Spalone ofiary (1976). Dom zły

Fragment okładki brytyjskiego wydania Blu-ray (Arrow Video)

Jest coś mistycznego w starych domach, przez co historie wielu takich budynków obrastają w legendy i stają się idealnym tematem dla horroru. Tak jak zbudowany w 1899 roku Dunsmuir House w Oakland w Kalifornii, który posłużył za główną lokalizację w filmie Spalone ofiary. Jest to adaptacja powieści Roberta Marasco, w której akcja toczy się wokół posiadłości w North Fork w hrabstwie Suffolk. Reżyserem jest Dan Curtis, twórca upiornej opery mydlanej Dark Shadows (1966–1971), licznych horrorów telewizyjnych oraz miniseriali Wichry wojny (1983) oraz Wojna i pamięć (1988-1989). Spośród jego produkcji kinowych niepokojące i wspaniale obsadzone Spalone ofiary są tym, co być może najbardziej warto przypomnieć.

Ben Rolf wraz z żoną, synem i ciotką zamierzają przez lato odpocząć od zgiełku nowojorskiej dzielnicy Queens i w tym celu wynajmują rezydencję pamiętającą czasy przełomu XIX i XX stulecia. Zbudowana w stylu nowego klasycyzmu budowla przyciąga szczególnie żonę Bena. Mężczyzna nie jest przekonany, by tu zamieszkać. Jego podejrzenia budzi szczególnie fakt, że właściciele, rodzeństwo Allardyce, zamierzają zostawić 85-letnią matkę pod ich opieką. Ale pewien schemat musi być zachowany – jeśli bohaterowie oglądają mroczną posiadłość z zamiarem wynajmu, to mimo początkowych wątpliwości oferta i tak okaże się zbyt kusząca, by ją odrzucić. Nie inaczej jest w omawianej produkcji. Rodzina Rolfów wkrótce wprowadzi się do rezydencji, a widz będzie obserwował, jak stopniowo wpływa ona na tych ludzi. Urządzone w starym stylu wnętrza i otaczający willę ogród mają w sobie jakąś energię, która opanowuje dusze jej mieszkańców.

Film trwa niecałe dwie godziny, jak na horror to dużo czasu, ale dzięki umiejętnie kreowanej i podtrzymywanej atmosferze grozy oraz systematycznym dawkowaniu niepokojących detali, nie odczuwa się nudy, lecz dojmującą ciekawość. Nad scenariuszem czuwał obdarzony nieprzeciętną wyobraźnią William Francis Nolan, współautor powieści Ucieczka Logana (1967), a reżyser wraz z operatorem Jacques’em R. Marquette’em nasycili historię mocnym, kontrastowym światłem. Ukształtowani w telewizyjnym studio filmowcy zastosowali masę zbliżeń i ciasnych kadrów, co w fabule typu ghost story podziałało na korzyść i wzmocniło duszną aurę. Dobrze działa tu także muzyka Boba Coberta z odpowiednią liczbą „nawiedzonych” nut i muzycznych wykrzykników oraz nostalgiczną, płynącą z pozytywki kołysanką.

Mimo prostej intrygi film ma przewagę nad innymi produkcjami tego typu – zapewnia mu ją znakomita obsada. Karen Black popadła już w zapomnienie, ale w latach 70. była ceniona przez reżyserów. Zaliczyła udane występy u Boba Rafelsona, Jacka Claytona, Johna Schlesingera, Roberta Altmana i Alfreda Hitchcocka, a później także rolę u Lecha Majewskiego w Locie świerkowej gęsi (1986). Wśród horrorów z jej udziałem wyróżniają się dwie produkcje Dana Curtisa: telewizyjny Trilogy of Terror (1975) i właśnie Spalone ofiary. Postać Marian Rolf to kobieta nieco już zmęczona pracą swojego męża i wychowywaniem syna, pragnąca jakiejś odmiany w swoim życiu. Domostwo ze swoim staroświeckim klimatem, starymi fotografiami i melodią pozytywki fascynuje ją do tego stopnia, że staje się obsesją, wciąga kobietę w pozazmysłowy świat.

Zupełnie inaczej dom wpływa na ojca rodziny, Bena Rolfa. Podczas zabawy w basenie, na oczach przerażonej ciotki, próbuje utopić własnego syna. Ponoć w każdym człowieku tkwi szaleństwo, ale najczęściej trwa w uśpieniu i obudzić je mogą różne czynniki. W tym przypadku są to czynniki paranormalne – dom karmiący się ludzkimi duszami, drwiący z przywiązania jakie łączy rodzinę, podsuwający upiorne sny, by zwiększyć strach i niepokój. Rolę Bena Rolfa zagrał Oliver Reed, zazwyczaj dobrze odnajdujący się w mrocznej, wymagającej dwuznaczności, konwencji (zagrał między innymi w horrorach wytwórni Hammer The Curse of the Werewolf [1961]i Paranoiac [1963]).

Chociaż opowieść wydaje się dość stereotypowa, można ją uznać za początek nurtu filmów o nawiedzonych domach, w skład którego wchodzą bardziej dziś znane produkcje z przełomu lat 70. i 80. Mowa o Horrorze Amityville (1979) Stuarta Rosenberga, Lśnieniu (1980) Stanleya Kubricka i Duchu (1982) Tobe’a Hoopera / Stevena Spielberga. W każdym z nich obserwujemy zmagania amerykańskiej rodziny po przeprowadzce do posiadłości, w której murach działa zła energia mająca swoje pochodzenie w mrocznych wydarzeniach z przeszłości. Pierwowzory literackie dwóch pierwszych ujrzały światło dzienne w 1977, więc ani Dan Curtis i William Nolan, ani tym bardziej Robert Marasco, autor książki z 1973, nie mogli się nimi inspirować.

Czy istotnie mamy tu do czynienia z klasyczną opowieścią o duchach? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy wejść na grunt spoilerowy. Tytułowe Burnt Offerings, czyli ofiary całopalne, to rodzaj obrzędu, w którym ktoś musi umrzeć, by coś się uzdrowiło, odżyło na nowo. Dom potrzebuje ludzkich ofiar, by umrzeć i ponownie stanąć dumnie na silnych fundamentach, przyciągając kolejnych, nieświadomych zagrożenia najemców. Inne ważne pytanie brzmi: Kim jest tajemnicza „matka”, ponad 80-letnia pani Allardyce, której na ekranie nie możemy zobaczyć? Równie wiekowe jest domostwo, więc nasuwa się myśl, że pani Allardyce to nie kobieta, lecz owa posiadłość. I nie odżywia się ona zostawianym pod drzwiami jedzeniem, ale krwią i strachem jej mieszkańców. A także ich życiem, dzięki czemu sama umiera, by się odrodzić.

Warto ten film odkryć na nowo. Mimo użytych w nim telewizyjnych chwytów jest to solidna porcja wrażeń, która także dziś może się dobrze sprzedać dzięki skutecznemu prowadzeniu kamery i wybornemu aktorstwu (oprócz wspomnianych wykonawców jest jeszcze m.in. świetna Bette Davis w roli sympatycznej ciotki). Reżyser skoncentrował swoją uwagę na budowaniu atmosfery, powolnym ukazywaniu narastającego poczucia zagrożenia, unikając przy tym efekciarskich jump-scarów czy soczystego gore. Powstało kino zasadniczo skromne, ukrywające swoją siłę w cieniu bardziej spektakularnych horrorów z 1976 roku, takich jak Omen i Carrie. Produkcja Dana Curtisa nie jest uważana za pozycję obowiązkową dla miłośników gatunku, ale to ten rodzaj filmu, który z czasem zyskuje – jest jak ta budowla z końca XIX wieku, która po latach odżywa, stając się obiektem fascynacji i tematem do rozważań.

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.