysł został odrzucony. Podobną decyzję podjęło CBS, preferujące wyprodukowanie bardziej familijnego Lost in Space (1965-1968), a scenariusz Roddenberry’ego uznające za zbyt intelektualny. Dopiero NBC zgodziło się dać szansę nowemu pomysłowi i zleciło Amerykaninowi napisanie trzech scenariuszy, z czego jeden miał zostać zaadaptowany jako pilot nowego serialu. Wybór padł na The Cage (przez krótki czas znany jako The Menagerie), którego pierwsza wersja pochodziła z 29 czerwca 1964 roku i została napisana na podstawie fabuły The New Cage opisanej w Star Trek is…. Po akceptacji pomysłu nastąpił czas na przygotowanie podwalin pod uniwersum Star Treka.

Gene Roddenberry zaprosił w tym celu do pomocy fizyka Harveya P. Lynna, który objął pozycję konsultanta naukowego, Pato Guzmana, który zasiadł na stanowisku kierownika artystycznego oraz Matta Jefferiesa, sprawującego pieczę nad wieloma projektami designerskimi. Wszyscy razem pracowali przez całe lato, aż we wrześniu 1964 roku stworzyli ostateczną wersję scenariusza The Cage. NBC zatwierdziło ją, udzielając tym samym pozwolenia na nakręcenie pilota.

Podstawa uniwersum Star Treka była w dość dużej mierze inspirowana filmem Freda Wilcoxa Zakazana planeta (Forbidden Planet, 1958), gdzie poznaliśmy pierwszy kosmiczny pojazd pod dowództwem ludzi. Film jest jednak intrygujący przede wszystkim dzięki atrakcyjnemu i płynnemu łączeniu klasycznych elementów eskapistycznej rozrywki z większymi ambicjami twórców. Odnaleźć w nim można tak różnorodne elementy, jak komediowe scenki z udziałem Robby’ego the Robota, tajemnicze i nawiązujące do kina przygodowego poznawanie obcej planety i enigmatycznych reliktów, a znalazło się też miejsce dla bestii niczym z kina grozy, implikującej dodatkowe treści poprzez nawiązania do myśli Sigmunda Freuda i psychoanalizy. Co więcej, fabuła Zakazanej planety jest oparta na Burzy Williama Shakespeare’a. Star Trek w wielu miejscach okazuje się podobny: tutaj również pojawia się statek gwiezdny dowodzony przez ludzi, odkrywa się nieznane planety i spotyka obce istoty, następuje połączenie nastrojów tajemnicy i grozy z akcją, humorem oraz ambicjami zawarcia przesłań i komentarzy społecznych, kulturowych i innych. Idee Roddenberry’ego były pod wieloma względami rozwinięciem pomysłów z produkcji Wilcoxa i wzbogaceniem ich o kolejne wątki oraz przesłania, które ostatecznie wykroczyły daleko poza zasięg Zakazanej planety.

Kapitan Pike i pan Spock – wtedy jeszcze nie pełniący funkcji pierwszego oficera

Pierwsza wędrówka

Gdy rozpoczęto proces kręcenia The Cage, w ekipie pojawiły się nowe osoby, z których przynajmniej kilka powinno zostać wymienionych w niniejszym streszczeniu genezy Star Treka: Morris Chapnick został asystentem Roddenberry’ego, a Franz Bechelin zastąpił Guzmana na pozycji kierownika artystycznego. Jefferies zaprojektował tymczasem większość elementów scenograficznych oraz jednego z głównych bohaterów serii: statek gwiezdny Enterprise, który stał się jednym z najlepiej rozpoznawalnych projektów w historii. Do stworzenia pierwszego odcinka zatrudniono także dwie osoby z kultowego The Outer Limits (1963-1965): Robert Justman został asystentem reżysera, a Byron Haskin został współproducentem. Oprócz nich pojawił się na planie także Fred Phillips, makijażysta, który stworzył charakterystyczne, spiczaste uszy pana Spocka – jednego z bohaterów Star Treka. Całkowity koszt produkcji The Cage wyniósł aż około 630,000 dolarów, co czyniło z niego najdroższego pilota telewizyjnego w historii tego medium do 1966 roku.

Pierwszymi aktorami, zatrudnionymi do nowego serialu byli żona Roddenberry’ego Majel Barrett w roli pierwszej oficer – inteligentnej i skrywającej emocje kobiety-pilota, oraz znający się z Roddenberrym z The Lieutenant Leonard Nimoy w roli kosmity, wspomnianego pana Spocka. Na tym etapie Spock był jednak zdecydowanie inną postacią niż logiczny Vulkanin, który stał się później najsłynniejszym bodaj bohaterem serii. Prócz małych różnic charakteryzatorskich, Spock z pierwszego pilota nie był pozbawiony emocji, nieraz więc zdarzy mu się krzyknąć czy uśmiechnąć. Taki wybór jego charakteru był podyktowany przede wszystkim dość stoicką prezencją pierwszego kapitana statku. Największe trudności sprawiło obsadzenie właśnie tej postaci. Kapitan April, później Winter, a ostatecznie Pike, otrzymał w końcu twarz Jeffreya Huntera, uzdolnionego, choć mało charyzmatycznego aktora. Ostatnie elementy układanki uzupełnili weteran fantastyki naukowej John Hoyt, który wcielił się w doktora Phillipa Boyce’a, oraz Peter Durvea jako Jose Tyler i Lurel Goodwin jako J.M. Colt.

Załoga Enterprise składała się więc z samych białych (prawdopodobnie) Amerykanów i kosmity nieznanego pochodzenia, choć charakterem nieodróżniającego się zbytnio od ludzi. Jedyną innowacją było umieszczenie postaci kobiecej na wysokim stanowisku decyzyjnym. Przemieszanie rasowe, na którym tak zależało Roddenberry’emu we wciąż podzielonej na tle etnicznym Ameryce, zostało przesunięte na drugi plan i obecne w postaci rozmaitych epizodycznych postaci. Mimo tego i tak stanowiło to nowatorskie i prekursorskie podejście, pokazujące możliwość pokojowej koegzystencji różnych kultur.

Odcinek spotkał się z bardzo przychylnym odzewem ze strony NBC, zaskoczonym tak realistycznym wyglądem serialu. Niestety pilotowy odcinek został odrzucony ze względu na jego nietypowość. Uznano, że znajduje się w nim zbyt mało akcji oraz elementów przygodowych oraz że umieszczenie postaci żeńskiej na tak wysokim stanowisku jest chybionym pomysłem, który będzie trudny do zaakceptowania przez widzów. Problemy nasuwał też makijaż Spocka, postrzegany za zbyt szatański. Mimo to, potencjał tkwiący w serii był dla wszystkich oczywisty. Studio podjęło decyzję bez precedensu o zrealizowaniu drugiego pilota z całkiem nową obsadą, choć z pozostawionym Leonardem Nimoyem jako panem Spockiem, na którego usunięcie nie zgodził się Roddenberry.

Pierwsze użycie transportera
Pierwsza odwiedzona planeta, Talos IV
Powierzchnia pierwszego, dziwnego, nowego świata

Recenzja odcinka

Załogę statku gwiezdnego Enterprise poznajemy po raz pierwszy, gdy otrzymuje wezwanie z prośbą o pomoc. Prędko okazuje się, że pochodzi ono z niedalekiej planety klasy M, czyli nadającej się do życia dla ludzi. Zanim jednak bohaterowie teleportują się na powierzchnię Talosa, poznamy bliżej zarówno członków załogi, jak i panujące między nimi relacje. Kapitan Pike jest stoickim, czującym olbrzymie brzemię odpowiedzialności człowiekiem. Jego przyjacielem jest doktor Boyle, z łatwością nawiązujący kontakty, starszy i dobroduszny lekarz. Spock, oficer naukowy, jest dość statyczną postacią, posiadającą dużą wiedzę, choć, prócz wyglądu, niewyróżniającą się niczym szczególnym. Zwraca na siebie natomiast uwagę Numer Jeden, czyli kobieta na stanowisku zastępcy kapitana; zainteresowanie wzbudza jednak bardziej łamaniem stereotypów kina lat 60. niż czymś szczególnym w swoim charakterze. Załoga nie jest ani zbyt różnorodna, ani wyrazista, brak w niej też postaci, które wchodziłyby między sobą w szczególnie intrygujące relacje lub konflikty. Poza tym, po udanych scenach otwierających odcinek, nadmierna ekspozycja trosk i wątpliwości kapitana, zaprezentowanych w niezwykle ostentacyjny sposób, wzbudza negatywne odczucia swoją sztucznością.

Tam, gdzie jednak nie domagają protagoniści, pomaga fabuła oraz nastrój. Nad wszystkim dominuje niezwykłe uczucie tajemniczości i niesamowitości. Nieco klaustrofobiczne przestrzenie statku oraz pomieszczeń w Talosiańskiej niewoli, gdzie niebawem znajdzie się kapitan, nieskończona pustka kosmosu, design stykający archaizm z ówczesnymi wyobrażeniami przyszłości, niepewność otoczenia, a do tego efekty dźwiękowe budujące odrealnione wrażenie, (szczególnie praca urządzeń Enterprise’a w tle) i zapadający w pamięć motyw przewodni Alexandra Courage’a tworzą wspaniałą audiowizualną otoczkę. Po zejściu na planetę dodatkowo towarzyszy nam niski, niepokojący dźwięk, który – jak się po chwili okazuje – wydają kwiaty na Talosie. Powolne poruszanie się w niewiadomym otoczeniu, obcowanie z prawdopodobnie niebezpiecznym, nieznanym na wczesnym etapie fabuły miejscem stanowi ogromną zaletę The Cage, kojarzącą się z najlepszymi produkcjami science-fiction w historii. Dodatkowego wrażenia niesamowitości dodają sami Talosianie, w których wcielają się kobiety, lecz mówiące męskim głosem. Poczucie oniryzmu świetnie zgrywa się z fabułą odcinka, co niewątpliwie stanowi jedną z największych zalet.

The Cage pokazuje bowiem, i to w świetnym stylu, działanie telepatii oraz wpływ iluzji – dwóch głównych atrybutów enigmatycznych Talosian. Jedyną wadą jest tu pomysł na niemożliwość czytania przez nich prymitywnych, brutalnych myśli. Idea cokolwiek nielogiczna, choć wymagana ze względu na ograniczony czas trwania odcinka. Sposób funkcjonowania iluzji jest tu jednak ujęty doskonale, przedstawiony pomysłowo, a przy tym niewymagający wielkiego budżetu. Pozwala też twórcom na dodanie scen akcji, które – choć stanowiły wtedy konieczność – nie były rozwiązaniem problemów. Warto zwrócić uwagę, że pomysł halucynacji i uzależnienia od rzeczywistości wirtualnej wyprzedza o wiele lat motywy fabularne, w które będą obfitować przyszłe odcinki Star Treka oraz kino science-fiction w ogóle. W The Cage pojawia się także częsty pomysł porywania ludzi przez potężniejsze istoty w celu badania/obserwacji/wystawienia na pokaz, nieraz powracający w Star Treku, a ostatnio widziany w inspirowanym serialami z uniwersum gwiezdnej wędrówki The Orville (2017-).

Talosianie – początkowo mieli wyglądem przypominać kraby, lecz z powodów budżetowych zmieniono ich wygląd na tańszy
Oprócz Pike’a Talosianie uwięzili także przedstawicieli innych ras
Dzięki telepatycznym wizjom, twórcy pokazali też inne planety poza Talosem IV
Słynne Oriońskie kobiety – pragnienie niemal każdego mężczyzny w galaktyce

W pierwszym pilocie serialu o samym uniwersum dowiadujemy się jednak niewiele; ponadto trudno uznać obecne tu informacje za kanoniczne, gdyż – podobnie jak zachowanie Spocka – zostaną one zmodyfikowane w późniejszych odcinkach. Oprócz niekonsekwencji w używaniu nazwy „prędkość warp”, zmienianej na „hiperprędkość” oraz pokonywania niemożliwych odległości, na niektórych uniformach obecny jest nadruk przedstawiający Ziemię, co sugeruje, że na tym etapie serialu planowano, by Enterprise i jego załoga pochodzili z naszej planety, a nie ze Zjednoczonej Federacji Planet, wprowadzonej dopiero później. Poza tym panuje tu silne wrażenie dominacji kulturowej Ameryki, które zostanie w przyszłości (nieco) zniesione i nie powróci w tak silnej formie aż do czasów serialu Star Trek: Enterprise (2001–2005).

„Albo żyjesz życiem – z siniakami, obdartymi kolanami i całą resztą – albo […] zaczynasz umierać.”

Odcinek skupia się głównie na dwóch tematach. Po pierwsze, na przykładzie Talosian obrazuje zagrożenie wirtualnych rzeczywistości. Więziona przez nich Vina w jednej ze scen mówi: „Kiedy sny stają się ważniejsze niż rzeczywistość, przestajesz podróżować, budować, tworzyć”. Ostrzeżenie szczególnie aktualne w obecnych, przesyconych Internetem, czasach. Kapitan Pike nie ma oczywiście zamiaru pogrążyć się w stagnacji i woli żyć, niż tylko biernie egzystować w wyimaginowanym świecie. Po drugie, w obliczu powyższego zagrożenia Numer Jeden wraz z kapitanem dokonują istotnego wyboru. Jeśli nie mogą żyć na wolności, to niewola, choćby najprzyjemniejsza, jest nie do zaakceptowania. Gdy nie pozostaje żadna inna możliwość ucieczki, Pike i jego pierwszy oficer decydują się poświęcić własne życia. Pierwszy odcinek propaguje więc wolność, współpracę międzyrasową oraz motywuje do działania w celu tworzenia lepszej przyszłości.

STAR TREK
odcinek 1. / drugi pilot

Where No Man Has Gone Before

Reżyseria: James Goldstone
Scenariusz: Samuel A. Peeples
Pierwsza emisja: 22.09.1966

Aktorzy:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock
oraz
George Takei – Hikaru Sulu
James Doohan – Montgomery Scott
Lloyd Haynes – Alden
Andrea Dromm – Smith
Gary Lockwood (gościnnie) – Gary Mitchell
Sally Kellerman (gościnnie) – Elisabeth Dehr

Leonard Nimoy powraca jako pan Spock, główny oficer naukowy i zastępca kapitana. Po jego lewej widać słynne trójwymiarowe szachy

Między pilotami

Jak było wcześniej wspomniane, NBC, choć odrzuciło pierwszy pilot serialu, nie miało najmniejszej ochoty zamknąć całego projektu. Tym większa była chęć kontynuacji, że stacja wydała na Star Treka ponad 630 tys. dolarów, z których nie zwrócił się jeszcze ani cent. Zażądano więc napisania trzech nowych scenariuszy, z których jeden miał zostać wybrany do realizacji drugiego pilota. Tak też się stało.

Z trzech zaproponowanych pomysłów wszystkie miały swoje wady i zalety. The Omega Glory Roddenberry’ego cechował się pokazywaniem paralelnych światów, ponadto nie wymagał zbudowania nowych elementów scenografii, co zaoszczędziłoby studiu pieniędzy. Ostatecznie jednak uznano, że scenariusz nie jest wystarczająco dobry, by go zaadaptować jako pilotowy odcinek. Drugim pomysłem był Mudd’s Women Roddenberry’ego i Stephena Kandela. Kwestie finansowe ponownie przemawiały na korzyść scenariusza, lecz pojawia się w nim międzygalaktyczny alfons, parający się sprzedawaniem kobiet. Pomysł uznano przez to za zbyt drażliwy, toteż z niego zrezygnowano. Ostatnim zaproponowanym scenariuszem był Where No Man Has Gone Before, już na poziomie tytułu ujawniający się jako najpotężniejszy ze wszystkich trzech. Choć wymagał stworzenia nowych scenografii i efektów specjalnych, to on właśnie został wybrany jako drugi pilot. Gwoli ścisłości należy jednak dodać, że pozostałe dwa scenariusze również zostały później przeniesione na ekran telewizyjny.

Najwidoczniejszymi zmianami względem poprzedniego pilota były oczywiście zmiany aktorskie. Zaprezentowano tu przede wszystkim pierwsze dwie osoby z tzw. wielkiej trójcy Star Treka, czyli kapitana Jamesa T. Kirka (przez pomyłkę podpisanego tu jako James R. Kirk) oraz jego zastępcę i oficera naukowego pana Spocka. Spock nie był już oczywiście tą samą postacią, co poprzednio. Zmienił charakter na logiczny, niemal pozbawiony emocji, charakterystyczny dla Vulkan. Spock jest jednak Vulcaninem tylko w połowie; drugą połowę posiada jak najbardziej ludzką, stąd wytłumaczenie znalazły jego okazjonalne ujawnianie głęboko skrytych, jakże mało vulkańskich emocji, co stanowiło zalążek późniejszego eksplorowania skonfrontowanej wewnętrznie duszy zastępcy kapitana. Zmienił się także jego wygląd. Uszy Spocka stały się mniejsze, brwi mniej krzaczaste, za to bardziej podniesione, ponadto otrzymał grzywkę – od tej pory charakterystyczne uczesanie Vulcan i później także Romulan. Z klasycznych załogantów w Where No Man Has Gone Before debiutują także Hikaru Sulu oraz główny oficer techniczny Szkot Montgomery Scott.

William Shatner jako kapitan Kirk

Aktorem, który okazał się najważniejszy przy dobieraniu nowej załogi, był bezsprzecznie William Shatner, odgrywający rolę kapitana Enterprise’a, Jamesa Kirka. Był on trzecim aktorem, któremu zaproponowano rolę, przed nim oferty otrzymali Jack Lord i Lloyd Bridges. Jednak to wytrenowany w szekspirowskim teatrze Kanadyjczyk, z typowymi dla swojej osoby pewnością siebie oraz nieco ironicznym uśmiechem częstokroć pojawiającym się na jego twarzy stworzył nadzwyczaj wyrazistą postać, idealnie współgrającą z niemal pozbawionym emocji Spockiem. Stworzony w ten sposób kontrast sprawił, że przyjaźń między bohaterami stała się natychmiast jedną z głównych zalet serialu. Johna Hoyta w roli pokładowego lekarza zastąpił tymczasem Paul Fix. Roddenberry nie był zadowolony z żadnego z aktorów i zdecydował, że jeśli serial zostanie wybrany do dalszej produkcji, zatrudni w tej roli DeForesta Kelleya. Oba poprzednie wybory aktorskie zostały podjęte przez reżyserów odcinków mimo sprzeciwu Roddenberry’ego.

Antyrasistowskie przesłanie Star Treka, nawołujące do zgodnej współpracy ludzkości dla stworzenia wspólnej, lepszej przyszłości również zostało rozwinięte względem poprzedniego pilota. Choć nadal wśród protagonistów brakuje postaci, które nie byłyby białe, to pojawiają się postaci drugoplanowe o innych kolorach skóry. Azjata Hikaru Sulu, choć niewiele mówi, został przedstawiony jako ważny i inteligentny bohater, którego główną siłą jest matematyka. Najbardziej jednak twórcy zadowoleni byli z postaci Aldena, w którego wcielił się Lloyd Haynes. Był to pierwszy w historii seriali telewizyjnych w USA Afroamerykanin, który otrzymał do zagrania tak istotną rolę. Choć ostatecznie uznano jego postać za nudną i mało interesującą, to precedens został ustanowiony i rozwijany w kolejnych odcinkach.

To, co jednak zdecydowało o zaakceptowaniu pilota przez NBC oraz udzieleniu zgody na stworzenie serialu, to pojedynek na pięści, pojawiający się w finalnych partiach odcinka. Tak przynajmniej twierdził Roddenberry, wg którego telewizja nie zatwierdziłaby Star Treka, gdyby był „tylko” intelektualnym podejściem do tematyki science-fiction. Po zaakceptowaniu pilota podjęto natychmiast decyzję o stworzeniu kolejnych odcinków, przez co ostatecznie wyemitowano Where No Man Has Gone Before jako trzeci z nich, gdyż uznano go za zbyt ekspozycyjny. Przed nim widzowie telewizyjni obejrzeli The Man Trap oraz Charlie X.

Enterprise leci w nieznane…

Recenzja odcinka

Odcinek niemal natychmiast rozpoczyna się budowaniem suspensu, tworzonym poprzez wprowadzenie dwóch związanych ze sobą tajemnic. Pierwsza scena stanowi jednak krótkie wprowadzenie głównych bohaterów serialu: kapitana Jamesa T. Kirka oraz jego zastępcy, pana Spocka. Poznajemy ich, gdy grają w trójwymiarowe szachy; podejście każdego z nich do rozgrywki pozwala w naturalny sposób przedstawić pozytywny i nieco nieprzewidywalny charakter kapitana oraz logiczny, pozbawiony emocji umysł Spocka. Choć ich introdukcja przebiega nieco sztucznie (Kirk: „Czy kiedykolwiek wspominałem, że gra pan bardzo irytująco w szachy, panie Spock?” Spock: „Irytująco? Ach tak. Jedna z waszych ziemskich emocji.”), to skutecznie wprowadza w bardzo szybkim tempie kontrast między logiką a emocjami, który będzie kontynuowany przez cały odcinek. Psychiatra Dehr zarzuci niebawem Spockowi zimny, kalkujący umysł, który nie pozwala na dostrzeganie piękna, a gdy Kirk spyta Vulkanina, skąd pochodzi jego pewność, ten odpowie (odpowiadając na wcześniejsze słowa psychiatry): „Ona czuje [emocje]. Ja nie. Dla mnie istnieje tylko logika.” Logicznym okazuje się więc, że to Spock ma rację.

Kirk zaś przez cały odcinek udowadnia, że jest kapitanem, który ma świetny kontakt ze swoją załogą, nie ma problemów z kobietami, jest sprawiedliwy, zawsze wysłuchuje wszystkich swoich oficerów i – choć wypełniają go czasem sprzeczne emocje –  nie boi się podjąć odważnych decyzji, w tym poświęcić siebie dla dobra załogi i Enterprise’a. Został więc wykreowany na kapitana prawie idealnego, lecz niepozbawionego słabości, co jest prostym i skutecznym zabiegiem, czyniącym z niego bardzo ludzką postać.

Akcja odcinka ma miejsce 13 lat po The Cage. Główny wątek rozpoczyna się, gdy załoga wykrywa wystrzelony fragment sprzętu z zaginionego 200 lat temu statku gwiezdnego. Był to pojazd, który próbował przekroczyć granicę naszej galaktyki, czyli wykonać zadanie powtarzane obecnie przez Enterprise. Znalezisko, którym okazuje się być pokładowy komputer, jest mocno zniszczone, a zawarte w nim dane wskazują, że kapitan feralnego statku wydał rozkaz autodestrukcji. Poza tym wykazywał niepokojąco duże zainteresowanie kwestią percepcji pozazmysłowej u ludzi. Wszystko się komplikuje, gdy Enterprise napotyka nieznane promieniowanie. W wyniku zetknięcia z tajemniczą siłą dziewięć osób umiera, statek traci główny napęd, a Gary Mitchell – jeden z oficerów i bliski przyjaciel Kirka – budzi się z nowymi zdolnościami. Zdolnościami, które bez przerwy zwiększają swoją moc, wpływając równocześnie na jego psychikę. Czy jesteśmy świadkami narodzin nowego boga?

Rozpoczyna się przemiana Gary’ego Mitchella

Choć pojawia się tutaj kilka zgrzytów w logice scenariusza, głównie powodowanych niemożliwością pokazania pewnych zdolności na ekranie (nie tylko z winy ograniczeń budżetowych, lecz przede wszystkim technicznych), to historia jest zbudowana wyjątkowo udanie. Stopniowanie napięcia jest wielkim plusem, a starcie sprzecznych poglądów pozwala na zwiększenie dynamizmu odcinka, a także pomaga w ustanowieniu charakterów poszczególnych postaci. Mimo że zdarzą się momenty niepotrzebnie melodramatyczne, a czasem powiedziane zostaje nam to, co oczywiste, to te drobne potknięcia są całkowicie do wybaczenia.

Where No Man Has Gone Before podobnie jak pierwszy pilot bardzo mocno skupia się na budowaniu nastroju tajemnicy i odrealnienia. Telekineza, mutacje, dywagacje na temat władzy i Boga, kosmiczne osamotnienie w połączeniu z dziwnymi dźwiękami statku, które tworzą fantastyczne tło, sprawiają, że powstał odcinek określany przez niektórych jako najbardziej psychodeliczny w historii Star Treka, a „boski” Mitchell zainspiruje kolejne pokolenia twórców i powróci w książkach oraz komiksach inspirowanych serialem, zapadając na zawsze w pamięć fanów. Pod koniec odcinka niestety jesteśmy zmuszeni obejrzeć niezbyt porywającą scenę bijatyki, lecz nawet w jej trakcie specyfika serialu daje o sobie znać, wzbogacając ją o elementy równocześnie moralizatorskie i surrealne przy użyciu bardzo tanich, acz efektywnych trików.

Oprócz nastroju, interesującej fabuły związanej z powolnym wzrostem umiejętności Mitchella i zderzenia poglądów rozemocjonowanej pani psychiatry oraz spokojnego pana Spocka, wielką zaletą są kreacje aktorskie tworzące żywe, bardzo naturalne postacie. Naturalność ta objawia się szczególnie w przypadku Shatnera, który nadaje Kirkowi wiele odruchów i mimikę, którą aktor cechuje się w życiu codziennym. Nimroy również wypada udanie, tworząc bodaj najbardziej zapadającego w pamięć bohatera w historii Star Treka; widać przy tym, że o wiele lepiej czuje się w skórze logicznego Spocka niż tego z The Cage. Pod względem aktorskim Where No Man Has Gone Before wypada zdecydowanie korzystniej od poprzednika.

Serial startuje tym samym z bardzo wysokiego poziomu. W okresie powstania Star Treka jedynie brytyjski Dr Who (1963-) mógł z nim rywalizować w kategorii najciekawszego serialu sci-fi. I choć w najbliższych latach elementy fantastyczne zagoszczą w wielu programach, jak choćby w genialnym The Prisoner (1967-1968), to nie tylko na polu kosmicznych wędrówek, lecz fantastyki jako takiej, trudno będzie stworzyć serię tak udaną jak Star Trek.

Mitchell popisuje się telekinezą. Z tyłu pan Spock ze starym, szybko porzuconym projektem fazerów, pochodzącym z The Cage
Rafineria na bezludnej planecie Delta Vega
Obligatoryjne sceny akcji umieszczono w finale

„Więc porozmawiajmy o ludziach! O naszych słabościach!”

Prócz charakterystycznego dla serialu przesłania kooperacji narodów i braku podziałów, Where No Man Has Gone Before skupia się przede wszystkim na rosnących mocach Gary’ego Mitchella. Czy człowiek jest gotowy na następny krok w ewolucji? Zdecydowanie nie, jak udowadnia zachowanie oficera ogarniętego manią wielkości i traktującego ludzi jak robaki, które należy rozdeptać. Silne emocje, chciwość, żądza władzy, nienasycenie, wywyższanie się oraz brak współczucia okazują się głównymi przywarami człowieka, dyskwalifikującymi go wobec rosnącej nieproporcjonalnie do rozsądku mocy. Ludzie rozwijają się (i swoje wynalazki) szybciej, niż rozwijają się ich umiejętności, wyobraźnia oraz zdolności współczucia czy „zwyczajna” mądrość. Głosem rozsądku wobec postrzegającego siebie jako Boga Mitchella staje się kapitan Kirk, który stwierdza, na wypadek jeśli sami się nie domyśliliśmy, że absolutna władza psuje absolutnie oraz że bóg ponad wszystko potrzebuje współczucia. Jego słowa uzupełnia Spock, którego zimny rozsądek, choć nie pozbawiony – ponownie – współczucia (wskazówka, że jest postacią par excellence pozytywną), równoważy ślepą, bezkrytyczną wiarę w ludzką umiejętność panowania nad prymitywnymi popędami oraz pokazuje, że zbyt silne emocje mogą prowadzić do zguby.

(Wiele informacji umieszczonych w tekście pochodzi z takich źródeł, jak komentarze i materiały zawarte w wydaniach serialu na Blu-rayu czy z różnych produkcji dokumentalnych. Nieocenionym źródłem wiedzy nt. uniwersum jest również strona Memory Alpha.)

Mateusz R. Orzech

Obywatel NSK Państwa w Czasie. Prowadzi dział filmowy w Noir Cafe, publikuje w „Kulturze Liberalnej”, „Torii”, „artPapierze”… Mimo miłości do japońskiego kina, czeka na swój pierwszy kontakt z Vulcanami.

2 Komentarze

  1. Świetny pomysł na serię. Zamierzasz w ten sposób przeanalizować całość? Za klasyczną serię zabieram się jak sójka za morze, choć filmy i pozostałe połknąłem w całości,a „Discovery” bardzo mi się podoba. Wspomniany „The Orville” jako wersja śmieszkowa i bardziej „tradycyjna” też rewelacyjny. Będę śledził i może się w końcu do oryginalnej serii przekonam. Pozdrawiam! :)

    • Dzięki za miłe słowa! Będę się szczególnie przyglądał najważniejszym i najciekawszym pozycjom z uniwersum: odcinkom, filmom, ale też i wybranym książkom, aczkolwiek postaram się nie pominąć zupełnie tych mniej intrygujących. Ja swoją przygodę w kosmosie zaczynałem od „Star Trek: The Next Generation”, ale to oryginalna załoga stała się moją pierwszą miłością z gatunku science-fiction, toteż sądzę, że mimo licznych archaizmów także i współcześnie można się do niej bezproblemowo przekonać (m.in. poprzez sięgnięcie po wersję z nowymi efektami specjalnymi). Do zobaczenia niebawem, live long and prosper. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.