Roger Corman, mon amour Vol. 2

Drogie! Drodzy! Dziewięć miesięcy po pierwszym odcinku, w kinomisyjnym gronie narodził się pomysł na powrót do twórczości Rogera Cormana. Tym bardziej, że okazja do wspominek jest nie byle jaka. Mistrz kina klasy B, ojciec Kobiety-pszczoły (1959), Krwawej mamuśki (1970) i wielu innych pulpowych smakowitości kończy dzisiaj 94 lata! Jeżeli myślicie, że jest to wiek idealny do przejścia na filmową emeryturę, to nie możecie się bardziej mylić. Niezmordowany twórca niedawno rozpoczął pracę na planie thrillera Crime City, który z radością opisuje jako powrót do korzeni kina klasy B. Z kolei w zeszłym roku wyprodukował chińsko-wietnamski film akcji Uprowadzenie oraz współprowadził (wraz ze swoją żoną) telewizyjny program dokumentalny Cult-Tastic: Tales from the Trenches with Roger and Julie Corman, w którym wspominał swoją barwną karierę, nawiązując do licznych ciekawostek z planu i kultowych występów. Korzystając z okazji, najserdeczniejsze życzenia słynnemu twórcy postanowiło złożyć tym razem osiem osób, w tym trzech gości: Patryk Karwowski z Po napisach oraz Simply i Kuba Haczek z bloga The Blog That Screamed. Wszyscy wspominając najbardziej nietuzinkowe i niebanalne filmy z przepastnej twórczości mistrza, zarówno tej reżyserskiej jak i producenckiej. Czy kolejne lata przyniosą nam zakończenie kariery Rogera Cormana? Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że… nie! Jak to sam główny zainteresowany miał usłyszeć od swojego asystenta Joe Davisona – jest za stary na to, aby przejść na emeryturę. Kinomisja i przyjaciele życzą 200 lat, bo 100 już nie wypada…

Marta Płaza


1955 – Bestia o milionie oczu (reż. Roger Corman) – Oskar Dziki

Dla wielu nazwisko Cormana od zawsze równało się tandetnym, tanim i produkowanym taśmowo filmom o potworach. I nic w tym dziwnego! Facet bowiem pracował nad ponad setką takich dzieł! Jednym z najwcześniejszych dzieci romansującego z science fiction Rogera jest niesławna Bestia o milionie oczu, serowaty horror z połowy lat 50. Historia kręci się wokół osobliwych kosmitów, którzy gdzieś na amerykańskim pustkowi próbują podbić ludzkość za pomocą opętanych zwierząt. Co prawda znajdziemy tutaj nieco więcej psychologii, każda postać zdaje się walczyć desperacko z własnymi demonami, jest to jednak film, który więcej obiecuje, niż dostarcza. Za wszystkim stoją oczywiście mizerne warunki produkcyjne, przez co w założeniach dramatyczne sceny wypadają wręcz komicznie. Choćby scena, w której agresywne warczenie nałożone jest na obraz merdającego ogonem, przyjaznego pieska mająca obrazować zwrócenie się czworonoga przeciwko swoim właścicielom. Inną, naprawdę poważną wadą Bestii jest zupełny brak tajemnicy, która otacza fabułę. Już na samym początku kosmici dokładnie tłumaczą nam swoje plany podboju błękitnej planety! Wystarczyło tylko przesunąć ten wątek w czasie, a sam film nieznacznie zyskałby na jakości. Ale mimo wszystkich tych widocznych jednym z miliona gołych oczu problemów, film Cromana jakoś tam wpłyną na rozwój kinematografii. Bo jeśli się zastanowimy, to chyba właśnie Roger Corman przeistoczył coś tak powszechnego, jak zwierzęta domowe czy ptactwo w śmiertelne zagrożenie, osiem lat przed Hitchcockiem.


1960 – Ostatnia kobieta na Ziemi (reż. Roger Corman) – Marta Płaza

Akcja filmu zabiera nas w malownicze rejony Portoryko gdzie na wypoczynek przybywa apodyktyczny biznesmen Harold Gern wraz z żoną Evelyn i przyjacielem Martinem. Pewnego dnia cała trójka postanawia wypłynąć na morze by tam spędzić czas na nurkowaniu. W trakcie gdy bohaterowie znajdują się pod wodą, z powietrza w tajemniczy sposób zostaje wyssany cały tlen. Gdy wypływają na powierzchnię, z przerażeniem stwierdzają, że są jedynymi ocalałymi w okolicy, a być może i na całym świecie…Roger Corman tym razem w bardziej kameralnej wersji. Bez stworów z kosmosu, czy odmętów oceanu, za to ze „stworami”, które drzemią w każdym z nas, czekając tylko na odpowiedni moment, aby dać o sobie znać. Koniec świata, jak najbardziej może być takim momentem, tym bardziej gdy przy życiu pozostaje dwóch mężczyzn i jedna kobieta! Despotyzm męża, traktującego żonę jak własność, nihilizm przyjaciela, a w końcu psychiczne zaniedbanie żony, która za wszelką cenę usiłuje zbudować z obydwoma mężczyznami zgodne trio – połączenie tych trzech skrajnych osobowości to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Napięcie więc rośnie, a starcie samczych charakterów zdaje się być tylko kwestią czasu. Corman od początku zwraca uwagę bardziej na relacje międzyludzkie w obliczu katastrofy, niż na katastrofę jako taką. Malownicze ujęcia wymarłej wyspy jak najbardziej mogą robić wrażenie, jednak nadal są one jedynie tłem dla psychologicznej gierki trójki ocalałych, walczących za wszelką cenę o przetrwanie. Duszna atmosfera, seksualne napięcie wiszące w powietrzu, samotność na tym wielkim świecie – wszystko to sprawia, że wizja końca świata według Cormana jest bardziej przejmująca niż mógłby sugerować niski budżet i szybkie tempo pracy. Na szczęście wszystkie te mniejsze bądź większe techniczne niedoskonałości, przykrywa świetny scenariusz Roberta Towne’a, który wcielił się również w postać Martina. Co ciekawe był to scenariopisarski debiut twórcy, który w kolejnych latach miał odpowiadać chociażby za rewelacyjny skrypt do Chinatown (1974).


1961 – Studnia i wahadło (reż. Roger Corman) – Piotr Kuszyński

Francis Barnard na wieść o śmierci siostry przybywa do umiejscowionego w Hiszpanii zamczyska zamieszkanego przez swojego niedawnego szwagra, Nicholasa Medinę. Na pytania o przyczynę zgonu siostry nie otrzymuje on niestety konkretnej odpowiedzi i zamiast tego jest zbywany niejasnymi ogólnikami, które wywołują u niego spory niepokój. Postanawia więc zostać w zamku na dłużej by odkryć tajemnice jaką, jak mu się zdaje, skrywa przed nim Medina. Sukces komercyjny Zagłady domu Usherów (1960) sprawił, że wytwórnia AIP (czyli ówczesny pracodawca Cormana) postanowiła kuć żelazo, póki gorące i zleciła stworzenie kolejnej produkcji bazującej na prozie Edgara Allana Poego. Już rok później fani kinowej grozy mogli zasiąść wygodnie w kinach i delektować się seansem Studni i wahadła, adaptacji opowiadania o tym samym tytule, która z oryginału czerpała jednak bardzo niewiele, a to z racji bardzo opisowej natury dzieła pisarza. Z Poego pozostało tu zaledwie tytułowe, będące okrutnym narzędziem tortur, wahadło, oraz gęsta, ponura atmosfera, która, na całe szczęście, została doskonale przeniesiona na ekran. Nie ulega wątpliwości, że samo sięgnięcie po Poego było zaledwie pretekstem do powtórzenia formuły swojego poprzednika. Studnia i wahadło oferuje więc doznania bardzo zbliżone do tych z Zagłady domu Usherów, jednak dołożono wszelkich starań, by udoskonalić te elementy, które stanowiły o sile pierwszego filmu. Wzbogacono więc scenografię, scenariusz okraszono mocnymi zwrotami fabularnymi, a Vincent Price, gdy tylko nadarza się ku temu okazja, atakuje aktorską szarżą, by należycie oddać postać znajdującą się na granicy obłędu. Wszystko to poskutkowało filmem jeszcze lepszym od słynnej Zagłady domu Usherów, który można spokojnie uznać nie tylko za jedno z największych dokonań Cormana, ale i jeden z najznakomitszych gotyckich horrorów w historii kina.


1962 – Opowieści niesamowite (reż. Roger Corman) – Marta Płaza

Opowieści niesamowite to czwarty film z cyklu adaptacji utworów Edgara A. Poe, a pierwszy wpuszczający w świat gotyckiej grozy, odrobinę humoru. Roger Corman bierze na warsztat cztery utwory mistrza grozy: Morellę, Czarnego kota, Prawdziwy opis wypadku z panem Waldemarem oraz Beczkę Amontillado. Ostatecznie, na ich podstawie snuje trzy opowieści. O córce, która przyjeżdża w odwiedziny do zgorzkniałego ojca pogrążonego w żałobie i pijaństwie po stracie żony, która zmarła przy porodzie, o pewnym jegomościu, który nienawidzi kota swojej żony, prawie równie mocno jak jej samej, a w końcu tę najbardziej przejmującą o nieuleczalnie chorym Waldemarze, który szuka ratunku w hipnozie. Humorystyczny wydźwięk środkowej opowiastki nie był dziełem przypadku. Jak wspominał sam Corman: „W Opowieściach niesamowitych próbowaliśmy zrobić coś innego niż do tej pory. Scenariusz był serią przerażających sekwencji inspirowanych historiami Poego i aby to wszystko nieco przełamać, postanowiliśmy wprowadzić odświeżający humor do jednej z nich”. Eksperyment się udał. Nowela nakręcona na podstawie opowiadania Czarny kot, jest wdzięcznym kontrapunktem dla ponurych, gotyckich „towarzyszek”. Błyszczy w niej szczególnie Peter Lorre w roli wiecznie pijanego, poniżającego swoją żonę Montresora Herringbone’a. Na przeciwnym biegunie zostaje umieszczony dostojny, znakomity znawca trunków Fortunato Luchresi, w którego wciela się Vincent Price, dając popis talentu komediowego. Atmosfera się zagęszcza w momencie gdy szarmancki Luchresi zaczyna mieć chrapkę na żonę, zaniedbywaną przez Montresora. Opowieści niesamowite, mniej widowiskowe niż inne filmy z cyklu, są już dzisiaj nieco zapomniane. Szkoda, bo oprócz intrygujących historii, pokaźnej dawki humoru, mają do zaoferowania również jedne z najciekawszych postaci, z cormanowskiego firnamentu gwiazd. Dzisiaj film wspominany jest przede wszystkim w kontekście pewnego uroczego zdjęcia, na którym kilkanaście kotów, wraz ze swoimi właścicielami, czeka na casting do „najważniejszej” roli filmu: czarnego kota!


1962 – Przedwczesny pogrzeb (reż. Roger Corman) – Oskar Dziki

Niewielu twórców filmowych aż tak chętnie sięgało po twórczość Edgara A. Poe, jak omawiany przez nas Roger Corman. Po niewątpliwych sukcesach finansowych Zagłady domu Usherów (1960) oraz Studni i wahadła (1961), nie było dla nikogo zaskoczeniem, że Corman dalej będzie zbijał kabzę z prozy Poego. W roku 1962 sięgnął on po jeden z najbardziej niepokojących tekstów amerykańskiego romantyka, nowelę Przedwczesny pogrzeb. Akcja filmu ma miejsce w Anglii, gdzie poznajemy Guya Carrella (Ray Milland), byłego studenta medycyny z fobią przed byciem pochowanym żywcem. Jest on bowiem przekonany, że taki właśnie smutny los spotkał jego ojca. I podobnie jak tata, Guy cierpi na ataki katalepsji tak mocne, że sprawiają wrażenie śmierci. W strachu przed zamknięciem w trumnie, bohater konstruuje grobowiec pełen wymyślnych zabezpieczeń mających uchronić go przed samotną śmiercią w ciemności. Do tego szalonego świata przybywa Emily Gault (Hazel Court) i szybko kończy jako małżonka Carrela. Jak na Poego przystało, niczym wszechobecna gęsta mgła bohaterów otacza złowieszcza intryga, morderczy spisek i skryte w cieniu demony przeszłości. Mikro budżet, do jakiego przyzwyczaił nas Corman, działa w Przedwczesnym pogrzebie tylko na plus! Roger koncentruje się praktycznie tylko na pokręconym umyśle głównego bohatera, kładąc nacisk na dialogi i emocje, jakimi emanują ekranowe postacie. Umysł Guya Carrella zostaje poddany wręcz wnikliwej psychoanalizie, dzięki czemu film jest bardziej realistyczny i przerażający. Duża tutaj również zasługa aktorów, zwłaszcza Millanda, któremu doskonale udaje się stworzyć portret mężczyzny balansującego nad całkowitym załamaniem. Jednak Przedwczesny pogrzeb to dla mnie idealny przykład, jak dwóch pochodzących z różnych epok artystów może łączyć tak wiele! Zarówno Roger Corman, jak i Edgar A. Poe potrafili przedstawić przerażającą kruchość ludzkiej egzystencji jak mało kto. Jestem tego pewien, że gdy Poe żył w latach 60., miałby etat w wytwórni filmów Cormana.


1964 – Grobowiec Ligei (reż. Roger Corman) – Kuba Haczek

Po śmierci Lady Ligei (Elizabeth Shepperd), jej mąż, Verden Fell (Vincent Price) popada w ogromną rozpacz, nie mogąc sobie poradzić z odejściem ukochanej. Dopiero gdy na swej drodze spotyka Lady Rowenę (Shepperd w podwójnej roli), odzyskuje utraconą radość życia, rychło poślubiając piękną kobietę. I gdy wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku, przeszłość upomina się o mężczyznę, który w ruinach opactwa będzie musiał zmierzyć się z własnymi demonami. Ostatni obraz z cyklu Cormanowskich ekranizacji opowiadań Edgara Allan Poe to jeden z najlepszych filmów amerykańskiego reżysera. Nowela została dosyć wiernie zekranizowana, scenarzystą był Robert Towne (Oscar za Chinatown). Dzięki jego pracy fabuła jest zwarta i znakomicie poprowadzona, bez nagromadzenia niepotrzebnych wątków (twierdził po latach, że był to najtrudniejszy scenariusz nad jakim pracował). I choć początkowo zarówno Corman jak i Towne nie chcieli angażować do głównej roli Vincenta Price’a, m.in. z powodu jego wieku (głównym kandydatem był Richard Chamberlain), zostali zmuszeni przez wytwórnię AIP do zatrudnienia legendarnego aktora. Wyszło to jednak filmowi na dobre, głównie dzięki wielkiemu doświadczeniu Price’a w ukazywaniu udręczonych i zgorzkniałych postaci. To swoiste podsumowanie całego cyklu wypada i dziś nadzwyczaj dobrze – formuła cyklu, zdominowanego wielością scen we wnętrzach doczekała się w końcu oddechu i odświeżenia dzięki wyjściu w plener (pomogły zjawiskowe ruiny klasztoru Acre oraz Stonehenge). Film w stosunku do swych poprzedników zyskał też na dynamice choćby przez świetne jazdy panoramiczne, czy wspaniale uchwycone angielskie plenery (tutaj ukłon w kierunku doświadczonego operatora Arthura Granta, znanego z hitów wytwórni Hammer). Reżyser uważa Grobowiec Ligei za szczytowe osiągnięcie spośród własnych ekranizacji Poego, zaś po jego realizacji zdał sobie sprawę, że z twórczości pisarza nie jest w stanie wycisnąć już nic więcej. Późniejsze realizacje wytwórni AIP, już bez Cormana na pokładzie (Zatopione Miasto (1965) Jacquesa Tournera czy Zabójstwa przy Rue Morgue (1971) Gordona Hesslera) przepadły zarówno w kinach jak i w świadomości widzów.


1968 – Żywe Tarcze (reż. Peter Bogdanovich) – Kuba Haczek

Bobby Thompson (Tim O’Kelly), prosty amerykański chłopak, mieszkający z żoną oraz rodzicami w Los Angeles, wyrusza z ojcem postrzelać na obrzeża miasta. Bezproblemowa atmosfera gęstnieje, gdy syn bierze ojca na muszkę strzelby. Wieczorem, kiedy domownicy zasiadają przed telewizorem, widzimy wyraźnie zarysowany schemat tej rodziny: nadopiekuńcza matka, władczy ojciec oraz popadający w marazm syn nie potrafią wyjść z zaczarowanego kręgu, którego granice zdefiniowano zapewne jeszcze w dzieciństwie chłopca. Nadchodzi poranek, Bobby staje na krawędzi szaleństwa: z zimną krwią morduje domowników, po czym wyrusza na przejażdżkę samochodem pełnym zakupionej wcześniej broni. Tymczasem, gdzieś na Bulwarze Zachodzącego Słońca, gwiazda klasycznych horrorów Byron Orlok (Boris Karloff), odchodzi na emeryturę. Choć producenci chcą z niego wycisnąć jeszcze kilka ról, decyzja aktora jest ostateczna. Byron nie rozumie czasów, w jakich przyszło mu spędzić końcówkę życia, czuje, że jego postacie nie mają nic do powiedzenia młodemu pokoleniu. Wraz z reżyserem Sammym (Peter Bogdanovich), panowie zostają zaproszeni do kina drive-in na seans ostatniego filmu Byrona, którym jest Strach (1963) Cormana. Ścieżki Bobby’ego i Byrona przetną się w tym świętym miejscu amerykańskiej popkultury, prowadząc do nieuniknionej konfrontacji przeszłości z teraźniejszością. Reżyserski debiut Bogdanovicha to film powstały w zasadzie dzięki przypadkowi: otóż Boris Karloff był dłużny Cormanowi dwa dni zdjęciowe. Bohater naszego tekstu „oddał” je swemu podopiecznemu Bogdanovichowi, współpracującemu z nim już na planie Dzikich Aniołów (1966). Warunek był jeden: film miał zawierać minimum 20 minut niewykorzystanych ujęć ze Strachu. Bogdanovich wiedział, że z tak spreparowanego materiału może wyjść solidny gniot, biorąc pod uwagę mikro budżet i ultrakrótki czas na nakręcenie. Zaproponował więc uwspółcześnienie scenariusza, z kilkoma odwołaniami do wspomnianego filmu swego mentora. Przy scenariuszu wydatnie pomogła mu towarzyszka życia, Polly Platt, oraz Samuel Fuller. Powstał jedyny w swoim rodzaju list miłosny do czasów odchodzących w przeszłość, a jednocześnie oskarżenie teraźniejszości. Reżyser dobitnie ukazał, iż na jego oczach umiera stara groza i rodzi się nowy sposób straszenia, zaś śmierć staje się codziennością. Samoistna przemoc, wyzwalająca się zasadniczo bez dodatkowych bodźców to problem, z którym Ameryka do dziś nie poradziła sobie w zadowalający sposób (pierwowzorem głównego bohatera był Charles Whitman, amerykański student, który w 1966 roku zastrzelił kilkanaście osób, uśmiercając ich seriami z karabinu z celownikiem optycznym). Film nie stał się hitem, dopiero po latach doczekał się należnego uznania (jego wielkim fanem jest Quentin Tarantino) i otoczenia kultem. Dziś mówi się o nim, że to najlepsza produkcja spod ręki Rogera Cormana.


1972 – Wagon towarowy Bertha (reż. Martin Scorsese) – Caligula von Kömuda

Po sukcesie Krwawej mamuśki (1970) Cormanowi zamarzył się kolejny gangsterski obraz z kobiecą bohaterką. Scenarzyści wzięli na warsztat powieść Sister of the Road (1937) Bena L. Reitmana, a na stanowisku reżysera posadzono początkującego twórcę nazwiskiem Martin Scorsese. Ten zaś wycisnął z eksploatacyjnego materiału maksimum wiarygodności i uwypuklił humanistyczne akcenty historii. Rzecz opowiada historię niejakiej Berthy Thompson, która wspólnie z trójką towarzyszy wypowiada prywatną wojnę zarządowi amerykańskiej kolei, by z czasem stać się wyjętymi spod prawa opryszkami. Jak przystało na film z cormanowskiej stajni, seks i przemoc są tu odpowiednio wyeksponowane, jednak błyskotliwa reżyseria Scorsese sprawia, że Wagon towarowy Bertha (swoją drogą autor polskiego tytułu popisał się wyjątkową ignorancją) stanowi istny majstersztyk niskobudżetowej eksploatacji. Przyszły twórca Taksówkarza (1976) już tutaj udowadnia, że język filmowy rozumie jak mało kto. Za przykład wystarcza choćby sam finał, w którym ostatecznej rozprawie z wymiarem sprawiedliwości towarzyszą efektowne jazdy kamery i rwany montaż. Scorsese robi również odpowiedni użytek z powierzonej mu obsady: zarówno Barbara Hershey, jak i partnerujący jej David Carradine oraz Barry Primus tworzą wyśmienite, wykraczające daleko poza B-klasowe standardy, role. Wprawdzie po przedpremierowym pokazie, John Cassavettes miał powiedzieć do 28-letniego wówczas reżysera, że ten stworzył „kawał gówna” i poradził mu, by wziął się za bardziej ambitne projekty, jednak nie dajcie się zwieść – Bertha to prawdziwe cudo, które zachwyca zarówno doskonale odmalowanym kolorytem czasów, jak i dzięki brawurowej realizacji. Lepszej niskobudżetowej odpowiedzi na Bonnie i Clyde (1968) nie znajdziecie!


1973 – I Escaped from Devil’s Island (reż. William Witney) – Simply

„Dobra robota Marty, ale już kurwa nigdy więcej takiego gówna nie kręć. Masz robić swoje, autorskie rzeczy” – tym krótkim, żołnierskim tekstem, John Cassavetes zmienił bieg kinematografii, przekonując Marina Scorsese, by zrezygnował z reżyserii I Escaped from Devil’s Island. Bo taką właśnie propozycję złożył mu Roger Corman, po świetnym przyjęciu łotrzykowskiego dramatu Wagon towarowy Bertha (powyższego, Cassavetesowego „gówna”), który Scorsese w 24 dni zrealizował właśnie dla AIP. Marty rzucił się więc w wir pracy nad scenariuszem Ulic Nędzy (1973), a na reżyserskim stołku Diabelskiej Wyspy… zasiadł telewizyjny rzemieślnik William Witney. Diabelska Wyspa u wybrzeży Gujany Francuskiej to miejsce kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, założonej w czasach II Cesarstwa. Brzmi znajomo? Corman od zawsze odcinał kupony od famy aktualnych hitów, ale tym razem postanowił pójść o krok dalej. Franklin J. Schaffner był dopiero w połowie realizacji Papillona (1973), gdy nasz bohater czując przebojowe pismo nosem, wpadł na pomysł zrobienia błyskawicznego rip-offu, by wpuścić go do kin jeszcze PRZED premierą Papillona! Choć nie ma tu kreacji zdolnej choć minimalnie zbliżyć się do geniuszu Steve’a McQueena, obsada na pewno pozostaje jedną z mocniejszych stron filmu. W roli głównej wystąpił Jim Brown – ex gwiazdor futbolu amerykańskiego i pierwszy twardziel kina blaxploitation. Do tego człowiek o bardzo gwałtownym usposobieniu, co wiemy m. in. ze wspomnień Antonio Margheritiego. Jako towarzysz niedoli partneruje mu Christopher George, bardzo niewykorzystany, przedwcześnie zmarły aktor, dziś postać kultowa. Zrealizowany w Meksyku Devil’s Island… reprezentuje jakże znajomy typ taniego jak barszcz średniaka, którego się dobrze i bezstresowo ogląda. Prochu tu nikt nie wymyśla, za to brutalnych scen i śniadych cyców nie brakuje. Jednym z poważniejszych minusów jest sama scena ucieczki, wykonana po łebkach i mało wiarygodnie, choć patent na improwizowaną łódź jest całkiem oryginalny (skazańcy robią konspiracyjne pontony z świńskich skór, pozyskanych z polowej rzeźni). W części penitencjarnej idzie wyłowić dość nietypowe pomysły, jak więzienny gang gejów zwanych Fancy Boys, uszminkowanych i topiących ofiary z poderżniętymi gardłami w latrynie. Ogólnie bohaterowie mają tu więcej szczęścia niż ich koledzy z Papillona. Docierają na stały ląd, zaliczają obowiązkową wizytę w kolonii trędowatych, a gdy wpadną w łapy dzikich Indian, Jimowi Brownowi trafi się gorący seks z nieludzko napaloną dziewoją (piękny full frontal). Później, już w terenie zurbanizowanym, będą się ganiać po obskurnych fawelach z ścigającymi ich federales, a efektowne zakończenie uwieńczy niespodziewany cliffhanger. Plan Cormana powiódł się, premiera Devil’s Island… miała miejsce we wrześniu 1973, a Papillona w grudniu. Producenci tego ostatniego próbowali założyć sprawę o kradzież praw autorskich, lecz bezskutecznie. Sam film specjalnej furory nie zrobił, za to Jim Brown i Christopher George w strojach Adamowych wylądowali na rozkładówce magazynu Playgirl.


1980 – Bitwa wśród gwiazd (reż. Jimmy T. Murakami) – Patryk Karwowski

„Jeżeli George Lucas mógł zbić fortunę na kopiowaniu Ukrytej Fortecy (1958) Kurosawy, to dlaczego ja nie mogę zarobić na wykorzystaniu historii Siedmiu samurajów (1954)?”. Tak pewnie myślał Roger Corman, gdy widział szał na kinowe science fiction. Gdy było już pewne, że twórcy Gwiezdnych wojen rozbili bank swoją kosmiczną historyjką, król małego budżetu szybko zaczął montować ekipę, by sukces kolegów po fachu powtórzyć. Za scenariusz odpowiadał John Sayles (wybitny scenarzysta, mistrz neo-westernowych opowieści, późniejszy twórca między innymi W szachu i Na granicy). Reżyserem został Jimmy T. Murakami, który pracował również jako drugi reżyser na planie Humanoidów z głębiny. Niespodziankom na liście płac nie ma końca. W filmie wystąpił Robert Vaughn (powtarzając niejako swoją rolę z Siedmiu wspaniałych – 1960), George Peppard (zagrał „kowboja”, jedynego ziemskiego przedstawiciela w tej ferajnie), ale najbardziej cieszy oko zjawiskowa jak zawsze Sybil Danning. Za muzykę odpowiadał James Horner, z kolei modele statków kosmicznych budował James Cameron. Wszystko to pięknie się czyta, a nazwiska rozpalają wyobraźnię. Ilu by jednak fachowców na planie Corman nie zebrał, to widowiskowy film w kosmosie zawsze rozbije się o budżet. I nawet gdy usłyszycie, że film był najdroższą (w chwili premiery) produkcją Cormana, to dwa miliony dolarów na spektakl sci-fi wciąż będą kwotą skromną. I to niestety po latach widać. Inspirowany utworem Kurosawy obraz Murakamiego powiela schemat, ale  historia jest przecież o tyle uniwersalna, że wystarczyło zamienić tylko realia i tło (jak zrobił to John Sturges przy Siedmiu wspaniałych). W Bitwie wśród gwiazd biedni mieszkańcy planety Akir (sympatyczny ukłon w stronę japońskiego twórcy) zostali najechani przez żądnego krwi Sadora (John Saxon, kolejna obsadowa niespodzianka). Pokojowo nastawieni Akiranie muszą szukać pomocy. Znajdują śmiałków, wyrzutków z zapomnianych przez wszystkich scenarzystów galaktyk i w pozbawionym emocji finale dają nauczkę najeźdźcy. Ten wspomniany „wysoki” budżet brzmi dość zabawnie, bo był jedynie kroplą w morzu potrzeb takiego gatunku. Nie dla Rogera Cormana, który nie dość, że film wyprodukował, to jeszcze poddał recyklingowi większość wykorzystanych w produkcji elementów. Wybrane fragmenty partytur Jamesa Hornera usłyszymy w kilku kolejnych filmach Cormana (choćby w Kosmicznych najeźdźcach – 1983), a sekwencje ze statkami kosmicznymi zobaczymy między innymi w Forbidden world (1982) i Kosmicznym wirusie (1991). Bitwa wśród gwiazd to ciekawy przykład próby odkrojenia sobie kawałka tortu od boomu na Gwiezdne wojny. Z kolei dla badaczy amerykańskiego kina to wyjątkowy przykład tego jak na filmowym planie praktykowali najwięksi z branży.


1980 – Humanoidy z głębin (reż. Barbara Peeters) – Caligula von Kömuda

Małe nadmorskie miasteczko pada ofiarą plagi człekokształtnych potworów z oceanu, które wychodzą na ląd, by mordować mężczyzn i gwałcić ich kobiety… Brzmi pięknie, prawda? I takie też są Humanoidy z głębin: esencja B-klasowej, taniej rozrywki. Film Peeters zapożycza dług wdzięczności u tanich horrorów science-fiction z lat 50., ale nonsensownym kliszom nadaje czysto eksploatacyjny charakter. Ataki wodnych pomiotów za każdym razem są więc odpowiednio krwawe (znajdzie się tu nawet miejsce na zżynkę z Obcego – 8. pasażera „Nostromo” -1979), a padające ich ofiarą niewiasty mają odpowiednio niekompletne odzienie. Sam rodowód kreatur też jest niczego sobie: to wynik nieudanego eksperymentu, który pierwotnie miał na celu… wyhodowanie gigantycznych okazów łososia. Co ciekawe, sama reżyserka po premierze odżegnywała się od swojego dzieła, twierdząc że elementy gore i – przede wszystkim – spora dawka golizny, zostały wymuszone w ostatniej chwili przez Cormana, któremu zależało na przyciągnięciu do kin typowo grindhousowej widowni. Cel został osiągnięty: Humanoidy odniosły skromny sukces w box office. Krytycy wprawdzie swoim zwyczajem kręcili nosami na niewybredną rozrywkę z cyckami i lateksowymi stworami w rolach głównych, ale kto by ich tam słuchał. Po latach ten szacowny już klasyk od New World Pictures wciąż podziwia się z niekłamaną przyjemnością: wygląda to tak, jakby Potwór z Czarnej Laguny (1954) skrzyknął swoich kumpli i ruszyli na miasto siać totalny zamęt oraz bzykać wszystko (no prawie…), co stanie na ich drodze. Mówiąc wprost: blisko półtorej godziny czystej frajdy.


1983 – Suburbia (reż. Penelope Spheeris) – Marcin Zembrzuski

Penelope Spheeris zadebiutowała mocarnym dokumentem Upadek zachodniej cywilizacji (1981) prezentującym portret sceny punkowej w Los Angeles przełomu lat 70. i 80. Kultowy dziś film nie zainteresował wówczas żadnego dystrybutora. Reżyserka, jak miała przyznać w pewnym wywiadzie, usłyszała jednak radę od znajomego kiniarza: „Jeśli chcesz zrobić film o punk rocku i chcesz, żeby trafił do kin, to nie może być dokument”. Spheeris nie miała żadnego doświadczenia w tworzeniu fabuł, lecz była bardzo blisko związana ze środowiskiem punkowym i postanowiła wymieszać i/lub przerobić rozmaite sytuacje, jakich była świadkiem, oraz anegdoty, jakie słyszała, i z nich wszystkich ulepić scenariusz. Tak powstała pięknie zatytułowana Suburbia (jak czyta jeden z bohaterów, nazwa to zespolenie wyrazów „suburbs” i „utopia”; sam film prezentuje amerykańską rzeczywistość jako swoistą dystopię). Corman wyłożył sporo pieniędzy na produkcję, ale żądał od reżyserki obrazu exploitation. Ta nie była z tego zbyt zadowolona i dziś przyznaje, że gdyby nie „rozkaz szefa”, niektórych scen nigdy by nie uwzględniła w gotowym filmie. Inna sprawa, że opowieść charakteryzuje się dosyć luźną konstrukcją i wszystkie akty przemocy wyglądają mniej więcej tak samo naturalnie. Ale o co właściwie chodzi? Rzecz prezentuje losy nastoletnich bezdomnych punków – zwykle ofiary przemocy domowej – które miały się poznać w różnych okolicznościach na ulicy, aby zamieszkać razem w pustostanie na przedmieściach i uformować familię o nazwie The Rejected. Całymi dniami zajmując się tylko piciem, oglądaniem telewizji (plastikowe reklamy i programy tworzące duży kontrast z przedstawioną tu rzeczywistością), kradzieżą i drobnym wandalizmem, a czasem chodzeniem też na koncerty (świetnie nakręcone quasi-dokumentalne sekwencje), są znienawidzeni przez lokalną społeczność, definiowaną, rzecz jasna, zakłamaniem i hipokryzją. Całość to film daleki od doskonałości (Corman chciał popularnych aktorów, lecz Spheeris zatrudniła głównie [niekoniecznie potrafiących grać] naturszczyków-punków, wliczając w to młodziutkiego jeszcze Flea, już wkrótce basistę Fear, a później Red Hot Chili Peppers; do jednej z głównych ról przymierzany był też Henry Rollins). Tyle że taki obraz nie potrzebuje być doskonałym. Potrzebuje być surowym, brudnym, empatycznym i szczerym. I taki też właśnie jest, stanowiąc tym samym przykład zajebistego kina subkulturowego. (Niestety, okazał się też być proroczym. W latach 90. zjawisko bezdomnych nastoletnich punków – samo zjawisko, podkreślmy, wymyśliła autorka – stało się powszechnym w Los Angeles. Spheeris poświęciła temu swój [znakomity] dokument Upadek zachodniej cywilizacji. Cześć trzecia [1998].)


1994 – Dinosaur Island (reż. Fred Olen Ray, Jim Wynorski) – Oskar Dziki

Nakręcone przez Freda Olen Raya oraz Jima Wynorskiego Dinosaur Island to film, który wydawać by się mogło ma wszystkie elementy, za które można go pokochać. Są tutaj przecież dinozaury, jest plemię autochtonicznych piękności z uśmiechem okazujących swoje wdzięki oraz oddział napompowanych testosteronem komandosów. Jednak ja pokazała nam historia, nawet Corman potrafi podpisać się pod czymś, co jest w rzeczywistości tylko kupą – dosłownie – kującej w oczy tandety. Mający premierę dokładnie rok po sukcesie Parku Jurajskiego (1993) film, to taka rubaszna komedyjka z chyba najgorszymi prehistorycznymi gadami, jakie zagościły na małym ekranie. Aktorom nie można odmówić co prawda uroku, ale grają oni z estymą godną jasełek gdzieś w prowincjonalnej podstawówce. Ich celem jest pokonanie niezwykle groźnego tyranozaura, który niczym King Kong wydaje się władcą zaginionego świata. I tak jak w klasycznej historii o wielkiej małpie, także tutaj plemię składające się wyłącznie z cycatych blondynek co jakiś czas składa mu ludzką ofiarę. Pretekstowa fabułka przeplatana jest bublowatymi walkami z dinozaurami oraz wprowadzaniem wyposzczonych dziewczyn w tajniki heteroseksualnych rozkoszy. Co jakiś czas otrzymujemy również pokaz zapasów w wykonaniu dwóch amazonek. Czy ma to wszystko jakąś wartość? Pewnie! Jeśli tylko macie ochotę na wyjątkowo niezobowiązujący seans do piwka czy jakiejś innej używki, sięgnijcie po dzieło tych dwóch, jakże utytułowanych twórców! Pamiętajcie jednak, wszelkie zażalenia wysyłamy do Rogera Cormana!


1995 – Diabelska Symfonia (reż. David Tausik) – Simply

XIX-wieczna Francja. Piękna Gabrielle (Jennifer Burns) przeprowadza się do posiadłości swego wuja; barona, kompozytora, i od lat nieboszczyka. Znajduje tam niedokończoną partyturę. Dzieło zdradza znamiona geniuszu, zatem rozpromieniona panna postanawia wynająć muzyka, który byłby zdolny rzecz sfinalizować. Jej wybór pada na Mariusa Carnot (Ben Cross), pianistę-samouka i nicponia notorycznie oszałamiającego się alkoholem w asyście kobiet podejrzanej konduity. Artysta gołodupiec, skuszony obiecaną gażą, tudzież urodą chlebodawczyni, ochoczo podejmuje twórcze wyzwanie. Och, gdyby tylko nieszczęsna para wiedziała, jak straszliwego dżina wypuszcza właśnie z butelki… Wujo bowiem pisał swą symfonię pod dyktando samego Belzebuba, za co pobożny motłoch rozerwał go końmi na majdanie. Teraz baron i jego leciwa ex-kochanka mają szanse powrócić jako dybuki w jędrnych ciałach Mariusa i Gabrielle, czego gwarantem jest dokończenie przeklętego utworu. Marius komponuje popadając w narastający obłęd, tymczasem jego znajomość z Gabrielle przeradza się w dziką namiętność. A w okolicy giną kolejne dziewki, uduszone strunami od fortepianu… Corman, wracając po latach do ukochanego gatunku, wyprodukował cudownie frenetyczny horror, podszyty bardziej romantyzmem niż gotykiem. Inspirowany Hangover Square (1945), zapomnianym arcydziełem grozy Johna Brahma. Film powstawał we współpracy z Mosfilmem, co zapewniło udostępnienie za darmo wnętrz i kostiumów użytych wcześniej w Wojnie i Pokoju (1967) Siergieja Bondarczuka. Produkcja utrzymana jest zdecydowanie bardziej we włoskim, niż Cormanowsko-gotyckim, czy Hammerowskim stylu. Pełno tu rozbuchanych jazd steadycamu a la Opera (1987), czy Kościół (1989), a w barokowo skontrastowanych zdjęciach Jewgienija Korzenkowa ożywa duch Bavy i Margheritiego. Ben Cross (Rydwany Ognia, 1981) zwyczajnie urodził się do ról romantycznych, stylowych straceńców. Frak i surdut nosi jak sam Oscar Wilde, a scena miłosna z nim i Jennifer Burns jest tak zwierzęco piękna i brutalna, jak rzadko w tym gatunku. Podobnie szermierczy pojedynek o kobietę, stopniowo coraz bardziej krwawy i sadystyczny. Fortepianowa muzyka Władimira Komarowa wnosi niezbędny, iście Lisztowki rozmach i dynamikę. Natomiast czy ultra trashowe entré diabolicznego barona zza grobu w finale było naprawdę konieczne, oto pytanie otwarte. Film jest produkcją telewizyjną, powstałą na potrzeby cyklu Roger Corman Presents, wyemitowanego prze sieć Showtime.


1995 – Pirania (reż. Scott P. Levy) – Caligula von Kömuda

W połowie lat 90. stacja Showtime zwróciła się do Rogera Cormana z propozycją stworzenia telewizyjnej serii sygnowanej jego nazwiskiem. Efektem było 30 pełnometrażowych filmów przeznaczonych na mały ekran. Ze względu na obowiązkowo niskie koszty produkcji, produkcje kręcone były w błyskawicznym tempie, a z braku wystarczającej ilości oryginalnych scenariuszy, część tytułów było remakami dawnych produkcji Cormana. Do przeróbki trafiły m.in. Wiadro krwi (1959) oraz Humanoidy z głębin (1980). „Odświeżyć” zdecydowano się także kultowy monster attack Joe’ego Dante. Scenariusz nowej wersji praktycznie niczym się nie różni od pierwowzoru – zmiany są kosmetyczne i bez najmniejszego wpływu na ogólny przebieg akcji. Ba! W ramach oszczędności zdecydowano się nawet wykorzystać ujęcia ataków krwiożerczych piranii z obrazu z 1978 roku. Stonowano również akcenty humorystyczne, stawiając na śmiertelną powagę. W efekcie otrzymujemy tanią, kompletnie zbędną podróbkę, o której świat zapomniał i o której sam Dante wypowiadał się w mało pochlebnym tonie. Skąd w takim razie jej obecność w tym zestawieniu? Głównie przez sentyment i dlatego, że – jak każdy – lubię melodie, które już słyszałem. Jest tu specyficzny klimat masowo produkowanej na rynek VHS tandety, trefne aktorstwo w wydaniu ulubieńców drugiego planu (Alexandra Paul, William Katt, Monte Markham, z ciekawostek: debiut aktorski zaliczyła tutaj małoletnia Mila Kunis), są cycki i odrobina lekkiego gore. W sam raz na odprężający seans wspominkowy. Wstyd to pisać, ale do tego lichego remake’u wracam niemal równie chętnie, co do pierwowzoru.


2017- Death Race 2050 (reż. G.J. Echternkamp) – Caligula von Kömuda

Remake Death Race w reżyserii Paula W.S. Andersona (2008) zatracił pazur oryginalnego filmu na rzecz bezmózgiej rozrywki w apokaliptycznych dekoracjach. Jego kontynuacje dodatkowo rozmieniły temat na jeszcze większą drobnicę. W sprawie zdecydował się interweniować sam Roger Corman, który wystąpił do włodarzy z Universal Pictures z propozycją zrealizowania oficjalnego sequela pierwowzoru z 1975 roku. Efektem jest cięta satyra, skupiona na społeczno-politycznym klimacie doby rządów Donalda Trumpa. Twórcy postawili na czarny humor, podlany dużą dawką krwawej przemocy. Na ekran powraca ulubieniec tłumów, skrywający oblicze pod maską Frankenstein (w tej roli Davida Carradine’a zastępuje nieco bezbarwny Manu Bennett), a silniki rozgrzewają się ku uciesze tłumów. W świecie (nieodległej) przyszłości Zjednoczonymi Korporacjami Ameryki kieruje Przewodniczący (przerysowany Malcolm McDowell w stylizacji na Trumpa), który niczym rzymski Cesarz dostarcza poddanym chleba i igrzysk. Ostrze satyry nie oszczędza praktycznie nikogo, bo wśród zawodników mamy narcystycznego celebrytę, czarnoskórą gwiazdę hip-hopu, religijną terrorystkę i samowystarczalną feministkę-nimfomankę. Tło zaludniają zaś zidiociali „followersi”, gotowi dać się rozjechać ku chwale swego idola. Ruch oporu bynajmniej nie jest lepszy, tym bardziej że kieruje nim rządowa marionetka. W skrócie: komentarz do współczesności z grubej rury (sic!). Dowcip jest nierówny, czasem wręcz prymitywny, ale układa się to w całkiem sensowną – choć na pierwszy rzut oka niezwykle chaotyczną – całość. Do kultowego filmu Paula Bartela wprawdzie się nie umywa, ale widzowie szukający wywrotowej rozrywki, która jedzie po bandzie i do tego ma jeszcze drugie dno, powinni być usatysfakcjonowani.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.