Raw (2016). Ciało rozdarte

Share

Człowiek jest zwierzęciem: porywczym, drapieżnym, z instynktami, którym nie jest w stanie się opierać wiecznie. Nawet takie młode, drobne, ciche dziewczę jak Justine w końcu musi odkryć prawdziwą siebie – nie małą, grzeczną dziewczynkę, wzorową uczennicę czy wegetariankę wychowaną przez wegetarian; wzdrygającą się na samą myśl, że do jej obiadu mógłby trafić kawałeczek mięsa, przypadkiem nałożony na talerz przez nieuważną kelnerkę. Spod rodzicielskich skrzydeł dziewczyna wyfruwa po raz pierwszy w dniu, kiedy jako świeżo upieczona studentka wydziału weterynarii wprowadza się do akademika; młodzież swawoli nieskrępowana żadnym dorosłym autorytetem, starsza siostra aktywnie uczestniczy w „koceniu” pierwszoroczniaków i ani myśli spuścić dla Justine z tonu, a otrzęsiny – absolutnie obowiązkowe, jeśli nie chce się zostać wykluczonym z towarzystwa aż do odebrania dyplomu – obejmują zjedzenie surowej króliczej nerki. To właśnie od tego pierwszego skosztowania w spokojnej miłośniczce zwierząt coś się zaczyna nieodwracalnie zmieniać.

Francuska reżyserka i scenarzystka Julia Ducournau z wielkim przytupem wkroczyła na scenę kina grozy. Raw jest bowiem horrorem soczystym, krwistym i mięsnym. Bezkompromisowym, odważnie przekraczającym granice przyzwoitości (nie tylko wizualnej) i przeszywającym do szpiku kości. Nie dajcie się zwieść wiadomościom o mdlejącej widowni na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, ochoczo wykorzystywanej jako chwyt reklamowy (swoją drogą bardzo skuteczny); film nie jest tanim shockerem, choć szokuje niewątpliwie – naturalnie, nienatarczywie, wręcz koniecznie. Epatowanie nie tyle przemocą, co dziką surowością – tą tytułową – jest w pełni uzasadnione od początku do końca. Dzieło Ducournau to nie tylko oklepana opowiastka o trudach dorastania, lecz także poemat o nieustępliwości ludzkiej natury, bezwstydna oda do brzydoty… a i te interpretacje, wierzcie mi, są tylko czubkiem góry lodowej.

Nieśpieszne tempo narracyjne uzupełniają emocjonalna werwa montażu, którego płynność gdzieniegdzie przerywają nieoczekiwane, dynamiczne wstawki, wykalkulowane w każdym calu zbliżenia i półzbliżenia, okrutne piękno zdjęć Rubena Impensa – celebrujących krwistość czerwieni poprzez stonowanie reszty palety barw – oraz uderzająca w najczulsze struny wrażliwości słuchaczy muzyka Jima Williamsa. Raw zdecydowanie jest widowiskiem, które chłonie się zmysłami: scen-majstersztyków, na przykład kusicielski taniec Justine przed lustrem w rytm piosenki o zgoła sugestywnym tekście („Fuck 69 / Give me 666”), jest dość, żeby obdarować jeszcze przynajmniej dwa inne filmy. Ducournau jednak nie pozwoliła, żeby forma przerosła treść; pod przykrywką powalającej estetyki twardo na swoim miejscu tkwi zamknięta w symbolach esencja, która skłania do wniosków dużo bardziej mrocznych, przerażających i obrzydliwych niż najobfitsza z krwawych uczt.

Wielu z Was zapewne zadaje sobie pytanie: czy w Raw rzeczywiście są konkretne powody, by tracić przytomność albo w zniesmaczeniu opuszczać salę kinową jak nieszczęśni uczestnicy festiwalu? Otóż niektórzy może poczują się zawiedzeni faktem, że pełnoprawnego gore jest jak na lekarstwo, a nieporównanie więcej poruszenia niż dosłowna makabra wywołuje to, co się za nią kryje, pomimo nienagannego wykonania wszelkich scen spod znaku cofających się treści żołądkowych. Inni natomiast z całą pewnością docenią, że twórcy znaleźli złoty środek również pod względem poziomu nasycenia obrazu sztuczną posoką i odbierającymi apetyt rekwizytami; w przypadku niniejszego dzieła nie mamy do czynienia ze wstrętem wywoływanym na siłę dla samego wstrętu, a jak najbardziej odpowiednim narzędziem wyrazu – niezbędnym do klarownego zilustrowania gwałtowności metamorfozy, jaką przechodzi główna bohaterka. Warto też nadmienić, że wkład niezwykle utalentowanej Garance Marillier, która wcieliła się w postać Justine, jest równie wielki – jeśli nie większy – co zasługa sprawnej reżyserskiej ręki.

Biorąc pod uwagę ubogi repertuar polskich kin, jeśli chodzi o horrory spoza głównego nurtu, możemy uznać za wielki sukces to, że nasi rodzimi dystrybutorzy zainteresowali się Raw. Po genialnej Czarownicy Roberta Eggersa, która jednak niestety nie doczekała się u nas oficjalnej premiery, pełnometrażowy debiut Ducournau nie tylko ostatecznie utwierdza miłośników gatunku w wierze, iż ambitne kino grozy na miarę Dziecka Rosemary (1968) czy Egzorcysty (1973) nie upadło wraz z końcem XX wieku, lecz także napawa nadzieją, że jeszcze niejeden początkujący twórca zrobi nam miłą niespodziankę.

Michela Ferraro
Absolwentka sinologii i kultury amerykańskiej. Z lekkim sercem przyjmuje wszystko, co w kinie złe, chore i popieprzone. Wieczna emigrantka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.