Queen of the Seas (1961). Włoska heroina na morzu

Share

Zanim Umberto Lenzi dał podwaliny dla włoskiego kina kanibalistycznego swoim Deep River Savages (Il paese del sessoselvaggio, 1972), obracał się w znacznie lżejszych klimatach. Od peplum, przez spaghtti westerny, po kino wojenne, kręcił często i gęsto. Jednym z pierwszych jego filmów, które trafiły do szerszej dystrybucji jest jednak luźno oparta na prawdziwej historii piracka przygodówka.

Fabuła Queen of the Seas (Le Avventure di Mary Read) kręci się wokół morskiej heroiny, piratki Mary Read, która ze zwilgłej celi więziennej trafia wprost na jeden z angielskich okrętów wojennych. Splot wydarzeń sprawia jednak, że nasza buntownicza bohaterka zostaje jednym z najbardziej poszukiwanych bandytów od Wielkiej Brytanii aż po brzegi Florydy.

Queen of the Seas to przede wszystkim podróż do czasów, gdy na złotym ekranie królowało kino starej przygody. Pełne awantur, mordobicia i obowiązkowego romansu na głównym planie. A romans jest tutaj nieunikniony, wszak młoda Lisa Gastoni w blond włosach i obcisłym, pirackim gorseciku potrafi złamać serce niejednemu wilkowi morskiemu. Reszta obsady, a ta w 90% składa się z mężczyzn, to już albo twarze wyciągnięte z jakiejś luźnej komedii albo zarośnięte, zapijaczone mordy pasujące jak w pysk strzelił do zawadiackiej, pirackiej przygody. Oczywiście przy takiej rotacji trudno nie uniknąć zalotów bandy do znajdującej się na pokładzie piękności. Mary jednak, jak na doświadczoną rozbójniczkę przystało, szybko gasi libido męskiej części załogi. Feministyczna historia wśród morskich fal? No, może jednak zbyt dużo powiedziane.

Lenzi nie poskąpił także w technicznych aspektach produkcji, widać to zwłaszcza w scenach na otwartych wodach. Twórcy miast mamić nam oczy miniaturowymi modelami łódek i na szybko skleconych pokładach w studiu, serwują nam monumentalne ujęcia całych statków, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Albo studio wyłożyło trochę więcej kasy, albo statki zostały po kręceniu innej pirackiej przygody. Fani abordaży i pojedynków na szpady powinni być w miarę usatysfakcjonowani. Może czasami zbyt czyste, pstrokate i nienagannie uprasowane stroje mogą zdradzać że przeszło przez nie więcej powietrza z wentylatorów w studyjnej garderobie niż morskiej bryzy.

Śmiało można zatem powiedzieć, że film ten ugruntował pozycje Umberto Lenziego jako solidnego rzemieślnika. Dzisiaj, ponad 55 lat po premierze, Le Avventure di Mary Read jest raczej ciekawostką, reliktem zamierzchłych czasów. Tak jak wiele mu podobnych, tak i film Lenziego leży zakopany gdzieś na cmentarzysku niepamięci. A szkoda, bo to naprawdę dająca frajdę podróż po pełnych przepychu salonach angielskiej arystokracji i lśniących pokładach wielkich żaglowców. Jeśli przymkniecie oko na pompatyczne, recytowane z teatralną manierą dialogi czy lekko naiwną fabułę, oczywiście. Z łezką w oku można zatem zamknąć ten rozdział kina. Kina, któro już nie powróci słowami „Ahoj przygodo!”

Oskar Dziki
Studiuje, melanżuje i pochłania filmy. Zachłyśnięty włoskim kinem gatunkowym, kultem VHS i szeroko pojmowaną popkulturą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.