Pulpa mać! Hollywood Noir

Share

W 1965 roku, 6 lat po publikacji we Francji, na amerykańskim rynku ukazała się książka Hollywood Babylon. Napisana przez awangardowego filmowca oraz okultystę Kennetha Angera (swoją drogą jednego z ulubieńców Nicolasa Windinga Refna), szybko okazała się być swoistą biblią skandalu, obnażającą tajemnice Fabryki Snów. Eksploatacja pracowników, alkoholizm, narkomania, orgietki, samobójstwa, różnorakie zbrodnie. Do wyboru, do koloru. Sama publikacja książki była niczym solidny cios w ryj Hollywood, które – wedle swojej tradycji – nie pozostało dłużne. Równo 10 dni po głośnej premierze dzieło Angera zostało zakazane, znikając z półek księgarń na następne 10 lat. Co prawda, dziś historycy sprzeczają się o to, jak wiele z informacji rozpowszechnionych przez artystę było tylko niepotwierdzonymi plotkami lub nawet jego własnymi wymysłami wiadomo, że przeważająca większość informacji rozpowszechnionych przez artystę była jego własnym wymysłem. Jednak faktem jest, że nie wzięły się one z próżni, gdyż Hollywood miało dużo na sumieniu. Dobitnie przypomina o tym kolejny znakomity czarny kryminał w dorobku Eda Brubakera i Seana Phillipsa, The Fade Out, którego dwunasty i ostatni już zeszyt (bo mowa o komiksie) wydano parę tygodni temu. Rzecz rozgrywająca się w 1948 roku, a za głównego bohatera mająca skrajnie neurotycznego scenarzystę filmów noir, przedstawiając proces tuszowania gwałtu i morderstwa pewnej aktorki mimo oczywistego autotematyzmu wydawać się może czystą fantazją. A jednak za reklamującym ją hasłem „Fame, Sex, Death. That’s Entertainment” kryje się nie tyle iście diabelska ironia, co rozliczenie z przeszłością na miarę Bulwaru Zachodzącego Słońca. Znaczy się sama zagadka zbrodni jest tylko punktem wyjścia do opowiedzenia o czymś zgoła innym, w tym o mechanizmach amerykańskiego przemysłu filmowego z okresu znanego jako Złota Era Hollywood.

Scenarzysta komiksu zrobił więc coś podobnego do Angera. Tak jak niekoniecznie istotnym jest, czy faktycznie Clara Bow, jedna z ikon kina niemego, razu pewnego poszła w tango z całą drużyną footballową, tak i średnio ważnym wydaje się to, że przedstawiona w The Fade Out wytwórnia filmowa Victory Street Pictures nigdy nie istniała. Liczy się to, że inne (prawdziwe) wytwórnie funkcjonowały na tych samych zasadach, a która gwiazda by się nie puściła lub nie odjebała czegokolwiek innego, studia zatrudniały ludzi specjalizujących się w błyskawicznym zamiataniu tego typu problemów pod dywan. Ba! Ludzie od PR-u zajmowali się przecież wymyślaniem całych życiorysów kolejnych aktorów i aktorek, przywiązując ogromną wagę do ich wizerunku. Tuszowanie afer, których w światku ciągłego chlania i ćpania nigdy nie brakowało, jest więc w tym kontekście czymś najzwyczajniejszym w świecie. Wprawdzie Brubaker w tekście dodanym do pierwszego zeszytu swojego majstersztyku sam asekuracyjnie podkreślił, że czasem bardziej podążał za wyobraźnią niż za researchem, jednak bardzo wymownym jest to, że do pracy przy The Fade Out zatrudnił konsultantkę historyczną; a dokładniej panią Amy Condit – ekspertkę od filmu noir i historii Hollywood, zarządzającą Muzeum Policji Los Angeles, a w okresie premiery komiksu (sierpień 2014) będącą kuratorką wystawy poświęconej osławionej sprawie Czarnej Dalii.

Oto Charlie - tchórz, paranoik, alkoholik - główny bohater komiksu. Jego narracja to zaś pewna gra z czytelnikiem. "The Roaring Twenties" to z jednej strony termin oznaczający wielki rozwój ekonomiczny państw Zachodu, z drugiej tytuł gangsterskiego filmu Raoula Walsha z 1939 roku.

Oto Charlie – tchórz, paranoik, alkoholik – główny bohater komiksu. Powyżej przykład narracji będącej ukłonem w stronę czytelnika-kinomana. „The Roaring Twenties” to bowiem z jednej strony termin oznaczający wielki rozwój ekonomiczny państw Zachodu w latach 20., z drugiej zaś tytuł gangsterskiego filmu Raoula Walsha z 1939 roku (stąd też takie, a nie inne tło; swoją drogą błyskotliwy zabieg, stosowany przez Phillipsa regularnie jako wizualny motyw przewodni).

Żeby było jeszcze ciekawiej, to dodajmy, że wujkiem Brubakera był hollywoodzki scenarzysta John Paxton, mający na koncie m.in. parę klasycznych filmów noir Edwarda Dmytryka, jak Żegnaj laleczko (1944) i Krzyżowy ogień (1947), oraz kultowego Dzikiego (1953) z Marlonem Brando; natomiast jego ciotka Sarah Jane pracowała w dziale reklamy studia Fox w latach 40. Tak, tak, rodzinne opowieści o pracy w branży stanowiły dla scenarzysty jedne z inspiracji (choć zarzeka się w wywiadach, że żadna z komiksowych postaci nie była wzorowana na jego krewnych). Innymi słowy, i bez pomocy Amy Condit wiedział już dużo (zresztą jego wcześniejsze komiksy są tego potwierdzeniem), ale z jej pomocą stworzył historię niemalże mogącą służyć za encyklopedię hollywoodzkiego kłamstwa i przemocy. Nie mogło się przy tym obyć bez brutalnego obdarcia Fabryki Snów z magii, choć zarazem miłością do hollywoodzkiego kina tego okresu fabuła śmierdzi do samego końca. Autor w pewnym sensie zespolił dziwnie zapomnianą dziś historię branży z filmem noir. Uwypuklił, że noir nie tylko odzwierciedla powojenne nastroje toczące społeczeństwo amerykańskie, ale też, niejako, samą specyfikę branży.

Weźmy choćby scenę, w której ex-policjant, a obecnie szef ochrony Victory Street Pictures, Phil Brodsky, dopada ze swoimi ludźmi pewnego młodego gwiazdora i jego kochanka. Oczywiście, informacja o homoseksualizmie aktora nie może ujrzeć światła dziennego. Nie tyle dlatego, że jego kariera ległaby w gruzach, co dlatego, że jej koniec byłby finansową wtopą dla studia (wszakże mówimy o czasach na poły niewolniczego systemu studyjnego, kiedy aktorzy podpisywali z wytwórniami wieloletnie kontrakty na wyłączność, ewentualnie byli wypożyczani konkurencji za odpowiednią opłatą). Wiadomo więc, że romans ten należy jak najszybciej zakończyć, ponieważ albo jakiś dziennikarzyna coś wywęszy albo chłoptaś gwiazdy, kiedy w końcu zostanie złamane jego serce, wpadnie na to, że może się pobawić w szantaż („Widziałem takie sytuacje już wiele razy” – tłumaczy nam Brodsky). Rzecz jasna, nie można skrzywdzić aktora, przynajmniej nie fizycznie. Łapie się go więc i unieruchamiając zmusza do patrzenia, jak to twarz jego kochanka powoli przeobrażona zostaje w miazgę. „To twoja wina. To ty mu to zrobiłeś” – mówi Brodsky między kolejnymi ciosami. Oto jeden ze sposobów na „zmianę” preferencji seksualnych. Kilka rozdziałów później wspomniany aktor będzie przechadzał się przed fleszami aparatów fotograficznych w towarzystwie pięknej damy będącej jego świeżą narzeczoną. Oczywiście wybraną mu przez dział reklamy.

Oto Maya, piękność mająca szansę na karierę dlatego, że przypomina zamordowaną aktorkę. Powyżej cieszy się, że po miesiącach kurwienia się z "odpowiednimi ludźmi" wreszcie otrzymała rolę w filmie.

Oto Maya, piękność ciesząca się, że po miesiącach prostytuowania się z „odpowiednimi ludźmi” wreszcie otrzymała rolę w filmie. Wbrew temu jak to może brzmieć, Maya jest jedną z ciekawszych i fajniejszych postaci.

Ciężko stwierdzić, czy opisana wyżej sytuacja miała gdzieś kiedyś naprawdę miejsce, gdyż w komiksie uświadczymy nieustanną mieszankę wydarzeń i postaci fikcyjnych z historycznymi; czasem w wersji choćby częściowo zakamuflowanej (jedną z postaci drugoplanowych jest Fritz Lang, który regularnie ukazywany w negatywnym świetle – jako arogancki despota – dla niepoznaki nazwany został Franz Schmitt), a czasem bez jakiejkolwiek zasłony dymnej (względnie istotny epizod ma tu choćby Dashiell Hammett, przedstawiony również jako lider organizacji powołanej do walki z niesprawiedliwościami anty-komunistycznych „polowań na czarownice”). Faktem jest, że opisana wyżej sytuacja była prawdopodobna (jak zasugerował Brubaker, tylko takie znalazły się w scenariuszu), gdyż Hollywood tamtego okresu pod pewnymi względami naprawdę przypominało organizację przestępczą. Dość powiedzieć, że gdzieś do połowy lat 50. działało jak najbardziej nielegalnie, zajmując się stałym monopolizowaniem rynku i swego rodzaju wymuszeniami. Wielkie studia posiadały cały łańcuch dystrybucyjny (studia niezależne, jak Selznick i Disney, musiały im płacić odpowiednik haraczu, jeśli chciały, aby ich produkcje trafiły do normalnego obiegu), a posiadały też własne kina oraz gazety (dlatego tak łatwo przychodziło im tuszowanie skandali oraz sprzedawanie publice fałszywych życiorysów gwiazd). Zwykli kiniarze byli zaś zmuszani nie tylko do kupowania od wytwórni całych bloków filmowych (nie szło się wówczas do kina jedynie na film, lecz na blok, składający się z pełnometrażówki, paru krótkometrażówek, kroniki filmowej czy zestawu trailerów), ale też na kupowanie ich w ciemno, zwykle na okres roku. Odmowa wiązała się oczywiście z nieotrzymaniem od studia kolejnych „towarów”, a więc ze stratą finansową.

Mające zakończyć te procedery sprawy sądowe, o tak wymownych nazwach, jak United States v. Paramount Pictures czy Schine Theatres v. the United States, pojawiły się gdzieś w połowie lat 50. Dlaczego dopiero wtedy, skoro wszystko to zaczęło się kilka dekad wcześniej? Tego nikt już za bardzo nie wie. Przynajmniej nie oficjalnie. Gwoli ścisłości, akurat ten aspekt amerykańskiej branży nie został prześwietlony w The Fade Out, jednakże stanowi dla jego fabuły istotny kontekst. Zwraca bowiem uwagę na skalę nielegalności oraz bezczelność działalności studiów, których pupilom zdarzało się być zamieszanymi w sprawy gwałtów i mordów już w latach 20. (wszakże to głównie celem ich przysłonięcia – tj. poprawy mocno nadszarpanego wizerunku – Hollywood przyczyniło się do narodzin kastracyjnego Kodeksu Haysa). Z drugiej strony w dziele Brubakera i Phillipsa znajdziemy wiele innych, równie ciekawych elementów, głównie związanych z polityką (najlepszym przyjacielem głównego bohatera jest scenarzysta zniszczony przez „polowanie na czarownice”; później pojawia się też sprawa tajnych służb infiltrujących wówczas środowisko filmowe celem wyłapywania komunistów). Jednak skupienie się na nich tutaj oznaczałoby lawinę spoilerów. Zakończmy więc słowami: The Fade Out to noir opowiadające o tym, że twórcy noir wcale nie musieli daleko szukać, aby konstruować kolejne czarne opowieści.

PS. Nie czytałem Hollywood Babylon, ale chodzi dosyć tanio, a ja mam niedługo urodziny.

PPS. Kik.

Marcin Zembrzuski
Czyta filmy, ogląda muzykę, słucha komiksy, je książki. Fan autorskiego kina gatunku oraz różnorakiej pulpy, od filmu noir przez spaghetti western po horror klasy wszelakiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.