Spag-West Mania: Django the Bastard (1969)

Share

Mroczny Rycerz z Dzikiego Zachodu

Nazwij głównego bohatera swojego filmu Django i spokojnie wypuść go na rynek, sprzeda się – taka strategia przyświecała większości producentów najbardziej lukratywnego okresu dla europejskiego westernu. Pośród wielu bohaterów, którzy żyli na wielkim i małym ekranie, większość starała się być kolejną kopią Franco Nero z pierwszego, oryginalnego Django (1966) w reżyserii Sergio Corbucciego. Inny Sergio (jakich we Włoszech wiele!), Garrone, mający już doświadczenie w konwencji „opery przemocy”, postanowił przenieść ją w bardziej fantastyczny, mocno oniryczny klimat.

Mający swoją premierę w 1969 roku Django il Bastardo (znany również jako The Stranger’s Gundown) tylko pozornie wydawał się kolejnym spaghetti westernem z włosko-brazylijskim aktorem Anthonym Steffenem (który ozdobił swoją twarzą około 26 produkcji tego podgatunku!). Steffen znany był z tego, że często ingerował w to, w jakim grana przez niego postać miała iść kierunku. W filmie Sergio Garrone zajął on również posadę scenarzysty widocznie wymuszając swoją historią klimat całej produkcji.

Tajemniczy rewolwerowiec powraca zza grobu, by zemścić się na trójce konfederackich oficerów, którzy zdradzili jego jednostkę w czasie przetaczającej się przez Stany Zjednoczone wojny secesyjnej. Chęć wendetty zaprowadzi go do pewnego stojącego na uboczu parszywego miasteczka, w którym słońce nigdy nie wydaje się wschodzić zza horyzontu. To ponure miejsce stanie się areną, w której sprawujący władzę nad mieściną oficerowie staną do walki z prawdziwym Mrocznym Rycerzem Dzikiego Zachodu!

Django wydaje się być duchem, eterycznym fantomem, który pojawia się i znika pośród pogrążonych w wiecznych ciemnościach alejek. „Poczekaj chwilę nieznajomy, proszę… Powiedz mi, kim jesteś?” Na to pytanie zadane, przez jedną z postaci, pada odpowiedź: „Diabłem z piekła rodem”. Ten krótki dialog zawiera w sobie sedno protagonisty Steffena. Jego nieruchome oczy i powolny, rytmiczny spacer w połączeniu z ręką Garrone do konstruowania kadrów oraz w akompaniamencie gotyckiej muzyki tworzą jedne z najbardziej upiornych obrazów w historii gatunku.

Kiedy jeden z oficerów zobaczy nagrobny krzyż wbity w ziemię z wygrawerowanym nazwiskiem i datą swojej śmierci, to wystarczająca sugestia, że tajemniczy jeździec to postać, która wręcz żywi się strachem swoich ofiar. Makabryczne poczucie stylu, jakie posiada i całkowite oswojenie się ze śmiercią zbliża go raczej do metodycznie eliminującej postaci Michaela Myersa z późniejszego Halloween (1978). Choć widocznie wzoruje się tutaj na postaci Clinta Eastwooda, autorski wkład Steffena nadaje niezapominany charakter swojej postaci, która zainspirowała później samego… Eastwooda w jego antywesternowym Mścicielu (1973).

Jednak Django the Bastard swój kult zawdzięcza również fenomenalnym zdjęciom Gino Santiniego – odpowiedzialnego również za zdjęcia do całkiem udanego Shango (1970). Początkowe sceny,  gdzie protagonista przemierza miasteczko, nakręcone są przez kamerę umieszczoną w beczce nadającej zdjęciom charakterystyczną, baryłkowatą optykę, w której skupieniu oglądamy powoli kroczące buty Django. Bardzo dobrze duet Garrone-Santini radzi sobie z dynamiką strzelanin, zwłaszcza w ostatnich dwudziestu minutach, gdzie obserwujemy ciągłą grę w kotka i myszkę, w której napięcie zdaje się wręcz otaczać wynajętych do zabicia naszego bohatera najemników.

I choć film Garrone czerpie pełnymi garściami z estetyki horroru, sam film jest zaskakująco powściągliwy w kwestii brutalności. Wszystkie strzelaniny wyglądają co prawda odpowiedni,o a sekwencja z maczetą i drzwiami robi wrażenie, jednak trochę syropu z kukurydzy wylanego tu i tam nadałoby produkcji jeszcze ostrzejszego pazura. Wszakże okrucieństwo wydaje się być integralną częścią tej produkcji. Miasteczko będące miejscem akcji pozbawione jest normalnych mieszkańców na rzecz najemnych morderców i różnej maści oprychów, których zabawy polegają między innymi na graniu w makabryczną wersję „Głupiego Jasia” odpalonym dynamitem.

Twórcy nie uniknęli jednak kilku wpadek tak charakterystycznych dla włoskiego kina klasy B z tamtego okresu. Mimo że zaprezentowana historia jest dość prosta, to kiedy próbująe złapać oddech za pomocą rozciągniętych sekwencji, tempo kuleje. Większość akcji wychodzi obronną ręką za pomocą trików montażowych, jednak gołym okiem widać, że kilka z nich ugięło się pod niewielkim budżetem będącym w opozycji do wizji, jaką zażyczył sobie Garrone.

W każdym razie, pretekstowa fabuła posłużyła do stworzenia jednego z najbardziej atmosferycznych spaghetti westernów w historii gatunku. To film, w którym Django niejako wchodzi w skórę Batmana starającego się przywrócić praworządność pośród przeżartych zbrodnią ulic miasta. Widok przywiązanych do majestatycznych krzyży trupów kroczących konno środkiem ulicy zapada w pamięć na długo po seansie wraz z kwestionowaniem fizycznej natury głównego bohatera, który, jak i sama jego opowieść, rozpływa się gdzieś w porannej mgle zostawiając widza z poczuciem zarówno spełnienia jak i niedosytu.

Oskar Dziki

Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.