Projekt Forbina (1970). Początki cyber-apokalipsy

Zimna Wojna i rozwój technologiczny między latami 50. a 80. bardzo mocno oddziaływał na wyobraźnię różnych twórców, którzy nie szczędzili widowni apokaliptycznych wizji przyszłości i przestróg przed zapuszczaniem się w rejony, do których człowiek nie powinien się w ogóle zbliżać. Większość tych produkcji mocno się dziś zestarzała – jak na przykład demonizująca eksperymenty naukowe Mucha z 1958 roku. Zdarzyło się jednak kilka filmów tego rodzaju, które dumnie znoszą próbę czasu, po dziś dzień intrygując i przerażając. Jednym z nich jest Projekt Forbina a.k.a. Colossus: The Forbin Project w reżyserii Josepha Sargenta.

Dr Charles Forbin (Eric Braeden) tworzy na zlecenie rządu Stanów Zjednoczonych superkomputer o nazwie Colossus. Ów komputer otrzymuje wszelkie możliwe zabezpieczenia – jest odizolowany od otoczenia, uzbrojony, niezniszczalny, samowystarczalny. Praktycznie nieosiągalny dla osób trzecich. Jego zadaniem ma być błyskawiczne podejmowanie najważniejszych decyzji, w szczególności tych związanych z obroną państwa.

Gdy machina zostaje uruchomiona i wszyscy pogrążają się w świętowaniu sukcesu, Colossus wykrywa obecność innego superkomputera – stworzonego przez Związek Radziecki Guardiana. I domaga się kontaktu z nim. Kiedy głowy obydwu państw postanawiają przerwać transmisje między maszynami, Colossus wystrzeliwuje pociski nuklearne w kierunku ZSRR. Jedynym sposobem na powstrzymanie katastrofy jest przywrócenie łączności. Wkrótce oba narody staną się więźniami wynalazków, które miały im służyć, a naukowcy z Forbinem na czele będą planować jak unicestwić zbuntowany komputer. Zadanie nie będzie jednak proste, bowiem Colossus więzi Forbina w jego własnym domu i cały czas patrzy na ręce reszcie personelu.

Projekt Forbina oparty został o powieść D. F. Jonesa Colossus i wyprodukowany przez wytwórnię Universal w 1970 roku. Autor cztery lata później wykorzysta pewne wątki przedstawione w filmie podczas pisania kontynuacji swojej książki, czyli The Fall of Colossus.

Projekt Forbina śmiało można zaliczyć do kina zimnowojennego, wszak kluczowe tło stanowi wyścig zbrojeń. Wiadome mocarstwa w tym samym czasie tworzą dwa superinteligentne komputery mające zapewnić im bezpieczeństwo. Oprócz tego, film korzysta z motywów już obecnych w innych przedstawicielach science-fiction swoich czasów. Colossus, podobnie jak HAL-2000 z Odysei Kosmicznej (1968), jest inteligentną maszyną, która buntuje się przeciwko swoim niedoskonałym stwórcom i, czasem nawet pod groźbą unicestwienia, narzuca im swoją wolę i stuprocentową kontrolę. Producent filmu Stanley Chase przyznał kiedyś, że przejęcie świata przez komputer, choć przerażające, było możliwe – Stany Zjednoczone dysponowały wówczas systemem NORAD. W końcu pojawia się nawiązanie do zagłady ludzkości wskutek użycia bomb atomowych – coś, co z powodzeniem eksplorowane było już przez Planetę małp (1968).

Co jest więc takiego wyjątkowego w Colossus: The Forbin Project?

Jego podejście do tematu i realizacja, które zapewniły mu ponadczasowość na miarę przywołanego wyżej dzieła Franklina Schaffnera. Pierwszym, co należy pochwalić jest niezwykła wiarygodność świata przedstawionego (lub może nawet realizm), zwłaszcza w kwestii ukazania relacji między głowami obydwu mocarstw, a także dbałość o detale – w konferencjach biorą udział tłumacze, na ekranach monitorów możemy zobaczyć przebieg rozbrajania głowic atomowych, a także szereg innych procedur. Control Data Corporation, upatrując się w filmie szansy na reklamę, zaopatrzyła ekipę filmową w prawdziwe zestawy komputerowe. Plany zdjęciowe musiały zostać specjalnie dostosowane do wrażliwej aparatury. Co więcej, wnoszenie posiłków i napojów było zakazane.

Wiarygodności nie umniejsza wcale fakt, że całość wprost ocieka latami 70. Objawia się to m.in. w wystroju mieszkania Forbina, a także w wyglądzie samego Colossusa – olbrzymiej, futurystycznej i pełnej migających elementów machinie rodem z seriali pokroju Rewolwer i Melonik (1961-1969).

Kolejnym atutem filmu jest jego minimalizm. Akcja ograniczona jest przede wszystkim do trzech lokacji – do gabinetu prezydenta, badającego Colossusa laboratorium oraz, w końcowych partiach filmu, mieszkania dra Forbina. Wszystko, co ma miejsce poza tymi miejscami, odbywa się na ekranach monitorów i radarach – nigdy nie widzimy wystrzałów rakiet czy eksplozji, Colossus z kolei przez większość czasu kontaktuje się ze wszystkimi za pomocą napisów, co depersonalizuje go jeszcze bardziej.

Napięcie budowane jest od samego początku. Podczas, gdy bohaterowie świętują i szczycą się swoim nowym wynalazkiem i zabezpieczeniami, w jakie go wyposażyli, my, widzowie przeczuwamy, że prędzej czy później okrutnie się to na nich odegra. I faktycznie, po zaledwie 20 minutach trwania filmu, grunt zaczyna się wszystkim palić pod nogami. Dopiero pod koniec, gdy spędzamy czas z więzionym Forbinem, scenariusz prezentuje kilka humorystycznych akcentów i daje nam nawet odrobinę nadziei na happy end… by następnie spoliczkować nas gorzkim otwartym zakończeniem.

Do roli Charlesa Forbina rozpatrywano Charltona Hestona i Gregory’ego Pecka, jednak producent Stanley Chase chciał, aby rolę tę powierzono komuś znacznie mniej znanemu. Wybrano wówczas mającego na koncie garść występów filmowych Jorga Gudegasta. Problem był tylko jeden – Niemiec nie mógł zostać obsadzony w amerykańskim filmie, wskutek czego aktor zmienił imię na Eric Braeden, pod którym występuje po dziś dzień. Kojarzony głównie z udziału w Ucieczce z Planety małp (1971) sprawnie wciela się w racjonalnego, stonowanego naukowca, ukazując pod koniec szczere emocje. Prawdą jest jednak, że nie jest on aktorem o tak dużej filmowej prezencji, jak wspomniani Heston i Peck. Jeśli coś można filmowi zarzucić, to właśnie brak pamiętnej, nieprzeciętnej kreacji aktorskiej.

Projekt Forbina mógłby śmiało posłużyć za prequel do Terminatora (1984), Matrixa (1999) i wielu innych obrazów apokalipsy zainicjowanej przez maszyny. To produkt swoich czasów, który nadal niepokoi dzięki swojej autentyczności. Podobnie jak Planeta małp, pozostał świeży i z perspektywy czasu stał się, być może, bardziej aktualny niż w momencie premiery. To przerażająca wizja uderzająca w uniwersalne lęki ludzkości. Zdecydowanie zasługuje na bycie szerzej rozpoznawalną.

Michał Mazgaj

Student filologii polskiej, znerwicowany pisarz poeta grafoman, wielbiciel starego kina w każdym wydaniu i nisz, o których mało kto słyszał.

3 Komentarze

  1. pare lat potem powstał film jeszcze dziwniejszy w którym komputer więzi kobietę a nawet jak mnie skleroza nie myli ją zapładnia xDD tytuł mi teraz z głowy wyleciał ;)

      • tak dokładnie o ten film zresztą owe więzienie w domu było punktem wspólnym obu filmów nawiasem mówiąc coś mi świta w głowie że podobny motyw do colosusa (w sensie ultra zaawansowanej maszyny która nie działa zgodnie z przeznaczeniem ) mieliśmy chyba w filmie mózg za miliard dolarów ekranizacja prozy Deightona ale tu głowy nie dam 30 lat po oglądaniu szczegóły mi się zacierają a różne filmy mieszają w jeden :) ale związek między Colosusem a Grami Wojennymi jest już bardziej jasny ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.