Revenge (2017). Krew i piach

Rok po doniesieniach o publiczności mdlejącej w trakcie projekcji wyśmienitego, przyrządzonego na krwisto, Mięsa (2016) Julii Ducournau na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, podczas 42. edycji tegoż eventu zaserwowano kolejny smakowity kąsek prosto z Francji. I choć tym razem zabrakło szokujących wieści na temat reakcji widowni, zdecydowanie jest się czym interesować. Coralie Fargeat w swoim pełnometrażowym debiucie reżysersko-scenariopisarskim bez większych ceregieli wyciąga na wierzch stare, dobre rape and revenge, które od czasów Pluję na twój grób (1978) przeszło długą i krętą drogę, zaliczając zarówno chlubne sukcesy pokroju Nieodwracalnego (2002), jak i wstydliwe wpadki typu Bez litości 2 (2013). Revenge z jednej strony po raz enty przerabia klasyczne, aż za dobrze wszystkim znane założenia fabularne gatunku – dokładnie takie, na jakie wskazuje jego nazwa – lecz z drugiej robi to w tak atrakcyjny dla oka, jak również dla duszy sposób, że niepodobna przejść koło filmu obojętnie.

Jennifer (Matilda Anna Ingrid Lutz) odwiedza swojego bogatego, żonatego kochanka Richarda (Kevin Janssens) w jego posiadłości w samym sercu pustyni, gdzie ten tymczasowo przebywa, aby w towarzystwie przyjaciół, Stanleya (Vincent Colombe) i Dimitriego (Guillaume Bouchède), udać się na coroczne polowanie. Sprawy jednak szybko przybierają bardzo zły obrót – dziewczyna zostaje zgwałcona i porzucona na pustkowiu.

Zaraz po rozpoczęciu seansu dzieła Fargeat (wyłączając skrzętnie zaaranżowane, pięknie wystylizowane kadry, które można by oprawić w ramki i powiesić na ścianie) uwagę zwraca szkielet charakterologiczny postaci. Nie ze względu na jego psychologiczną głębię czy trafność w obrazowaniu ludzkich zachowań, a dlatego, że… praktycznie go nie ma. O trzech mężczyznach i ich ofierze nie dowiadujemy się niczego, co by wykraczało poza wygląd zewnętrzny oraz garstkę zachowań, jakie przychodzi nam zaobserwować zanim rozkręca się akcja właściwa. Później zresztą niewiele się zmienia, tyle że na pierwszy plan wysuwa się Jennifer, inna niż we wstępnym akcie; dziewczyna, która wyraźnie miłuje wszystko, co słodkie i różowe, oraz boi się zareagować na pierwsze aroganckie zaczepki gwałciciela, odradza się jako zacięta mścicielka z plastikowymi kolczykami-gwiazdkami w uszach, wpierw nieporadnie trzymająca broń, ale już po chwili zabójczo skuteczna. W tym momencie zdajemy sobie sprawę, że to, jaką protagonistka jest osobą, tak naprawdę nigdy nie miało znaczenia – byle tylko wymierzyła zwyrodnialcom zasłużoną karę. Fabuła, zupełnie jak sugeruje to lakoniczny tytuł, prowadzi nas do rozwiązania jak po sznurku, zatrzymując się wyłącznie tam, gdzie jest to pożądane… I postojów tych prędko nie można zapomnieć.

Opowieść wcale nie traci przez swoją prostotę ani na wartości rozrywkowej, ani na sile przekazu. O to pierwsze zatroszczyła się wartka akcja, a o drugie ponadczasowa tematyka, podane w apetycznej pseudo-grindhouse’owej formie. Pseudo-, bo francuska twórczyni chętnie rezygnuje z wizualnego kiczu na rzecz twardego, bezlitosnego realizmu, pozostając jednak przy ekstremalnie nielogicznych rozwiązaniach fabularnych. W zgoła odrealnionej scenie widzimy więc Jennifer cudem unikającą śmierci (która w świecie rzeczywistym spotkałaby ją szybciej, niż zdążyłaby się zorientować), a przeciwwagę dla tego odrealnienia stanowią zrealizowane z zegarmistrzowską precyzją krwawe efekty praktyczne. To właśnie podczas najmakabryczniejszych sekwencji historia zwalnia; Fargeat zmusza nas do przystanięcia w obliczu bólu, delektowania się cierpieniem inicjującym metamorfozę głównej bohaterki i symbolizującym sprawiedliwość, jaka dotyka jej oprawców. Począwszy od przyprawiającego o skręt kiszek „zmartwychwstania” Jen (jeśli Wam spoilery niestraszne, odsyłam do zwiastuna), poprzez niemiłosiernie graficzne sceny gore (nie polecam widzom o wrażliwym żołądku), a skończywszy na spływającym gęstą, lepką posoką akcie finałowym, obraz jest festiwalem brutalności, który napawa poczuciem satysfakcji z powodu motywu niezwykle elementarnego, lecz wciąż sprawdzającego się w kinie wyśmienicie – nadziei na triumf dobra nad złem.

Co w Revenge ciekawe, nie zobaczymy w nim sceny gwałtu – zapłonu inicjującego przecież wszystkie późniejsze zdarzenia. Mimo tego ani przez moment nie ma wątpliwości, komu trzeba kibicować, tak samo jak nie da się podważyć faktu, że nasza krucho-dzielna heroina (na modłę Jennifer Hills, swojej imienniczki z Pluję na twój grób) jest uosobieniem feminizmu, a jej zemsta jest równoznaczna z emancypacją. W tej kwestii produkcja nie grzeszy innowacyjnością… albo raczej nie grzeszyłaby, gdyby nie genialna Matilda Anna Ingrid Lutz, której gra aktorska, powściągliwa i zarazem niesamowicie wymowna, odpowiada za ostateczny wydźwięk filmu przynajmniej w jednej trzeciej. Fargeat z kolei pokazała, że rape and revenge doskonale idzie w parze z grozą po francusku, tym samym dumnie dołączając do grona wybitnych debiutantów ostatnich lat, z Robertem Eggersem (Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii [2015]) i wspomnianą we wstępie Julią Ducournau na czele. W tej sytuacji pozostaje tylko zadać pytanie: kto następny?

Michela Ferraro

Absolwentka sinologii i kultury amerykańskiej. Z lekkim sercem przyjmuje wszystko, co w kinie złe, chore i popieprzone. Wieczna emigrantka.

1 Komentarz

  1. Podobną ścieżką idzie indyjskie „Hate story” (1 i 2, bo 3 już nie), tylko tam dodają morał. No i nie idą w gore (choć podpalenie żywcem też miłe nie jest, tyle, że nie bawią się jego pokazaniem).
    W ogóle ciekawa jest kwestia morałów w kinie. Azja (np. Chiny oprócz Indii) jeszcze z nich korzysta (cały czas mówimy o popkulturze), podczas gdy Europa i Stany niekoniecznie. Azja zachowała niewinność;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.