Spag-West Mania: Requiescant (1967)

Share

Zmarły niewiele ponad 3 lata temu Carlo Lizzani był zaangażowanym politycznie reżyserem, który przygodę z kinem rozpoczął od neorealizmu (jako scenarzysta, m.in. współautor kanonicznego Gorzkiego ryżu [1949]) oraz dokumentalizmu (jako reżyser), a który później specjalizować się zaczął w rozmaitych utworach gatunkowych, za sprawą dramatów kryminalnych Wake Up and Kill (1966), Bandyci w Mediolanie (1968) i Barbagia (1969) stając się prekursorem brutalnego nurtu poliziottesco. Niezależnie jednak od tego, za jakie gatunki by się nie zabierał – a na koncie obok filmów kryminalnych czy wojennych ma choćby komedię erotyczną – zapamiętany został jako twórca, który w swoich obrazach kładł duży nacisk na realizm i/lub treści ideologiczno-polityczne. Cech tych wyzbyty jest pierwszy z jego dwóch spaghetti westernów, zrealizowany w 1966 roku The Hills Run Red, który chociaż dziś jest obrazem zapomnianym, we Włoszech był jednym z największych przebojów gatunku w tamtym czasie, obok Django, Kuli dla generała czy Dobrego, złego i brzydkiego. Jednakowoż ta sentymentalna historia zemsty poza muzyką Ennio Morricone, obsesyjnością głównego bohatera oraz ekspresyjnymi występami aktorskimi Thomasa Huntera i Henry’ego Silvy nie ma wiele do zaoferowania. Inaczej jest w przypadku filmu Requiescant, znanego też jako Kill and PrayLet Them Rest czy Kill and Say Your Prayers, gdzie Lizzani śmiało rozwijał niektóre z pomysłów zawartych we wspomnianym przeboju, jednocześnie wywracając użyte tam gatunkowe schematy do góry nogami. O ile bowiem The Hills Run Red to w zasadzie coś między subtelnym pastiszem a imitacją westernu amerykańskiego, o tyle socjalistyczny w wymowie, promowany udziałem Piera Paolo Pasoliniego i czerpiący nawet z kina grozy Requiescant stanowi przykład pozycji prawdziwie ekstrawaganckiej.

Akcja rozpoczyna się tuż po zakończeniu wojny secesyjnej, kiedy to oddział Konfederatów pod przywództwem George’a Bellowa Fergussona (Mark Damon) próbuje odebrać Meksykanom ich ziemie. Po bliżej nieokreślonej ilości potyczek żołnierze proponują swoim przeciwnikom pokojowy podział terenów. Spotkanie, podczas którego dochodzi do porozumienia, okazuje się pułapką i kończy się rzezią Meksykanów. Z życiem uchodzi jedynie kilkuletni chłopiec. Raniony w głowę błąka się po okolicy, aż spotyka rodzinę wędrownego kaznodziei (Ferruccio Viotti), który postanawia go przygarnąć. Lata później Meksykanin jest głęboko wierzącym i nad wyraz kulturalnym młodym mężczyzną (Lou Castel, świeżo po znakomitym występie w rzeczonej Kuli dla generała), który bardzo kocha swoją nową familię. Kiedy jego przyszywana siostra Princy (Barbara Frey) ucieka z ich mobilnego domu, ażeby posmakować życia tancerki, postanawia odszukać ją i namówić do powrotu. Najpierw jednak, zbiegiem okoliczności, w jego ręce wpada rewolwer mężczyzny zamordowanego na jego oczach przez bandytę. Niespodziewanie bohater, nigdy wcześniej nie mający bliższego kontaktu z bronią palną, okazuje się być znakomitym strzelcem – natychmiast zabija uciekającego zbrodniarza i jego towarzysza. Żałując rozlewu krwi, nad ich ciałami odmawia modlitwę. Od wypowiedzianego wówczas łacińskiego zwrotu „Requiescant in pace” („Spoczywaj w pokoju”) świadkowie tegoż wydarzenia nadają mu imię Requiescant.

Pierwszy akt opowieści jeszcze na to nie wskazuje, ale Lizzani stworzył film quasi-religijny. Jak w kilku scenach jest to wyraźnie sugerowane, opiekę nad pacyfistycznym bohaterem sprawuje sam Bóg. Wszak to dzięki Biblii kula nie dotrze do serca Requiescanta, to dzwon kościelny stanie się dlań schronieniem przed ładunkami wybuchowymi, a w paru miejscach pomocą służyć mu będzie kilku duchownych rewolucjonistów jawiących się jako aniołowie stróże, pojawiający się znikąd, a w jednej scenie i znikający w mgnieniu oka. W kontekście tych fragmentów także fakt, że bohater w swoich latach szczenięcych jako jedyny przeżył „ludobójstwo” zakrawa na najprawdziwszy cud (o jego nagle otrzymanym talencie strzeleckim nie wspominając). Zaskakująca religijność nie jest jednak motywem w filmie dominującym. Lizzani pod płaszczem popularnej konwencji przemycał przede wszystkim treści polityczne, aczkolwiek, wypadałoby zaznaczyć, w miarę subtelnie. Zresztą, czy któryś z Was, drodzy Czytelnicy, przeczytawszy powyższy opis fabuły spodziewałby się tu manifestu komunistycznego?

Aby przypadkiem żadnego widza nie zrazić do opcji politycznej, która w mniemaniu autora była tą jedyną słuszną, Requiescant ozdobiony został niemałą dozą osobliwych atrakcji. Bandyta znany jako Dean Light (Carlo Palmucci), który więzi i zmusza do prostytucji siostrę bohatera, rzeczywistość podkolorowuje sobie narkotykami, jego najlepszy przyjaciel Burt (Franco Citti) darzy głębokim uczuciem lalkę Barbie, a pracodawca tychże zbirów, odpowiedzialny za śmierć rodziny bohatera Fergusson, swoją żonę zamyka w pokoju rodem ze szpitala psychiatrycznego (tj. w „pokoju bez klamek”). Jeden z pojedynków rozgrywa się w barze na stołkach, na których rewolwerowcy stoją z pętlami szubienicy na szyjach, inny zaś niejako zastąpiony zostaje konkursem pijacko-strzeleckim: dwóch rywali strzela z coraz dalszej odległości w lont świeczki trzymanej przez przerażoną kobietę, a po każdym oddanym strzale wypijają po szklance whiskey (aby kolejne próby nie były przypadkiem zbyt łatwe, a życie tejże kobiety za mało zagrożone). Absurdalne i groteskowe pomysły, których jest tu nieco więcej, wespół ze wspomnianą wcześniej religijnością i uzupełniającą ją pod koniec stylistyką gotyku czynią całość dosyć surrealistyczną. Ale zaraz – zapyta ktoś być może – to gdzie tu jeszcze miejsce na politykę?

Źródłem nieomal wszelkiego zła jest wspomniany już dwukrotnie burżujski ex-Konfederata Fergusson (być może najlepsza westernowa rola Marka Damona, wcześniej grającego pozytywnych rewolwerowców, jak choćby tytułowego bohatera filmu Johnny Oro [1965] Sergia Corbucciego). Ta początkowo rzadko obecna, ale ostatecznie mająca największy wpływ na rozwój wydarzeń postać to, jak sugeruje Lizzani, istna personifikacja faszyzmu. Otoczony służącymi, kompletnie nieobliczalny psychopata i fanatyczny szowinista, który pod koniec opowieści – za sprawą nienaturalnie bladej twarzy i peleryny na plecach – przypomina wampira. O czym w każdej nadarzającej się ku temu okazji wygłasza pseudointelektualne tyrady, ślepo przekonany jest o kolosalnej wyższości rasy białej nad każdą inną, arystokracji nad chłopstwem, a wreszcie płci brzydkiej nad piękną. „Jesteś dobrym chłopcem i byłeś mi wierny – mówi swojemu ulubionemu pracownikowi. – Zapomnij o kobietach. To niższe stworzenia. Są debilne. Zwierzęta, których głównym celem jest reprodukcja… Pewnego dnia to wszystko będzie Twoje… Nie wyglądam już tak przystojnie jak kiedyś, co?”


Nie jest to modelowy czarny charakter nie tyle ze względu na jego sugerowany homoseksualizm, co dlatego, że jego szalone decyzje owocują nie tylko wydarzeniami o zabarwieniu negatywnym. Ciekawiej jest jednak w wypadku protagonisty, który kompletnie nie pamiętając swojej przeszłości nie ma powodów, aby traktować Fergussona jak wroga. Archetyp mściciela ulega tu więc  dekonstrukcji, a zemsta ustępuje miejsca walce klasowej, do której podjęcia żądny sprawiedliwości bohater musi dojrzeć (mimo że ma ją tak naprawdę we krwi, a jedno z drugim w końcu zaczyna się łączyć…). Pomaga mu w tym duchowny rewolucjonista Don Juan, którego, co bardzo wymowne, zagrał najsłynniejszy komunista w historii kina włoskiego, czyli wspomniany już wcześniej Pier Paolo Pasolini.

Kontrowersyjny artysta pojawił się zresztą na planie w towarzystwie swoich ulubionych aktorów, Franco Cittiego i Ninetto Davoliego, obsadzonych w rolach podobnych do tych, które grali u swojego mistrza (Citti zasłynął u niego z postaci zagubionych okrutników, jak choćby alfonsa Vittorio we Włóczykiju [1961] czy tytułowego bohatera Króla Edypa [1967]; z kolei Davoli zwykł grać osobników uroczych, nierzadko „boskich” i/lub „religijnych”, jak zakonnika Ninnetto w Ptakach i ptaszyskach [1966] czy posłańca o wiele mówiącym imieniu Angelino w Teoremacie [1968]). Tym samym Requiescant wpisany zostaje w kontekst intertekstualny; można zresztą odnaleźć punkty styczne między bohaterem tytułowym a Chrystusem ukazanym jako socjalistyczny rewolucjonista w filmie Pasoliniego Ewangelia wg Mateusza (1964). Szkoda tylko, że tak interesujące dzieło Lizzaniego bywa psute przez niedopracowaną dramaturgię (rozwiązanie wątku siostry bohatera niemalże wyzbyte jest emocji) czy nazbyt różnorodną stylistycznie muzykę Riza Ortolaniego (kolejne kompozycje bywają sobie obce, czym prowadzą do dysonansu), aczkolwiek mankamenty nie zmieniają tego, iż jest to rzecz jedyna w swoim rodzaju.

PS. Połączenie katolicyzmu z nieoczekiwaną tematyką rewolucji, jaka to pojawia się w drugiej połowie opowieści, na pierwszy rzut oka wydawać się może co najmniej dziwne. Wszak podczas komunistycznych przewrotów chłopi zwykli wybijać księży reprezentujących wyższą klasę społeczną. Ci z filmu Lizzaniego zostają jednak „rozgrzeszeni”. To przecież duchowni walczący, którzy chwytają broń i stają po stronie uciśnionych. Reżyser zdawał się w ten sposób przekonywać, że Bóg kocha komunistów. Całkiem możliwe. Oby tylko nie nienawidził wszystkich pozostałych.

Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

1 Komentarz on Spag-West Mania: Requiescant (1967)

  1. „Połączenie katolicyzmu z nieoczekiwana tematyką rewolucji” – czy nieoczekiwaną. Pasolini sam tak patrzył na chrześcijaństwo, dla niego sam Chrystus był rewolucjonistą. Taki zrobił o nim film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.