Sergio Martino na Octopus Film Festival 2019

No i stało się. Kolejna edycja Octopus Film Festival przeszła do historii. Widzowie w tym roku mieli sposobność raczenia się klasycznymi już filmami z minionych dekad (Robocop (1987), Johnny Mnemonic (1995)), produkcjami powszechnie uznawanych za nieudane (Superman IV (1987) w ramach cyklu VHS Hell oraz Staying Alive (1983)), polskim mariażem kina autorskiego z gatunkowością (zeszłoroczne Monument Jagody Szelc oraz Wilkołak Adriana Panka) i wieloma innymi, odjechanymi atrakcjami. Jeśli jednak macie świra na punkcie włoskiej pulpy, to najprawdopodobniej największym wabikiem na Was było pojawienie się tam znakomitego reżysera Sergio Martino i przeprowadzona z tej okazji retrospektywa jego twórczości.

Martino można było zobaczyć na sobotnim spotkaniu (które było, oczywiście, świetną okazją na zamienienie kilku słów z reżyserem i poproszenie o autograf), przed trzema seansami jego filmów (łącznie wyświetlone zostały cztery obrazy Włocha: Dziwny zwyczaj pani Wardh (1971), Mannaja. Człowiek zwany ostrzem (1977), 2019: Po upadku Nowego Yorku (1983) i Torso (1973)), a także na wykładzie poświęconym giallo i prowadzonym przez włoskiego filmoznawcę Giovanniego Modicę. I tu trzeba wspomnieć, że Martino dał się poznać jako człowiek bardzo wdzięczny i jednocześnie niezwykle zafascynowany faktem, że jego obrazy po tylu latach wciąż wzbudzają zainteresowanie. Przede wszystkim jednak okazał się interesującym rozmówcą, który na pytania odpowiadał bardzo szczegółowo, nierzadko wplatając w swoje wypowiedzi dygresje i anegdoty. Niedziwne więc, że np. mająca być jedynie 15-minutowym wstępem rozmowa przed projekcją Dziwnego zwyczaju pani Wardh rozciągnęła się do niemalże godziny.

O czym mówił Martino? Przede wszystkim o różnicach w postrzeganiu włoskiego kina gatunkowego na przestrzeni lat. O tym, że zarówno on, jak i koledzy “po fachu”, tacy jak Ruggero Deodato, czy Umberto Lenzi, byli postrzegani za zwykłych wyrobników, którymi ówczesna krytyka gardziła, albo których, w najlepszym wypadku, ignorowała. Zapytany o stosunek uznanych włoskich reżyserów pokroju Federico Felliniego czy Luchino Viscontiego do twórczości gatunkowej odpowiedział, że światek artystyczny nie komentował w żaden sposób poczynań Martino i jemu podobnych twórców, a podział na “dobre” kino autorskie i “złe” gatunkowe był w ówczesnym czasie tak silny, że żaden dziennikarz nie odważyłby się nawet zapytać któregokolwiek z reżyserów o opinie, obawiając się posądzenia o nieprofesjonalizm. Stwierdził też jednak, że z całą pewnością przyglądano się po cichu tak zwanym “wyrobnikom”, a niekiedy i nawet nimi inspirowano, czego przykładem ma być Powiększenie (1966) Michelangelo Antonioniego, które to, w opinii Sergio Martino, jest w zasadzie filmem giallo.

Dużo też mówił o twórczości współczesnych reżyserów, jak Guillermo Del Toro czy Quentin Tarantino, którzy otwarcie przyznają się do inspiracji jego twórczością. I o ile tendencja twórcy Pulp Fiction (1994) do nadmiernego “cytowania” klasyków kina gatunkowego budzi niekiedy kontrowersje, tak trzeba przyznać Quentinowi, że po osiągnięciu kasowego sukcesu przyczynił się nie tylko do zwiększenia rozpoznawalności włoskich reżyserów gatunkowych, ale i pomógł otworzyć co niektórym oczy na artystyczne walory tamtych produkcji. Dlatego też reżyser nie szczędził okazji, by przypominać nam o fakcie, że w 2004 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji Tarantino złożył hołd m.in. Umberto Lenziemu, Ruggero Deodato, Enzo G. Castellariemu czy właśnie Martino i że to on jako pierwszy zwracał się do nich per “maestro”. Przede wszystkim jednak reżyser wyrażał swoją radość i swego rodzaju “ojcowską” dumę, którą ma prawo odczuwać, gdy np. Del Toro przyznaje się do tego, że taka Wyspa ludzi-ryb (1979) stanowiła inspirację do powstania Kształtu wody (2017), lub gdy Tarantino przyznaje, że to kino Martino nauczyło go, jak pięknie przedstawiać przemoc na ekranie.

Fragment plakatu do Wyspy ludzi-ryb

Jeżeli zaś chodzi o historie związane z procesem powstawania filmów Martino, to chyba najbardziej fascynującą było to, jak radzono sobie z ówczesną cenzurą. Otóż, jak się okazuje, niektóre bardzo brutalne lub mocno rozerotyzowane sceny powstawały głównie z myślą o cenzorach. Zamysł był taki, by skupiały ich uwagę swoją przesadną wulgarnością i trafiły pod nożyce, aby uratować od cięć sceny, na których tak naprawdę reżyserowi zależało. To dość ciekawe w kontekście dzisiejszych starań, by nasze kopie filmów na nośnikach DVD i Blu-ray zawierał wersję uncut, podczas gdy niekoniecznie musi być zgodne z zamysłem twórcy.

Rzeczą, za którą najbardziej szanuję Octopus Film Festival, jest to, jak umiejętnie łączy rozrywkowy charakter filmowej imprezy z edukacyjną misją, bo przecież tym właśnie jest zapraszanie takich artystów Martino i promowanie ich twórczości. Organizatorzy w tym roku dołożyli od siebie naprawdę pokaźną cegłę dla budowy pozycji kina prawdziwie kultowego w naszym kraju. Z wypiekami na twarzy wyczekuję kolejnej edycji i przede wszystkim następnych gości. Trudno jest pisać o tym wprost, jednak musimy pamiętać, że żyjemy w czasach, które dla wielu naszych celuloidowych herosów są już późną jesienią życia. To może być ostatnia szansa, by się z nimi spotkać i podziękować za te wszystkie godziny spędzone przy ich wspaniałej twórczości. Dlatego też nie wahajcie się odwiedzić festiwal, gdy za rok Octopusi ogłoszą kolejnego znakomitego gościa. Do zobaczenia na miejscu!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.