Psychoza II (1983). Kto się boi Normana Batesa?

3 czerwca 1983 roku do kin trafiła kontynuacja kultowej Psychozy (1960) Alfreda Hitchcocka. Wyreżyserowana przez Richarda Frankina, miała budżet 5 000 000 $ i stała się numerem 2 w amerykańskim box office (wyprzedził ją tylko Powrót Jedi) zarabiając w sumie ok. 34 000 000 $. Wśród krytyków zebrała recenzje zarówno pozytywne, jak i mieszane. Chwalono przede wszystkim scenariusz autorstwa Toma Hollanda, nad którym ten pracował przez przeszło pół roku.

Richard Franklin miał niełatwe zadanie zmierzenia się z legendarnym dziełem swojego dawnego mentora i nakręcenie sequela, o który nikt tak naprawdę nie prosił. Włodarzy wytwórni Universal do nakręcenia go nakłoniło wydanie rok wcześniej nowej książki Roberta Blocha, zatytułowanej właśnie Psychoza II. Kontynuacja literackich przygód Normana Batesa była jednak dziełem ekstrawaganckim i wyśmiewającym przemysł filmowy, co producentom ani trochę się nie podobało. Byli tym tak urażeni, że nakazali sporządzić na potrzeby filmu zupełnie nową fabułę.

Film otwiera przywołanie kultowej sceny morderstwa pod prysznicem, a następnie całość powoli przechodzi w kolor przy akompaniamencie przepięknej muzyki autorstwa Jerry’ego Goldsmitha. Po 22 latach leczenia w szpitalu psychiatrycznym Norman Bates (Anthony Perkins) zostaje wypuszczony na wolność z szansą rozpoczęcia nowego życia. Przeciwniczką zwolnienia szaleńca jest siostra zamordowanej w poprzednim filmie Marion – mianowicie Lila Loomis (Vera Miles).

Norman za pozwoleniem swojego lekarza (Robert Loggia) wprowadza się na nowo do swojego starego domu (wykorzystano ten sam budynek, a także odbudowano sam motel). Dostaje pracę w miejscowej jadalni, postanawia odrestaurować swój przybytek, poznaje także dziewczynę imieniem Mary (Meg Tilly – siostra znanej fanom Laleczki Chucky [1988-2017] Jennifer Tilly). Jego spokój nie trwa jednak długo, bowiem dziwne rzeczy na nowo dzieją się w jego domu. Zaczyna otrzymywać karteczki, a także odbierać telefony od osoby podającej się za jego dawno przecież zmarłą matkę. Dochodzi także do kolejnych morderstw, a za oknami zaczyna przechadzać się postać łudząco podobna do niesławnej pani Bates. Komuś zależy na tym, by znów wpędzić Normana w obłęd? A może Norman nigdy do końca nie wyzdrowiał?

Znaczenie pierwszej Psychozy dla kina grozy jest niepodważalne. Wszak ona (jak i inne dokonania Hitchcocka) zainspirowała nie tylko Briana DePalmę, ale także Mario Bavę do nakręcenia The Girl Who Knew Too Much (1963) będącego obok Blood and Black Lace (1964) pierwszymi filmami giallo. Giallo z kolei (między innymi również Bavowskie A Bay of Blood [1971]) miało swój udział w rozwoju amerykańskiego slashera. I choć kwestia tego, kto kim, jeśli w ogóle, się inspirował jest dyskusyjna, tak obok podobieństw między tymi gatunkami trudno jest przejść obojętnie. Jakkolwiek byśmy jednak tego łańcucha nie ułożyli, Psychoza będzie zawsze na samym jego początku.

Z perspektywy czasu dzieło Hitchcocka nadal robi wrażenie sprawnym, bawiącym się oczekiwaniami widza scenariuszem, mroczną atmosferą i fenomenalną kreacją Anthony’ego Perkinsa. Niestety w dzisiejszych czasach zostało ono już tak bardzo przemielone przez popkulturę, że każdy, kto nie jest kompletnym ignorantem, będzie wiedzieć doskonale, jaki jest finał intrygi bez obejrzenia samego filmu. Element zaskoczenia, na którym tak bardzo swego czasu zależało samemu reżyserowi, jest już dla nas niedostępny. I tutaj na ratunek przybywa mniej znana i niesłusznie niedoceniana kontynuacja.

Scenariusz Toma Hollanda daleki jest od typowej dla sequeli „powtórki z rozrywki”. Kontynuuje rozpoczętą przez Hitchcocka opowieść przedstawiając przy tym swoje własne podejście do tematu – jest to bowiem podszyty tragizmem film psychologiczny pomieszany z intrygującą tajemnicą na miarę pierwszej Psychozy. Nie porzucono nawiązań do oryginału, jednak mają one na celu znacznie więcej niż zaledwie fan-serwis. Holland, podobnie jak przed nim Joseph Stefano (czyli scenarzysta „jedynki”), niejednokrotnie gra na oczekiwaniach odbiorcy, odwołując się do scen z poprzedniej części i budując napięcie poprzez sugerowanie najgorszego. Poza tym, wszystkie paralele względem oryginału sprawiają, że czujemy, jakby historia powoli nieuchronnie zataczała koło. Przykładowo, gdy Norman zaprasza Mary do swojego domu, pada deszcz – gdy Marion Crane przyjeżdżała do Bates Motel, pogoda także była deszczowa.

Planowana jako produkcja telewizyjna, Psychoza II pierwotnie miała zostać nakręcona bez udziału Anthony’ego Perkinsa. Rolę słynnego mordercy miał wówczas przejąć Christopher Walken. Od czasu filmu Hitchcocka Perkins, zapewne w obawie przed zaszufladkowaniem, ze wszystkich sił starał się odciąć od postaci, która uczyniła go sławnym i grywał głównie w dramatach oraz wszelkiej maści filmach i serialach telewizyjnych. Ostatecznie, do udziału w produkcji skłoniła go lektura gotowego scenariusza Hollanda, w pełni skupiającego się na charakterze Batesa i przedstawiającego go w świetle odległym od potwora.

Psychoza II skupia się na jego walce z demonami przeszłości. Walka ta jest dla nas angażująca, ponieważ nietrudno z nim sympatyzować. Stara się wyjść na prostą i być dobrym człowiekiem, a na dno ściągają go tylko i wyłącznie osoby pragnące jego zguby. Nawiasem mówiąc, podoba mi się, że scenariusz nie wpisuje się w szablon rodem z klasycznych filmów o Frankensteinie i nie zmienił Normana w wytykane palcami indywiduum. Są bowiem ludzie, którzy faktycznie dają mu drugą szansę. Odpowiadając więc na pytanie zawarte w tytule tego tekstu – osobą, która boi się Normana Batesa, jest sam Norman Bates. Warto także zaznaczyć, że wiele scen nakreślających relację między nim a Mary były inwencją samego aktora.

Holland w swoim skrypcie poszedł jednak o krok dalej i dokonał zamiany ról. Bates, będący u Hitchcocka „potworem”, stał się stuprocentowym protagonistą, z kolei odwrotny los spotkał graną przez Verę Miles Lilę Loomis. Ta w gruncie rzeczy niepozorna kobieta z pierwszej Psychozy stała się tutaj prawdziwym demonem zemsty, chcącym, by Norman jak najszybciej wrócił do szpitala psychiatrycznego. W swoich staraniach staje się poniekąd tym samym, czym był niegdyś człowiek, którego tak usilnie próbuje zniszczyć. To ona ma obsesję. To ona jest oprawcą. Nam z kolei dane jest zastanawiać się przez cały seans, jak daleko jest ona w stanie się posunąć, by osiągnąć swój cel.

Oryginalna Psychoza wykorzystywała czerń i biel nie tylko do zbliżenia się do kina noir (w ramach gry z widzem), ale także, by podsycić brutalność i doprawić klimat smoliście czarnymi cieniami. Nakręcony w kolorze sequel obiera oczywiście inny kierunek. Nie oznacza to jednak, że dom Batesa cokolwiek stracił w ramach przejścia w kolor. Paleta barw w Psychozie II zdominowana jest przez brąz, żółć i kilka innych „jesiennych” odcieni. Nie zabrakło naprawdę zapadających w pamięć ujęć, wszak film sfotografowany został przez Deana Cundeya, autora zdjęć do licznych obrazów Johna Carpentera, na czele z Halloween (1978) i The Thing (1982). Muzykę z kolei, ku licznym naleganiom reżysera Richarda Franklina, skomponował Jerry Goldsmith. Przygotował on smutny, melancholijny soundtrack, którego motyw przewodni doprowadził do łez samego Anthony’ego Perkinsa. To muzyka bardzo odległa od dokonań Bernarda Herrmanna – nastrojowa, miejscami bardzo delikatna i emocjonalna, ale nie wolna od ciężkich, ponurych brzmień generowanych przez syntezatory. Innymi słowy, Goldsmith idealnie połączył ze sobą piękno i grozę.

Oczywiście, mamy do czynienia z latami 80, zupełnie inną dekadą w historii kina, a co za tym idzie, twórcy pozwolili sobie w niektórych miejscach na więcej. Nagość została pokazana bardziej bezpośrednio, z kolei morderstwa stały się bardziej krwawe. Z tym drugim związany jest niewielki mankament filmu – niezbyt przekonująca charakteryzacja. Głowa przebita przez nóż jest razi sztucznością, z kolei w scenie, w której Norman zostaje raniony w ręce, doskonale widzimy, że pokazane w zbliżeniach dłonie są wykonane z gumowego materiału.

Psychoza II żyje w cieniu swojego wielkiego poprzednika. Trudno się dziwić, wszak klasyk Hitchcocka zmienił wiele i nie potrzebował żadnego sequela, zwłaszcza po tak długim czasie. A jednak to jeden z najlepszych powrotów po latach znanej marki, jakie widziała kinematografia. Sam Quentin Tarantino uważa go za jeden ze swoich ulubionych filmów, stawiając go nawet wyżej od dzieła Hitcha. To rzecz zrobiona z szacunkiem i miłością, kontynuująca historię na swój własny, unikalny sposób, toteż każdy fan angielskiego mistrza, lub chociaż samej Psychozy, powinien ją obejrzeć (natomiast powstałą w 1986 roku część trzecią, wyreżyserowaną przez samego Perkinsa, niekoniecznie…). Ba, współcześni filmowcy chcąc przywrócić dawne kultowe serie do życia mogliby się uczyć od Toma Hollanda i Richarda Franklina, jak to się powinno robić.

Michał Mazgaj

Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

2 Trackbacks / Pingbacks

  1. Ozploitation, mon amour – Kinomisja
  2. Nosferatu w Wenecji (1988), czyli filmowa wieża Babel – Kinomisja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.