Shin Godzilla (2016). Umarł król, niech żyje król!

Godzilla to popkulturowa ikona, która wciąż cieszy się świeżością w świadomości widowni za sprawą wyreżyserowanej przez Garetha Edwardsa w 2014 roku mega produkcji o wszystko mówiącej nazwie Godzilla. Nakręcona przez Hideaki Anno (Neon Genesis Evangelion) i Shinji Higuchi (Attack na Titan) Shin Godzilla – z japońskiego シン・ゴジラ, Shin Gojira – jest 29 filmem z serii i trzecią próbą restartu historii atomowej jaszczurki przez studio Toho. Japońskie studio filmowe odpowiada za trzy „ery” panowania Godzilli w kinie. Oryginalny film rozpoczął sagę „Showa” (1954-1975), „Heisei” z lat 1984-1995 oraz „Millennium” (1999-2004).

Anno wraz z Higuchim postanowili przenieść oryginalny koncept filmu z 1954 w czasy współczesne. Tam, gdzie u Ishirō Hondy – twórcy pierwszej Godzilli – ziejący nuklearnym oddechem potwór był alegorią ataku na Hiroszimę i Nagasaki oraz amerykańskich prób atomowych w Atolu Bikini, w Shin Godzilli mocno wyczuwalne jest echo wydarzeń z 11 września oraz Fukushimy. Japończycy w szaty kina kaijū (oznaczającego w Japonii „potworną bestię”) ubrali naprawdę przemyślaną i głęboką satyrę polityczno-społeczną. Jednak twórcy nie zapominają również o atomowych korzeniach potwora. Film wręcz zdaje się wprost pytać widza, dlaczego pokładamy tak wiele nadziei w tak niebezpiecznej sile? Czy zapomnieliśmy już, jak wiele zła ona wyrządziła?

Bardzo duża w tym zasługa doświadczenia, jakie twórcy nabyli przy swoich poprzednich produkcjach. Praca przy kultowym anime Neon Genesis Evangelion sprawiła, że w Shin Godzilli wszystko kręci się wokół postaci, zamiast gloryfikować chaos i akcję. Wraz z potworem na ekran przyszły nie tylko śmierć i zniszczenie, ale również pytania dotyczące ludzkiej egzystencji czy kondycji japońskiego społeczeństwa. Atak gigantycznego monstrum to również idealna okazja, by obnażyć niekompetencję rządu, a nawet jego wciąż służalczy stosunek wobec USA. Ten ostatni zobrazowany jest poprzez tragikomiczną próbę zgładzenia Godzilli za pomocą bomby atomowej zrzuconej na Tokio, na której pozwolenie musi paść właśnie z Ameryki.

Godzilla w pierwszej formie po wyjściu na ląd.
Godzilla w pierwszej formie po wyjściu na ląd.

Japonia nie wkracza tutaj do walki z Godzillą wraz z panteonem sztampowych dla tego typu kina postaci. Zamiast tego obserwujemy, jak zwoływane są zebrania, sztaby kryzysowe czy pogrążone w medialnej burzy spotkania prasowe. Rząd uwięziony jest w ramach sztywnych biurokratycznych protokołów, a strach przed sankcjami zupełnie paraliżuje jego działania. Jednak wciąż funkcjonuje tutaj ciągła walka o stołki. Kiedy w zdmuchniętym atomowych oddechem helikopterze ginie premier, walka z potworem ustępuje chwilowo ustanowieniu nowego. Atak Godzilli okazuje się całkiem skutecznym sposobem na redukcję etatów.

Z początku rząd zdaje się bagatelizować niepokojące sygnały dochodzące z Zatoki Tokijskiej. Wystrzeliwane w powietrze gejzery wody, zalanie podziemnego tunelu czy fale przelewające miejskie kanały wydają się błahymi problemami wystawionej na katastrofy naturalne Japonii. Shin Godzilla wykorzystuje ten motyw również jako świetne obudowanie tytułowego potwora, zanim ten na dobre zagości na ekranie. A może zagości jego najbardziej ikoniczna forma. Bo Godzilla tutaj ciągle ewoluuje. Zaczyna jako niezgrabne zwierzę morskie, które wyrzucone na ląd chaotycznie rozbija się po tokijskich ulicach. Jego nieprzystosowane do oddychania na powierzchni płuca tryskają krwią, a rybie oczy mogą przysporzyć widownie o salwy śmiechu. Z czasem kończyny zaczynają przeobrażać się a sylwetka coraz bardziej przypomina to, co znamy z każdego innego filmu o tym potworze.

Właśnie wtedy pada pozwolenie od ONZ – na czele z Rosją, USA i Chinami – aby potraktować monstrum bombą atomową. Pomimo tragicznych wspomnień Japończyków z użyciem broni nuklearnej, pocisk dosięga potwora w samym sercu Tokio. Ku zdziwieniu wszystkich, Godzilla absorbuje jądrową moc, uzyskując umiejętność swojego ikonicznego, zabójczego oddechu.

Nieudane próby powstrzymania potwora.
Nieudane próby powstrzymania potwora.

W strachu przed zupełnym zrujnowaniem miasta pod stopami Godzilli, gąsienicami czołgów i bomb atomowych, grupa „naukowców, frajerów i biurokracji” – bo takie określenie pada w filmie – podejmuje się próby znalezienia alternatywnego sposobu na pokonanie potwora. Na czoło zespołu wysuwa się Rando Yaguchi (Hiroki Hasegawa), który z pomocą Kayoko Ann Patterson (Satomi Ishihara) analizuje zachowanie i genezę Godzilli w celu zaplanowania skutecznego ataku. To właśnie jego argumentacja i poczucie celu nieuchronnie strofują USA przed zrzuceniem trzeciej bomby nuklearnej na kraj. Yaguchi staje się głosem rozsądku w całej tej przepełnionej lękiem narracji.

Ukazanie tej absurdalnej katastrofy z perspektywy rządu działa o wiele lepiej niż we wspomnianym wcześniej filmie Garetha Edwardsa. To właśnie tutaj tak naprawdę czuć, jak wielkim zagrożeniem jest Godzilla. Kluczem do stworzenia naprawdę wiarygodnego obrazu z gatunku kaijū-eiga polega na dostarczeniu czegoś więcej niż ekscytujących sekwencji z potworami. I nie mówię tutaj o drewnianym wątku miłosnym czy rodzinnych rozterkach znanych z amerykańskiej inkarnacji serii.

Odpowiedzialni za montaż Anno i Atsuki Sato zgrabnie przeskakują między obrazami instytucjonalnych włóczęgów, renegatów naukowych i paniki na ulicach. Film co prawda mógłby być krótszy o około 15 lub 20 minut, ale wciąż akcja ciągle trzyma widza przy ekranie. A kiedy Godzilla robi swoje, zawsze przechodzi nas dreszcz przerażenia. Ukazane zniszczenia są tutaj przejmująco realistyczne i dalekie od rozpadających się drapaczy chmur czy majestatycznych wynurzeń z oceanu.

I tak jak już wspomniałem na początku tekstu, nad wszystkim unosi się krajobraz po 11 września oraz katastrofy w Fukushimie. Może nie ma tutaj aż tak sugestywnych obrazów, jak polowe szpitale czy przepełnione kościoły znane z oryginału, lecz kamera z wręcz dokumentalnym zacięciem ukazuje puste ulice, zdewastowane linie kolei i ruiny tokijskich wieżowców. A gdzieś w tle, na drugim planie, powolnym krokiem stąpa Godzilla – król wszystkich potworów.

Godzilla razi swym firmowym oddechem.
Godzilla zionie swym firmowym oddechem.

Shin Godzilla przywraca klasycznemu monstrum to, co tak mocno świadczyło o fenomenie filmu z 1954 roku. Sam potwór jest tutaj raczej pewną koncepcją, nośnikiem strachu, aniżeli kolejnym potworem gotowym stoczyć ekranowy pojedynek z innym przerośniętym żółwiem bądź ćmą. W porównaniu do filmów z okresu „Showa”, „Heisei” czy „Millennium”, produkcja Anno i Higuchicziego jawi się wręcz jako filozoficzny traktat!

Mimo że seria Godzilla od studia Toho jest najdłużej działającą serią kinową wszechczasów, jej wyniki finansowe są bardzo zróżnicowane. Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że Godzilla jest ikoniczną postacią, jednak większość jego japońskich filmów, w tym ostatni duży reboot, Godzilla 2000 (1999) okazały się finansową klapą. Tak, to mężczyzna w kiczowatym kostiumie, i tak, rozdeptuje na kartonowe makiety miast. Dzięki temu seria kojarzyła się z rozrywką dla dzieci lub hipsterów, którzy uważają obecny w filmach poziom campu za urzekający.

Ale żyjąc w globalnej wiosce, skierowanie Godzilli ku międzynarodowej publiki staje się dla Toho motorem napędowym, by dogonić (czy może przegonić) amerykańskie kino rozrywkowe i pokazać, kto tak naprawdę najlepiej rozumie ducha kaijū-eiga. Łącząc to z naprawdę oryginalną stylistyką, pełną aktualnych metafor historią i intrygująco zaprojektowanym potworem – scena z ogonem Godzilli została mi wypalona w głowie na zawsze – otrzymamy prawdziwe arcydzieło nurtu, które ze szczerością w sercu można postawić obok oryginalnej Godzilli z 1954 roku.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.