Southern Bastards Vol. 1: Here Was a Man

Share

Southern Bastards: Budford Pusser w faulknerowskim Jefferson, czyli dlaczego Jason Aaron to taki komiksowy odpowiednik braci Coen

Dzieła Aarona (głównie te autorskie, ale i w pracach na zlecenie da się to wyczuć) są jednymi z tych współczesnych tworów komiksowych, które są wdzięcznym tematem do szukania inspiracji i dialogów z rozmaitymi tekstami kultury. W nie mniejszym stopniu niż serwuje nam to obecnie Ed Brubaker, Aaron uparcie tkwi w swoim pościgu za powiedzeniem kilku słów w każdej niszy noir, jaka istnieje.

Tak jak w The Other Side autor rozliczał się z traumą Wietnamu przez pryzmat jego kulturowego i literackiego dorobku (do tego komiksu wrócimy kiedyś w oddzielnym wpisie), tak w Scalped przedstawiał historię, która na raz brała na siebie problem akceptowania własnej tożsamości, wymieszanej z trybutem dla twórczości Jamesa Ellroya i przede wszystkim Elmore’a Leonarda… Wszystko oczywiście podlane specyficzną dozą brutalności i niewybrednego języka, przez który Jason Aaron, trochę niesłusznie, dorobił się przydomku “nowego Gartha Ennisa”.

I tak przechodzimy do Southern Bastards.

Aaron postawił sobie dość klarowne zadanie (czego nie ukrywa, można to wyczytać już we wpisie w pierwszym numerze Southern Bastards, jak i w pierwszym wydaniu zbiorczym, czyli Here Was A Man) – pokazać Południe takie, jakie zna i kocha, takie, którego nienawidzi i takie, którego się boi. Wypisz wymaluj próba pójścia w ślady takich tuzów, jak John Steinbeck czy William Faulkner, i całego pokolenia westernów. Tam, gdzie dziś literaturą zapuszcza się Daniel Woodrell, a kinem Jeff Nichols.

Wchodząc w temat amerykańskiej twórczości skupiającej się wokół małomiasteczkowego, czy wręcz wiejskiego, życia dochodzę do wniosku, że nie ma utworu częściej parafrazowanego i częściej cytowanego niż Kiedy umieram Faulknera. Od oczywistości w postaci Cormaca McCarthyego, przez Nica Pizzolatto (chociażby w opisywanym przeze mnie nie tak dawno Galveston), po filmy takie jak Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady (debiut reżyserski Tommy’ego Lee Jonesa) czy nasze komiksowe Southern Bastards, gdzie powrót do Craw County jest właśnie jak podróż do Jefferson.

Kiedy umieram opowiada historię rodziny Bundrenów i ich starań, by spełnić życzenie zmarłej matki (Addie Bundren), która chciała spocząć w grobie obok swoich bliskich i przodków, w miejscowości Jefferson (stan Missisipi). Historia ma 15 narratorów, przyporządkowanych swoim własnym rozdziałom (coś, co powoli obserwujemy też w Southern Bastards, gdzie pierwszy tom prowadzi Earl Tubb, a drugi właśnie rozpoczęty tom to główna rola jego swoistego nemezis w postaci trenera Bossa). Wszystko w formie joyce’owego strumienia świadomości.

Historia w pierwszym tomie Southern Bastards opiera się na pomyśle prostym jak budowa cepa i finezyjnym jak uderzenie kijem bejsbolowym (przedmiot ten będzie w komiksie odgrywał dużą rolę). Podstarzały Earl Tubb wraca po latach do swojego rodzinnego miasta Craw County, żeby zająć się sprawami zmarłego wuja. Powrót jest wymuszony i motywowany tylko przyzwoitością wobec zmarłego członka rodziny. Po powrocie zastaje miasto inne niż znał, choć dalej pełne patologii i brudu, traktujące go już jak obcego…

Earl Tubb, jednoosobowy komentarz do całego spektrum mitów Południa, zmęczony uciekinier, który próbował wyprzeć się swoich korzeni, staje się postacią zawieszoną między swoją przeszłością a teraźniejszością (podobny motyw obserwowaliśmy w Scalped). Jego historia, będąca parafrazą amerykańskiej literatury klasycznej, staje się też (ważne) dekonstrukcją (już bardziej współczesnej) amerykańskiej legendy – Budforda Pussera.

Budford Pusser – dla tych, którzy nigdy nie spotkali się z tą postacią – był amerykańskim szeryfem w McNairy County. Jego jednoosobowa walka z dosłownie każdym przejawem życia przestępczego w podległym mu hrabstwie stała się tematem legend. Jego mit został uwieczniony w tanich książkach, piosenkach country (np. Drive-by Truckers) i kultowym dziś filmie Walking Tall (1972), który najłatwiej określić jako Shaft dla rednecków.

Postać Budforda w komiksie ukazana jest przez wspomnienie ojca Erla, lokalnego szeryfa, którego obecność trzymała w ryzach całe miasto (komiks bezpośrednio odwołuje się do obrazów, które pojawiły się w Walking Tall – nieudolna próba zamachu zlecona przez lokalnych bossów, czy wspomniany wcześniej kij bejsbolowy). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie ma prostszego porównania niż zestawić pierwszy tom Southern Bastards z tymże filmem i szukać wszelkich odnośników do “redneck cinema” lat 70. (ogólnie lata 70. to wysyp dość specyficznych nisz w amerykańskim kinie). Nie zmienia to faktu, że ten pozorny banał jest bardzo istotnie parafrazowany w komiksie i to on kształtuje fundamenty całej serii.

Jeżeli patrzymy na Southern Bastards w oderwaniu od jego inspiracji (południowa klasyka, redneck cinema i Elmore Leonard, którego trochę pomijam, gdyż do niego wrócę na pewno zabierając się do dużo większego tekstu o aaronowym Scalped), możemy go określić jako tragiczną historię zemsty w małomiasteczkowym wydaniu. Podlany kryminałem i czarnym humorem dramat, który nie boi się odważniejszych rozwiązań (pojawiający się znikąd wątek nadnaturalny, czy zakończenie, które wiem, że zaskoczyło wiele osób). Dostajemy rzetelną historię, która przez swoje umiejscowienie nie ma odpowiedników w innych współcześnie wychodzących komiksach. Ubarwiona została charakterystyczną chropowatą (mi bardzo odpowiadającą) kreską Jasona Latoura i świetnymi minimalistycznymi kolorami.

Natomiast gdy spojrzymy na Southern Bastards szerzej, z perspektywy gatunków, w których się obraca, dostrzegamy niesamowitą ilość dialogu z innymi tworami kultury, przez co w swojej dojrzałości mogę ten komiks porównać głównie z filmami braci Coen, które tak samo dobrze bronią się jako swoiste dzieła, jak i twory w pełni świadomie istniejące w swoich konwencjach i inspiracjach. Może to snobizm, może choroba, ale naprawdę uwielbiam doszukiwać się takich rzeczy w czytanych i oglądanych przez siebie tekstach kultury.

Dlatego nie mam żadnych obiekcji, żeby to debiut Southern Bastards uważać za najlepszy komiks, jaki dostałem w roku 2014. Może inne komiksy miały bardziej złożoną intrygę (The Fade Out, Dead Letters), a inne oferowały mocniejsze dialogi (The Wicked & The Divine, The United States Of Murder Inc.) i może były też takie z zapierającą dech oprawą graficzną (Drifter, Elektra), jednak mnie najbardziej poruszyła ta smutna ballada o amerykańskim Południu.

PS: A przed nami jeszcze aaronowa mini-seria Men Of Wrath, która wcale nie ustępuje Southern Bastards w mnogości inspiracji.

Jakub Andrzej Górecki

Fan komiksu w całej jego różnorodności, ustawicznie twierdzący, że każda próba wyniesienia tego medium na salony kultury jest najlepszym sposobem zabicia jego kreatywności. Komiks = punk. Prowadzi blog pulpwarsaw, okazyjnie współpracuje z serwisem marvelcomics.pl.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.