Slasher, mon amour

Share

Po równych pięciu miesiącach przerwy przyszła wreszcie pora na kolejny, szósty już, odcinek cyklu Mon amour, w którym miłośnicy danego gatunku opisują/polecają jedne ze swoich ulubionych spośród reprezentujących go filmów. Tym razem odsłona halloweenowa, która rok temu oznaczała wyliczankę włoskich gialli, a teraz oznacza wywodzące się zeń amerykańskie slashery. Zabrakło tu miejsca na najbardziej oczywiste ikony tegoż krwawego gatunku, tj. Michaela Myersa, Freddy’ego Kruegera i Jasona V., jednak obok tytułów prawdziwie obskurnych pojawiło się też parę kultowych przebojów oraz pewien bardzo młody pastisz. Wszystkich filmów jest dziesięć, tak jak i osób o nich piszących. Wśród nich aż siedmioro gości, kolejno: Michela Ferraro (The Operating Table), Kuba Haczek (The Blog That Screamed), Dorota Jędrzejewska (Superchrupka), Patryk Karwowski (Po napisach), Piotr Pluciński (Z górnej półki), Jan Sławiński (Anonimowy Grzybiarz) oraz Simply (The Blog That Screamed). Zapraszamy do lektury (i seansów)!

PS. Kadr otwierający tekst pochodzi z tyleż brutalnego, co campowego giallo-slashera Szczątki (reż. Juan Piquer Simon, 1982), o którym nikt tu nic nie pisze, ale kto wie, może jeszcze przyjdzie jego kolej.


Oskar Dziki

Zabójca Rosemary reż. Joseph Zito, 1981

Wydawać by się mogło, że Zabójca Rosemary nie wybija się ponad falę powstałych w latach 80. slasherów. Jednak filmem Josepha Zito – twórcy solidnego obrazu Piątek 13tego: Ostatni rozdział (1984) –  warto zainteresować się choćby ze względu na niesamowitą atmosferę, jaką wytwarza. Miejska legenda, pod postacią zakutego w wojenny rynsztunek weterana uzbrojonego w widły, przemierza zaułki prowincjonalnego miasteczka starając się przeszkodzić młodzieży w zorganizowanym po latach żałoby balu maturalnym. Jak w klasycznym giallo, podejrzenia padają na każdego, scenariusz kluczy i mąci, rzucając w widza sprawnie wpisane w fabułę „czerwone śledzie”. Jednak zanim dojdzie do zdjęcia przeciwgazowej maski antagonisty w starciu z final girl, widza czeka konkretna dawka makabry i terroru. Wszystko to za sprawą genialnej charakteryzacji ojca naczelnego gore, Toma Saviniego! To on zadbał, aby widły i noże z odpowiednią gracją eksplorowały młodzieńcze ciała. Mimo że w Zabójcy Rosemary czuć mocno inspirację Halloween (1978) Johna Carpentera oraz klasyką „żółtego kina”, Zito stworzył charakterny i po prostu solidny slasher, który niczym zwinny australijski surfer wybił się ponad falę przeciętności, jaka nawiedziła kino grozy w latach 80.


Michela Ferraro

Phenomena reż. Dario Argento, 1985

Przeglądając bogaty i różnorodny dorobek Daria Argento można wypatrzyć pewną niepozorną pozycję, dość skromną w porównaniu do najgłośniejszych dzieł włoskiego reżysera (Głęboka czerwień, Suspiria), niedocenianą, acz niewątpliwie wartą uwagi… Phenomena to historia młodej dziewczyny – Jennifer Corvino (odegranej przez wówczas czternastoletnią Jennifer Connelly) – która, po przybyciu do elitarnej szwajcarskiej pensji dla panienek, odkrywa w sobie niesamowitą umiejętność: możliwość telepatycznego komunikowania się z insektami wszelkiej maści. Niezwykły talent nastolatki okazuje się bardziej przydatny, niż można by przypuszczać, gdyż w okolicy grasuje seryjny morderca, który nie zważa, że jego zbrodnie obserwują tysiące malutkich stworzonek, brzęczących w trawie i w powietrzu. Ostatecznie tropem zabójcy rusza właśnie Jennifer, w towarzystwie muchy, lubiącej składać jaja na ciałach w stanie pośmiertnego rozkładu, lecz nietuzinkowe widowisko, będące zaskakująco sprawnym połączeniem slashera, giallo, animal attack oraz monster movie, rozkręca się jeszcze zanim oryginalny duet weźmie sprawy w swoje ręce (i odnóża). W Phenomena trup – jak na kino slash przystało – ściele się gęsto i bez pardonu, a zabójcy ostatecznie może stawić czoła jedynie nasza słodka, niewinna final girl, która w sytuacji zagrożenia jednak nie boi się pokazać pazurków i zabrudzić swojej nieskazitelnie białej sukienki.


Kuba Haczek

Curtains reż. Richard Ciupka, 1983

Z całej masy zapomnianych slasherów lat 80. wybieram dziś kanadyjski Curtains, który mimo finansowej klapy oraz nieprzychylnych opinii krytyków po latach doczekał się statusu dzieła kultowego. Oparty na pomyśle scenarzysty Balu Maturalnego Roberta Guzy juniora (zostanie jednak zapamiętany jako jeden z głównych twórców opery mydlanej General Hospital), Curtains opowiada o poszukiwaniach gwiazdy do horroru Audra, przeprowadzanych przez rozchwytywanego reżysera Jonathana Strykera (nieco zblazowany John Vernon). Realizacja filmu wydaje się być przeklęta od kiedy predestynowana do głównej roli muza Strykera, Samantha Sherwood (gwiazda The Brood, Samantha Eggar), dostaje pomieszania zmysłów przebywając w szpitalu psychiatrycznym, gdzie przygotowywała się do roli. Reżyser zaprasza w międzyczasie młode gwiazdki do oddalonego od ludzkich siedzib domu w lesie, gdzie będzie mógł bezproblemowo przeprowadzić casting do swojego dzieła. Na miejscu oprócz kobiet pojawia się także Samantha, której udało się opuścić szpital. Zaczyna się gra zazdrości, wzajemnych powiązań i oczekiwań. Na miejscu jest także bezlitosny morderca, przywdziewający maskę starej kobiety, jeden z rekwizytów powstającego horroru… Uznawany za reżysera obrazu Richard Ciupka opuścił plan zdjęciowy pod koniec jego powstawania (lub, jak chcą niektórzy, został zwolniony przez producenta–współreżysera Petera Simpsona), przez co obraz jest dziś podpisany jako dzieło filmowego Jonathana Strykera. Kultowy status uzyskał dzięki świetnie zrealizowanym, choć w zasadzie bezkrwawym, scenom morderstw. W pamięci pozostaje przede wszystkim akcja na lodowisku (absolutny must see każdego fana horroru) oraz doskonały finał obrazu w upiornej rekwizytorni, pokazujący, iż panowie odrobili lekcje z Suspirii, niesamowicie budując napięcie dzięki wspaniałej grze kolorów oraz niezawodnym, podebranym Bernardowi Herrmannowi, smyczkom. Duet Eggar/Vernon sprawdza się na ekranie bardzo dobrze, zaś gwiazdka kilku innych slasherów lat 80., Lesleh Donaldson, wypada równie przekonywająco. Jak na film powstający w bólach (pierwsze sceny nakręcono pod koniec 1980 roku, przy postprodukcji pracowano przez dwa lata, by w 1983 roku wypuścić go do amerykańskich kin), Curtains ogląda się dziś zaskakująco dobrze. Atmosfera osaczenia w odosobnionym miejscu, nieuchwytny zabójca, grupka osób przeznaczona do wyeliminowania – to wszystko gatunkowe klisze, jednak tym razem jeszcze nie nużące.


Dorota Jędrzejewska

Fatamorgana reż. Bill Crain, 1990

Skromna budżetowo, trochę obskurna, ale bardzo udana dzięki talentowi swojego twórcy, Fatamorgana budzi zainteresowanie już na poziomie samego konceptu. No bo przyznajmy: osadzenie na pustyni akcji slashera to dość ryzykowny, a nawet w jakiś sposób ograniczający pomysł. Bezkresna przestrzeń nie daje przecież zastraszonym bohaterom dużego pola manewru, którzy w obliczu niebezpieczeństwa mogą wydusić z siebie jedynie: uciec, ale dokąd? Bill Crain, reżyser i współscenarzysta filmu, wiedział jednak, co robi. Jego pustynia nie tylko wzmaga poczucie izolacji i bezradności, ale samą rozgrywkę stwarza czymś na kształt dziwnego, tytułowego mirażu, gdzie rzeczy i zdarzenia nie są tym, czym na pierwszy rzut oka się wydają.  Bohaterami Fatamorgany są trzy beztroskie pary, które na pustynię przyjechały urządzić sobie piknik. Jest alkohol, seks, sport i nagi, duży biust. Zabawowy klimat burzy tajemniczy pick-up, który – niemal jak w Autostopowiczu – pojawia się i znika niczym złowieszcze widmo. Kto siedzi w pick-upie? Czy to jakiś wariat czy jeden z nas? A może to żart, albo tylko złudzenie? Film nieustannie zaskakuje swoimi rozwiązaniami. Bawiąc się schematami slashera i przyzwyczajeniami widza, nieraz zbija nas z tropu – udaje bardziej naiwnego niż jest, a każdy taki zabieg inteligentnie wywraca do góry nogami. Sama postać oprawcy w świetnie wygranym finale okazuje się inna niż mieliśmy prawo przypuszczać, a ostatnia scena w ciekawy sposób podważa wszystko, co obejrzeliśmy, nadając historii metafizycznych cech i wzmacniając wrażenie nieokreślonego, nieuchwytnego zła. Na uznanie zasługują nie tylko pomysły twórców, ale również oprawa audiowizualna filmu, na każdym kroku potęgująca surrealistyczny, osobny klimat. Dodajmy jeszcze, że final girl strzela tu z łuku, a Fatamorgana z pewnością zwróci uwagę każdego spaczonego miłośnika horrorów.


Patryk Karwowski

Tuż przed świtem reż. Jeff Lieberman, 1981

Początek lat 80. był najlepszym okresem dla slasherów, a fani horrorów mogli w nich przebierać jak w ulęgałkach. Chociaż większość powstających w tym okresie tytułów należną sławę zdobywało po czasie (vide Piątek trzynastego Cunninghama), to droga do serc miłośników horrorów była otwarta na oścież. Powstawały również i gorsze obrazy filmowe, jak wpisujący się w ten nurt Nie chodź do lasu Jamesa Bryana. Na szczęście znakomity Tuż przed świtem ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Krwisto czerwony wschód słońca nad Silver Falls State Park w stanie Oregon jasno definiuje klimat całej produkcji. Reżyser Jeff Lieberman osiągnął idealny nastrój dzięki kilku ważnym elementom: na początku słyszymy muzykę, która już od scen otwierających uderza grozą (gwizdanie, trochę elektroniki), później wkraczamy w przepiękne plenery razem z piątką bohaterów. Scenarzyści (w tym i Lieberman) zastosowali prosty schemat, który nigdy nie zawodzi – młodzi jadą do lasu, by zasmakować natury, pobiwakować, a ostatecznie dojechać do posiadłości, którą jeden z nich otrzymał w spadku. Na miejscu czeka już na nich On i jego maczeta. Więcej do szczęścia widzowi nie potrzeba. Odświeżyłem sobie film po latach i z całym przekonaniem stwierdzam, że twórca nakręcił obraz o wiele ciekawszy, niż konkurencyjne produkcje z tamtego okresu. To co wybija się na tle innych to (jakkolwiek to zabrzmi) poważne podejście do tematu. Lieberman od początku wskazywał Uwolnienie Johna Boormana jako rzecz, do której w główne mierze się odnosił. To przede wszystkim slasher, ale o mocno survivalowym zacięciu. No i te przepiękne miejscówki! Na dodatek twórcy doskonale je wykorzystali kręcąc w nich najbardziej smakowite sceny (niekoniecznie te najmocniejsze), na przykład wyłaniający się zza wodospadu napastnik. Poprawna gra aktorów z wybijającą się na ich tle główną bohaterką to kolejny atut Tuż przed świtem. Jednak totalne zaskoczenie przychodzi na początku (pierwsze morderstwo) i w finale (scena, która nie znalazła się w oryginalnym scenariuszu, a po której rozdziawiasz japę i szepczesz WHAT THE FUCK?!). I pamiętajcie – przeciągłe, tajemnicze gwizdanie w gęstym lesie to pewna śmierć!


Piotr Pluciński

Candyman reż. Bernard Rose, 1992

W dusznym, powstałym na podstawie opowiadania Clive’a Barkera, Candymanie dostajemy umiejętnie zrealizowany horror miejski, wsparty na silnym kontekście rasowym. Helen (apetyczna, będąca w szczytowej formie Virginia Madsen), biała studentka pracująca nad pracą zaliczeniową na temat miejskich legend, interesuje się przypadkiem niejakiego Candymana (Tony Todd w roli życia)– zamożnego syna niewolnika z końca XIX wieku, okaleczonego i spalonego na stosie przez lokalną społeczność za romans z białą kobietą. Bohaterka udaje się do Cabrini-Green*, owianego niesławą kompleksu mieszkaniowego w sercu „czarnej” dzielnicy Chicago. Mieszkańcy wierzą, że Candyman wciąż nawiedza okolicę, dokonując makabrycznych morderstw. Candyman, choć sfilmowany jest z wyczuciem gatunku, bywa szufladkowany jako niewyszukany slasher, z tytułowym bohaterem – dryblasem w kożuchu alfonsa, mającym hak zamiast dłoni – będącym spadkobiercą dorobku Jasona i Freddy’ego. Tymczasem Rose nieustannie daje nam do zrozumienia (warto zwrócić uwagę zwłaszcza na ujęcie z początku filmu, z rojem pszczół wzbijającym się wśród drapaczy chmur, przechodzące w zbliżenie bohaterki), że mamy do czynienia z czymś więcej – rodzajem nadrzeczywistości, w której Candyman przyjmuje formę zmaterializowanej podświadomości Helen, domagającej się symbolicznego rozliczenia z dziejową niesprawiedliwością. Kolejne najazdy na twarz bohaterki, dosadnie ukazana przemoc,  miasto i jego architektura widziane jako wielki, klaustrofobiczny ul, a w końcu niepokojące symfonie chóralne Philipa Glassa, mówią wprost: legenda o Candymanie silnie oddziałuje na Helen. Morderca z hakiem jest jej koszmarem, pragnieniem, wyrzutem sumienia. „Istnieję, póki we mnie wierzysz” – słyszy od niego. Czy będąc białą, uprzywilejowaną intelektualistką z klasy średniej, Helen zaczyna odczuwać coś na kształt empatii, odpowiedzialności za los, jaki go spotkał? Czy dręczona wyrzutami sumienia nieświadomie przywraca/powołuje go do życia? A może to Cronenbergowska w duchu opowieść o rozpadzie umysłu, w której Candyman jest tylko odpryskiem jej szaleństwa?

* –  autentyczne, opanowane przez biedę i gangi, gigantyczne blokowisko w północnym Chicago, powstałe w latach 1942-62; ostatni z budynków należący do tego kompleksu zburzono w 2011.


Marta Płaza

Krzyk reż. Wes Craven, 1996

Gdy pierwsza część Krzyku ujrzała światło dzienne, stało się jasne, że kariera Wesa Cravena zatoczyła pewne koło. Gościu, którego pełnometrażowy debiut, Ostatni dom po lewej, wywołał olbrzymi skandal w latach 70., zmieniając na dobre kino grozy, po raz kolejny dokonał wielkiego przełomu. Tak jak w 1972 roku przeraził Amerykanów portretując przemoc w sposób niesłychanie brutalny i dosłowny, tak w 1996 kolejne pokolenie rodaków zaskoczył obśmiewając tą przemoc do łez. Krzyk okazał się ostatnią deską ratunku dla dogorywającego slashera, sprawiając że publiczność na nowo zainteresowała się perypetiami nastolatków walczących z zamaskowanym mordercą. Film, w którym reżyser-ikona horroru wyśmiewa prawidła kina grozy, cytując, analizując i w ironiczny sposób parafrazując klasykę gatunku, musiał zmienić historię. Przed Cravenem już Sam Raimi próbował podążać tą drogą, jednak to dopiero w Krzyku kształt slashera epoki ponowoczesnej wybrzmiał najwyraźniej. Mimo że Craven do końca życia nienawidził, gdy nazywano go postmodernistą horroru, trzeba przyznać, że w pełni zasłużył sobie na to miano kręcąc film, który po dziś dzień jest niedoścignionym wzorem inteligentnego parodiowania krwawych filmów grozy.


Jan Sławiński

Dziewczyny śmierci reż. Todd Strauss-Schulson, 2015

Podobnie jak w Pleasantville (1998) Gary’ego Rossa, w którym w świecie za szybą telewizora, do którego przenosili się bohaterowie, istniało tylko tytułowe miasteczko, tak w The Final Girls istnieje tylko to, co zostało pokazane w (nieistniejącym) filmie Camp Bloodbath. Obóz, w którym rozgrywa się akcja, staje się więzieniem dla bohaterów, zaś nastolatki muszą podążać śladami filmowych wydarzeń. Tuż po przejściu na drugą stronę ekranu na własnej skórze odczują czas projekcji (nie ruszając się z miejsca będą świadkami tych samych wydarzeń powtarzających się co 92 minuty), muzyka ilustracyjna ze świata filmu zmiesza się z niediegetyczną, a opowieści z przeszłości towarzyszyć będzie zmiana palety barw na monochromatyczną i uzupełniający historię głos z offu. Samoświadomość, metareferencje i zabawa filmową formą to jedne z największych atutów The Final Girls. W filmie Todda Straussa-Schulsona komedia miesza się z horrorem i dramatem. Wbrew pozorom różnice w tonacji kolejnych segmentów nie wpływają negatywnie na spójność całości. W kulminacyjnym momencie filmu do gatunkowej hybrydy dochodzi jeszcze jeden element: przegięte sceny walki spod znaku kina akcji lat 80. Spektakularny pojedynek na maczety odbywa się w akompaniamencie huku grzmotów i błysku piorunów rozświetlających zasnute chmurami niebo. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, kto wyjdzie zwycięsko z tej walki. Bo choć na przestrzeni filmu pojawiły się aż trzy potencjalne Final Girls, na końcu – zgodnie z gatunkowymi prawidłami – ostać się może tylko jedna.


Simply

Nightmare in Damaged Brain reż. Romano Scavolini, 1981

Romano Scavolini to taki meteoryt na firmamencie ekranowego horroru. Pierwszy raz błyśnie ekscentrycznym giallo A White Dress for Mariale w 1972 r., by po dziewięciu latach zrobionym na wyjeździe Nightmare skraść serca fanów goreComeback Scavoliniego przypadł w kinie grozy  na moment przejścia z ery romantycznie eskapizujących lat 70. w swego rodzaju pozytywizm następnej dekady. W licznych slasherach groza na dobre zagnieździ się pośród banalnych realiów rzuconej na ekran codzienności statystycznego, miejskiego widza. Będzie to wymagało zmian zarówno na rzecz odrębnej estetyki obrazu, jak i samego języka filmowego. Scavolini  uchwyci w lot z miażdżąco dobrym rezultatem. Pochopnie zwolniony z wariatkowa schizofrenik George Tatum nadal śni cyklicznie powracający koszmar, w którym podpatrzony w dzieciństwie sado-masochistyczny seks kończy się dziką masakrą. Zagadkowa trauma budzi w nim niepohamowaną żądzę mordu, jednocześnie przysparzając potwornych psychosomatycznych cierpień. Narzuca to niszczącą, beznadziejnie ludzką perspektywę – w końcu nie mamy do czynienia z żadnym fantomem w  masce czy inną chujozą napędzaną paliwem komiksowej metafizyki. Za to odtwarzający główną rolę Baird Stafford momentami łudząco przypomina Antonina Artauda z Męczeństwa Joanny D’Arc Dreyera, co podkreślane jest mimiką i kadrowaniem. Swoją drogą, żeby  dać slasherowemu mordercy twarz twórcy teatru okrucieństwa… kurwa, Scavolini, dlaczego to jakaś frajernia kręci horrory, a Ty nie?! Środkowa, rozbudowana część filmu rozgrywa się w podmiejskim, rodzinnym domu Tatuma na Florydzie (gdzie tamten nieubłaganie zdąża w wiadomych zamiarach) i jest tym niewygodnym „międzyczasem”, na którym wielu reżyserów padło (choćby Joe D’Amato w Rosso Sangue). Ale nie Scavolini, który portretując pospolite życie rodzinki Tatuma wykreował absolutnie niesamowity nastrój praktycznie z niczego. W jego obiektywie trywialne zdarzenia dnia codziennego przekute zostały na złowrogie, sytuacyjne perełki – kolejne stopnie napięcia przed tym, co niebawem nastąpi. A potem eksploduje masarnia i to w najlepszym stylu ambitnego el cheapo, zakończona totalną siekierezadą, wykonaną pod okiem samego Toma Saviniego. Gdy Nightmare błyskawicznie padnie ofiarą inkwizytorów z Video Nasty, Savini po galileuszowsku się go wyprze. Przetrwały jednak zdjęcia z planu, na których pokazuje i objaśnia, co i jak z tą siekierą.


Arek Szpak

Upiorne urodziny reż. J. Lee Thompson, 1981

Powstały w 1981 r.,  niedługo po narodzinach gatunku slashera, w szczytowej fazie jego rozwoju i popularności, film J. Lee Thompsona (autora słynnego Przylądku strachu, 1962) sprawia wrażenie, jakby w swojej treści, pełnej gęsto mnożonych fałszywych tropów i gier, kondensował to wszystko, co się w gatunku już wydarzyło i dopiero miało wydarzyć. Samoświadomy, w równym stopniu poważny, co ironiczny, a przy tym zanurzony po szyję w konwencji, jest  esencjonalny. Jak wszystkie slashery w jednym slasherze. W przeciwieństwie jednak do co bardziej współczesnych, pastiszowych ujęć gatunku, wpisana w Upiorne urodziny zabawa w slasher niewiele ma wspólnego z postmodernistycznie zdystansowanym, wywyższonym podśmiewywaniem się z jego schematów; przeciwnie, jest hołubieniem ich. Thompson wydaje się doskonale wyczuwać wpisaną w gatunek rytualność,  jego swoistą ludyczność: motyw zabawy, której kluczowym elementem jest rozpoznawalność filmowej konwencji i reguł, jakimi się rządzi oraz powtórne ich odegranie. Sposób, w jaki mnoży w swoim filmie zwroty akcji, co rusz sugeruje nowe tropy, by chwilę później porzucić je dla innych, ma w sobie coś prawdziwie kuglarskiego (podobnie jak efektowna wymyślność, z jaką serwowane są w Upiornych urodzinach sceny przemocy), jest brawurową zabawą w przymierzanie masek. Przy tym wszystkim, jego film doskonale broni się jako slasherowa opowieść sama w sobie. Starannie napisany, stylowy (w warstwie wizualnej sporo czerpiący z poetyki giallo) i im dalej w intrygę, tym bardziej schizofreniczny.

3 Comments on Slasher, mon amour

  1. @ Patryk Karwowski
    ,, Piątek 13” zdobył sławę po czasie ???! Chyba zaraz po czasie premiery . Stary, ,, Piątek…” , który kosztował pół bańki , w sam weekend otwarcia zgarnął 5,8 miliona $ , osiągając 18 pozycję w box office 1980 roku . Sequel powstał na pniu, rok później .

  2. W tym przypadku nie chciałbym wiązać „należnej sławy” z sukcesem kasowym.

  3. To jest tożsame w tym wypadku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.