Spag-West Mania: A Stranger in Town (1966)

„Mówią na mnie Marinero [Marynarz], ponieważ lubię wodę.” [postać zaczyna topić księdza]

Pierwsza opowieść o Nieznajomym – postaci tyleż chytrej i niezłomnej, co nieporadnej – to zarazem pierwszy spaghetti western współprodukowany przez Amerykanów (w tym Allana Kleina, przyszłego menadżera The Beatles i The Rolling Stones). Nie znaczy to jednak, iż twórcy dysponowali jakimś imponującym budżetem; wprost przeciwnie – był on niemalże zerowy. Szczególnie widoczne jest to za sprawą rozgrywania akcji w ledwie kilku lokacjach, ubogiej scenografii oraz niewielkiej liczby aktorów i statystów. Bolączki finansowe przełożyły się też, oczywiście, na realizacyjny pospiech, który z kolei zaowocował nie zawsze przemyślanymi inscenizacjami oraz nieudolnością techniczną (głównie okazjonalnymi błędami montażowymi). Paradoksalnie, ograniczenia nie podziałały jakoś szczególnie na niekorzyść dzieła. Godząc się z niedostatkami, twórcy postawili bowiem na całkowity minimalizm i odrealnienie – fabuła jest szczątkowa, dialogów jak na lekarstwo, a atmosfera rodem z koszmaru sennego – które uczyniły A Stranger in Town prawdziwie intrygującym reprezentantem kina śmieciowego.

Co równie istotne, jest to też jeden z tych obrazów, które w największym stopniu wzorowane były na Za garść dolarów (1964), tak fabularnie, jak i stylistycznie (aczkolwiek obyło się bez ekstremalnych zbliżeń twarzy postaci). Zresztą jego włoski tytuł brzmi Un dollaro tra i denti – w dosłownym tłumaczeniu Dolar między zębami – co stanowiło typową dla włoskiej branży filmowej próbę zdyskontowania sukcesu Sergia Leone. Ponadto reżyser Luigi Vanzi i spółka zdawali się też czerpać z wczesnych dokonań Sergia Corbucciego: jedna z pierwszych scen filmu, ukazująca bandytów przebranych za (zamaskowanych) mnichów, częściowo bazuje na Django (1966) i przedstawionej w nim armii oprychów stylizowanej na Ku Klux Klan, a przynajmniej dwie późniejsze sekwencje zdają się być inspirowane charakterystycznym, rozgrywanym w ciemności i niemal całkowitej ciszy, finałem Minnesota Clay (1964). A jednak, wbrew pozorom, nazywanie filmu Vanziego utworem stricte epigońskim byłoby krzywdzące. Bo przecież diabeł tkwi w szczegółach, a te okazują się czynić film nie tyle kalką, co wariacją na temat pierwszej części „trylogii dolarowej” (z ukłonami w stronę innych tytułów gratis).

Pobity Nieznajomy oraz bezimienna piękność stylizowana, jak u Leone, na Matkę Boską

Większość motywów znanych z Za garść dolarów zostało tu okrojonych, co w połączeniu z surowością i oszczędnością formy oraz osobliwym nastrojem sprawiło, iż opowieść zmierza w rejony nieco inne, niż można się było tego spodziewać. Miasteczko, w którym rozgrywa się większość akcji, nie jest na skutek ciągłej eskalacji przemocy miejscem umierającym, lecz już całkiem obumarłym (otwierająca film sekwencja ukazuje nam opustoszałe ulice, które w wybranych miejscach zdobią leżące nań trupy), a kierowany chciwością, trafiający tam podczas swojej bliżej niesprecyzowanej wędrówki bezimienny bohater (znakomity Tony Anthony) współpracuje – i następnie zmuszony jest walczyć – z tylko jedną grupą bandytów. Jej lider, charyzmatyczny i okrutny, ale też na swój sposób sympatyczny Aguila (Frank Wolff), z jakiegoś powodu porywa i więzi piękność o smutnym obliczu (Jolanda Modio) – samotną matkę, której, w przeciwieństwie do leonowskiego pierwowzoru, nie będzie próbował odzyskać żaden oddany mąż. Ponadto, przeszłość kobiety okrywa tajemnica, której reżyser nie wyjawi widzowi nawet przy zakończeniu opowieści. Ale zagadek jest tu więcej. Jeśli pominąć bardzo przejrzystą, oscylującą wokół wojskowego transportu, intrygę – która jest tylko pretekstem, aby postaci nieustannie mogły walczyć ze sobą o złoto – wybrane elementy fabuły, jak choćby motywacje postaci, bywają zupełnie niejasne.

Dotyczy to i Nieznajomego, którego zwykło się określać mianem ubogiego krewnego Człowieka Bez Imienia (jakkolwiek amerykańska kampania reklamowa Za garść dolarów, skutkiem której antybohater grany przez Eastwooda zyskał swój słynny przydomek, była wzorowana na metodach promocji A Stranger in Town – nie na odwrót; podkreślmy więc, że przebój Leone trafił do USA dopiero w czerwcu 1967 roku, wcześniej będąc blokowanym przez Akirę Kurosawę wytaczającego Włochom proces o plagiat). Na pierwszy rzut oka Nieznajomy jest tylko kopią Człowieka Bez Imienia, ot, z gorszej jakości ponczem i mniejszą atrakcyjnością odtwarzającego go aktora. W rzeczywistości mamy do czynienia z postacią o innych rysach charakterologicznych, na co wpłynęła też sama specyficzna gra Tony’ego Anthony’ego. Jego rewolwerowiec przypomina tu ulicznego cwaniaczka, który jest nie dość inteligentny, ażeby sypać z rękawa ironicznymi docinkami czy dokładnie obmyślać plany działania, z których dumni byliby tradycyjni antyherosi spaghetti westernu. Z reguły stawia zatem na improwizacje, co niekiedy kończy się sukcesem, a niekiedy porażką. Nie waha się stosować nieczystych zagrań i potrafi być bezwzględny, a choć przemocy zdecydowanie się nie boi, to – jakby zdając sobie sprawę z własnych ograniczeń – nierzadko preferuje ucieczkę. Gra Anthony’ego dodaje mu miejscami nie lada uroku. Amerykański aktor lubi bowiem stroić zabawne miny, które podkreślają nieporadność postaci, a tym samym czynią ją trochę pocieszną i w pewnym stopniu komiczną. Podobnie jest z postacią Aguilii – dzięki sympatii bijącej od twarzy Franka Wolffa nie da się jej do końca nie lubić, mimo cechującego ją okrucieństwa.

Sadystyczna Maruca i chwilowo udający żołnierza Aguila zadowoleni z urządzonej chwilę wcześniej masakry

Ogólnie rzecz biorąc humoru nie ma tu zbyt wiele, niemniej akcenty komediowe są rozbrajające i wyraziste. Komiczna brawura zapisuje się w pamięci z nie mniejszą siłą, niż co brutalniejsze sceny przemocy i akty perwersji, chociaż te również są nieliczne. Sugestywność najostrzejszych momentów filmu potęguje sposób ich umiejscowienia na mapie wydarzeń: sceny gwałtu (sic!) na porwanej piękności, tortur bohatera i następnie cucenia go poprzez biczowanie jego twarzy następują zaraz po sobie, tworząc razem prawdziwą sekwencję sadyzmu. Ostatnia z wymienionych scen zawiera też nutkę pikanterii: zdaje się, że specyficzny sposób budzenia Nieznajomego stanowi jednocześnie zachętę do stosunku płciowego (osobą dzierżącą bicz jest kusicielska i „demoniczna” bandytka imieniem Maruca (Gia Sandri)). Gwoli ścisłości, w jednym z wcześniejszych fragmentów pojawia się z kolei wyraźna sugestia seksu lesbijskiego (również z udziałem rzeczonej bandytki).

Siłę wyrazu wymienionym zdarzeniom zapewniła oszczędność opowieści. Minimalna liczba dialogów sprawiła, że reżyser musiał skupić się na opowiadaniu samym obrazem, jak również pozostawiła wiele przestrzeni dla ciszy, dźwięków i muzyki. Te zaś zostały znakomicie wykorzystane jako narzędzia dramaturgiczne, żeby tylko wymienić scenę, w której Nieznajomy podąża po opustoszałym domu za śpiewem nieznanej jeszcze sobie Maruki, czy kiedy ukryty wsłuchuje się w kroki przeciwników, aby wiedzieć, kiedy się oddalić, a kiedy nagle zaatakować.

Fragmenty u swoich podstaw mające ciszę i dźwięki sąsiadują z tymi po brzegi wypełnionymi kompozycjami Benedetto Ghiglii, które to – głównie gitarowe i proste – nierzadko brzmią jak pomost między muzyką Ennio Morricone a amerykańskim surfem (Quentin Tarantino zwykł mówić, że surf to nic innego, jak westernowy Morricone w wersji rock’n’roll). Monotonnie powtarzane kompozycje w połączeniu z nienaturalnie małą liczbą dialogów, niejasnością opowieści oraz wynikającą z niej czasem totalną nonsensownością wybranych rozwiązań fabularnych czynią A Stranger in Town obrazem psychodelicznym i chwilami wręcz surrealistycznym. Co prawda, ciężko stwierdzić, czy wszystkie ze wspomnianych rozwiązań były celowe, gdyż obok fragmentów bardzo stylowych i sprawnych rzemieślniczo znajdują się te ewidentnie nieudane. Ostatecznie film sprawia wrażenie nie tyle spaghetti westernu, co może raczej (amerykańskiego) snu o spaghetti westernie. Takiego, który może i pojawić by się mógł w umyśle Eda Wooda, ale tylko wtedy, jeśli byłby on pilnym uczniem – lub, dajmy na to, przyrodnim bratem – Sergia Leone.

Dzieło Vanziego we Włoszech przeszło bez echa, podczas gdy w USA stało się przebojem. Dzięki czemu mogła powstać jego kontynuacja. A potem jeszcze jedna. I jeszcze jedna. W swojej skądinąd bardzo fajnej książce 10,000 Ways to Die: A Director’s Take on the Spaghetti Western Alex Cox miał wprawdzie napisać, że żadna z części cyklu nie zasługuje na jakiekolwiek uznanie, ale nie wierzcie mu. Chociaż łącząca western z kinem samurajskim „trójka”, w której Nieznajomy wyrusza do Japonii, to średniak o niewykorzystanym potencjale (czy raczej zniszczonym przez wytwórnię, która zmasakrowała film w montażowni), a żeniąca western z fantastyką „czwórka”, gdzie Nieznajomy przenosi się w czasie i walczy z barbarzyńcami, to gniot interesujący ze względu na swój ekscentryzm, to jednak bardziej tradycyjna gatunkowo „dwójka” stanowi już kawał solidnej, nierzadko bardzo dowcipnej, westernowej pulpy – poziom wyżej niż A Stranger in Town. I najpewniej właśnie o niej będzie kolejny odcinek Spag-West Manii.

Marcin Zembrzuski

Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan absurdu i surrealizmu, polskiego kina epoki PRL-u, autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej. Szef kuchni w restauracji znanej jako Kinomisja.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.