RoboCop 2 (1990). Powrót Blaszanego Rycerza

W 1987 roku Holender Paul Verhoeven zadebiutował na amerykańskiej ziemi, kręcąc film pod idiotycznym (co do czego nie mieli wątpliwości nawet sami autorzy scenariusza) tytułem RoboCop. Obraz okazał się hitem, a Verhoeven na kolejną dekadę stał się jednym z najgorętszych nazwisk w Hollywood. Co istotne, film który zapowiadał się jako niskobudżetowy, B-klasowy gniot, w praktyce był ciętą satyrą, dowcipnym i proroczym jednocześnie festiwalem przemocy oraz nowatorskich – jak na ówczesne standardy – efektów specjalnych. Poczciwy Robo wszedł na stałe do kanonu popkultury i ciężko obecnie wyobrazić sobie kinematografię lat 80. i 90. bez jego blaszanej persony.

OK, oryginalny RoboCop to klasyk i ikona pewnej epoki. Dla wielu – w tym niżej podpisanego – ów tytuł to nieodzowna część dzieciństwa. Co jednak z jego kontynuacjami? Otóż w tej kwestii opinie są już zgoła podzielone. Wypuszczony na ekrany w 1990 roku sequel spotkał się z mieszanymi reakcjami krytyki, a wśród fanów franczyzy budzi kontrowersje do dziś. Pierwotnie, producenci zakładali że za kamerą ponownie stanie Verhoeven, ten jednak nie był zainteresowany projektem i wybrał wystawną Pamięć absolutną (1990) z Arnoldem Schwarzeneggerem. W międzyczasie do napisania scenariusza zrekrutowano Franka Millera (tak, tego pana od Powrotu Mrocznego Rycerza [1986] i serii Sin City [1991-1992]), a na stołku reżyserskim posadzono weterana Irvina Kershnera (tak, tego pana od Imperium kontratakuje [1980]). Zgodnie z odwieczną zasadą sequeli, wszystkiego było tym razem więcej: strzelanin, wybuchów, trupów, przemocy, one-linerów i efektów specjalnych.

Przyznam szczerze, że sam mam pewien problem z oceną „dwójki”, jako filmu który owszem, oferuje natłok wrażeń i emocji, ale jednocześnie pozbawiony jest inteligencji swego poprzednika. To kino akcji w typowo komiksowym wydaniu: głośne, często niedorzeczne, pełne „odjechanych” pomysłów. Satyra zastąpiona została grubo ciosanym pastiszem, a ultrabrutalna wizja nieodległej przyszłości jest tu już do tego stopnia groteskowa, że potrzeba było autentycznego bankructwa miasta Detroit (w 2013 roku), by ktokolwiek przypomniał sobie o obrazie Kershnera, nieśmiało przebąkując o „proroczej wymowie”.

Już otwierająca sekwencja, w której w telegraficznym skrócie poznajemy przestępczy „łańcuch pokarmowy” na ulicach miasta, ustanawia ekranowy sposób przedstawienia rzeczywistości. Również postać RoboCopa (w tej roli ponownie Peter Weller) dostosowana została do tej eskapistycznej wizji: w początkowych scenach jeszcze tęsknie wzdycha on do swej niegdysiejszej żony, ale szybko wybijają mu to z głowy. Ostatnia cząstka Murphy’ego-człowieka umiera, rodzi się oddany bez reszty pracy Murphy-stróż prawa. Wygodny zabieg narracyjny, który pozwala odsunąć niewygodne dylematy na bok i skupić się na efektownej rozwałce. Ta następuje błyskawicznie, bo Detroit zalane zostało nowym, groźnym narkotykiem o nazwie Nuke. Jego twórca, samozwańczy mesjasz Cain (Tom Noonan) jest solą w oku naszego „supergliny”. Pierwsza duża potyczka skończy się jednak tragicznie: Robo zostaje rozczłonkowany na części pierwsze, a kryminaliści triumfują. Dumę miasta udaje się wprawdzie złożyć do kupy, ale męty z OCP mieszają mu w mózgu i czynią zeń nieszkodliwego Wujka Dobrą Radę (cokolwiek wątpliwy pod względem jakościowym pomysł, ale co tam…). Blaszak weźmie się ostatecznie w garść, by palnąć podniosłą przemowę do swych kolegów z pracy i jeszcze raz ruszyć na Caina i jego armię…

Na tym rzecz jasna nie koniec, bo to właśnie tutaj RoboCop spotyka arcypotężnego wroga – ulepszoną, psychopatyczną wersję samego siebie. Więcej, głośniej, mocniej. Akt finałowy to już rozpierducha na czterdzieści fajerek, stop-motion doprawione raczkującym na tym etapie CGI (stworzone na tę okoliczność na Commodore Amiga efekty przypominają „rewolucyjne” osiągnięcia w tej dziedzinie z nieodżałowanego Kapitana Powera i żołnierzy przyszłości [1987]). Jest w tym pewien niewykorzystany potencjał, bo RoboCain to kawał sukinkota, postać z której zdecydowanie można byłoby wycisnąć znacznie więcej niż animowane fikołki. Podobnie zawieszony jest w próżni motyw korporacyjnych machlojek: niby obecny, ale potraktowany po macoszemu.

Nie chcę jednak zanadto zrzędzić, bo jeśli przyjąć „przegiętą”, „kreskówkową” konwencję kontynuacji, to z pewnością nie można jej odmówić pewnych cech pozytywnych. Raduje w szczególności fakt, że twórcy nie zdecydowali się na złagodzenie środków wyrazu (zrobią to dopiero w przypadku części trzeciej, która otrzyma kategorię wiekową „PG-13”) i bynajmniej nie hamują się w prezentowaniu krwawej przemocy. Strzelaniny – podobnie jak u Verhoevena – pełne są tryskającej czerwonej farby, znajdzie się miejsce na upiorną wiwisekcję (trauma z dzieciństwa!) czy wyjmowanie mózgu z czaszki (tu z kolei groteska à la The Brain from Planet Arous [1957]). Wszystko to podane jest over-the-top, z przymrużeniem oka i dodaje nonsensownej fabule pazura, stanowiąc jednocześnie kontrapunkt dla co bardziej infantylnych wtrętów. Bodaj najbardziej kontrowersyjnym pomysłem scenariuszowym jest uczynienie dwunastoletniego chłopca prawą ręką narkotykowego bossa. Mały Hob (Gabriel Damon) klnie na potęgę, nie ma skrupułów i z uśmiechem na ustach pastwi się nad pokonanym RoboCopem. Ryzykowne zagranie nie spodobało się wielu odbiorcom, ale dowodzi też faktu, że twórcy nie musieli się liczyć z nadmierną cenzurą ze strony studia, jak ma to miejsce w dzisiejszych czasach. Pomimo więc sporej dawki humoru, który nie zawsze jest najwyższych lotów, kontynuacja Kershnera to wciąż RoboCop w wydaniu mrocznym i mało spolegliwym, co w kolejnych inkarnacjach już mu się nie przydarzy.

Ciężko oprzeć się mimo wszystko wrażeniu, że cały projekt to niezły bajzel i misz-masz, w którym ciekawe pomysły mieszają się z rozwiązaniami zgoła ekscentrycznymi (wspomniany fragment z dobrotliwym RoboCopem). Przepisywany po wielokroć scenariusz utracił swój pierwotny charakter i ostatecznie zdecydowano się wrzucić do jednego wora tyle łakoci, ile się zmieści. Jest to jednak rozgardiasz intrygujący, nawet jeśli niedoskonały, to wciąż „z jajami”, których zabrakło w przyszłości. Ba! Tu nawet toporne efekty praktyczne (i komputerowe) mają swój sentymentalny wdzięk, budząc rozrzewnienie. Bliżej guilty pleasure, niż prawdziwego kultu, ale przyznam że z biegiem lat łatwiej mi docenić ten dziwaczny zakalec.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.